pasternak.art.pl

Tekst chroniony jest licencją CreativeCommons
Stanisław Pasternak
Zdjęcia intymne z jednego sezonu
Wstęp  
Spod pióra Stanisława Pasternaka wyszła powieść, która stanowi niejako sumę doświadczeń literackich autora Słów i Rzeczy. Zdjęcia intymne z jednego sezonu powstały bowiem na podbudowie wydanych wcześniej zbiorów opowiadań Nieznajoma i Zapamiętywanie nagiej córki. Pisarz znów podejmuje kluczowy zarówno dla swojej poezji, jak i prozy, problem relacji człowiek-rzecz. Nie odstępuje również od zainteresowań zabiegami formalnymi, operując skomplikowaną metaforyką oraz różnorodnymi technikami narracji.
Pasternak opowiada historię bohatera bez imienia. Historię życia statystycznego Polaka, żyjącego w zakłamanym statystyką PRL-u, utrwaloną na następujących po sobie kliszach. Poznajemy ON.ego, kiedy, będąc jeszcze studentem, kopie rowy melioracyjne, by zarobić na opłacenie wesela. Następnie widzimy go na plaży, gdzie spotyka ONĄ. - kobietę, jakiej istnienie przeczuwał już wcześniej. Inny obraz przedstawia bohatera przebywającego na leczeniu w szpitalu, pacjenta, który uwodzi pielęgniarkę. Jeszcze inny jest kliszą z jego roboczego dnia: oto ON. siedzi za biurkiem w urzędzie i rozmyśla o rzeczach i córce. Oglądamy zdjęcia z jednego sezonu, bo z jednego życia. Jednak tytułowy .sezon. może mieć jeszcze inne znaczenie.
ON. - mąż i przede wszystkim ojciec ze swoją determinacją w poznawaniu istoty Rzeczy i z wybujałą, a zarazem niespełnioną seksualnością, zdaje się być w jakiś sposób pokrewny Schulzowskiemu Ojcu. Pokrewny również, ponieważ jest estetą, a co za tym idzie - w pewnym sensie artystą, i żyje poza nawiasem społecznej rzeczywistości. A więc Noc wielkiego sezonu. Martwy sezon. Takie nawiązanie?
Pasternak nie przenosi jednak czytelnika w krainę mityczną, jego bohater nie dotyka, tak jak Ojciec w Sklepach cynamonowych, tajemnicy bytu. ON. postrzegany jest przez ogół jako chory. Brat ON.ego, doktor, stawia nawet diagnozę: .Zdaje się, że wiem. Może nawet jestem tego pewien: twoja obsesja dotyczy rzeczy. Tak rzeczy i tylko rzeczy. Przedmiotów.. Obsesja rzeczy, nie pierwszy raz już zresztą u Pasternaka, będzie reakcją obronną, próbą oswojenia tego, co obce i wrogie. Zrozumienie rzeczy w Zdjęciach intymnych staje się condicio sine qua non zrozumienia rzeczywistości, próbą ocalenia. Jednak paradoksalnie im więcej wysiłku wkłada ON. w poznanie istoty przedmiotów, im wnikliwiej je studiuje, tym bardziej oddala się od nich, ponieważ nie potrafi wszystkich zarejestrowanych szczegółów powiązać w logiczną całość. Tym samym pogłębia się jego wyalienowanie, czego sygnałem są chociażby nieartykułowane dźwięki, jakie wydobywa z siebie podczas rozmowy z ludźmi. Trzeba zaznaczyć tutaj, że Pasternakowi doskonale udaje się zsynchronizować formę tekstu z treścią - poza wymienionymi już surogatami dialogu sygnałem wyobcowania jest także zamykanie się bohatera w przestrzeni wyobrażeń i myśli, co formalnie uzyskuje pisarz umiejętnie wykorzystując technikę strumienia świadomości.
Bohater, który badając rzeczy, ponosi klęskę, staje się w dwójnasób bezsilny w relacji z ONą. - córką, która istnieje dla niego jako obiekt pożądania zagarniający coraz większe obszary przestrzeni - niepojęty, władczy. Córka jednak okazuje się tutaj być przede wszystkim przedmiotem estetycznym. Rozległe opisy kształtów jej ciała, koloru skóry, faktury naskórka przypominają nam o Pasternaku - kontemplatorze, znawcy sztuki. Pisarz oprowadza czytelnika po ciele dziewczyny, jak malarz po ulubionym płótnie: .wspaniałe łuki kolan, skóra naciągnięta aż do połysku, mięśnie uporządkowane tak, że nie znać ich zwojów, uda ciągnące się ku górze bez najmniejszej fałdki, mimo że leżała z lekko skręconym tułowiem, stopy jedna na drugiej, ale nieco przesunięte w poziomie. Prawa pięta zakryta. Palce stóp poprzedzielane delikatnymi cieniami..
Trzeba wspomnieć jeszcze, że Pasternak, wprowadzając w Zdjęciach intymnych... wątek kazirodczy, przyznaje się do fascynacji prozą Nabokova. Niektóre partie tekstu wydają się wręcz bliźniaczo podobne do fragmentów Lolity - chociażby kiedy ON. obawia się, że jego pierworodną mogliby interesować się koledzy ze szkoły. Jednak między nim a Humbertem istnieje zasadnicza różnica - ON. swojej córki nigdy nie dotknie. Wszystko rozegra się w jego wyobraźni, w marzeniach podstarzałego mężczyzny, ponieważ ONa. nie zaprosi go nigdy do błogiej rzeczywistości. Zarazem ma bohater Pasternaka tę wyraźną przewagę nad opiekunem Lo, jaką daje mu biologiczne ojcostwo, będące tutaj znakiem niemalże fizycznej bliskości. Wie mianowicie, że swojej córki nie utraci, że ona zawsze będzie z nim złączona, ponieważ z niego jest.
Całe to moje pieprzone życie składało się z pożądania czegoś: rzeczy albo kogoś: kobiety. I nigdy tak naprawdę nie byłem spełniony. - powie w jednym z rozdziałów bohater Zdjęć intymnych... Istotnie, książka wrocławskiego pisarza nie opowiada o szczęśliwym człowieku. Pasternak w ostatnim rozdziale otwiera jednak furtkę, skąd droga prowadzi do pożądanej rzeczywistości. Narracja na chwilę opuszcza jaźń bohatera, wychodzi na zewnątrz. ON. chociaż błądzi, zdaje się podążać ku żonie i wymarzonej rodzinie. Jednak na pytanie, czy światła, do których w finałowej scenie dochodzi, to okna domu, w którym czekają jego bliscy, czy może reflektory porzuconego wcześniej samochodu, czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam.
Propozycję Pasternaka wzbogacają fotografie umieszczone na końcu książki, za sprawą których powieściowe przedmioty, miejsca i zdarzenia znajdują odniesienie do pozatekstowej rzeczywistości. I tak fabuła, która sprawiała wrażenie wytrybowanej w głowie pisarza, nabiera cech historii zasłyszanych i prawdziwych. Powieść o ON.ym, ONej i ich córce staje się opowieścią o życiu rodziny Pasternaków - namacalną i autentyczną, reportażem intymnym z jednego sezonu, jednego życia.
Magdalena Boroch

Klisza nr 1  
Niby zdjęcie,  
niby dagerotyp
Spojrzał na łopatę: ostrze obrysowane matowym kolorem starego żelaza, dalej - zaschła czerwona glina, sięgająca do połowy trzonka. Za nim ciągnęło się jeszcze kilku. Był najmłodszy spośród nich. Najmniejszy i najchudszy. Jan, którego zwali Johnem, przerastał wszystkich o głowę. Bary miał szerokie; gdy stanął rozkraczony, z odkrytą piersią wyglądał jak posąg. Nie słyszał już słów, dolatywały go jedynie zdeformowane przez wiatr urywki zdań i przekleństwa.
Słońce jeszcze się nie pokazało. Niebo już zaczerwienione na wschodzie wisiało nad stalowym horyzontem, odcięte od reszty widnokręgu zielonkawoszarym pasem. Wiatr nadymał mu kombinezon. Wyglądał tak na prawdziwego mężczyznę. Nawet ręce miał grube i twarde. Odwrócił się i był teraz grubszy z prawej strony.
- Zaczekaj, masz czas! - doleciało do jego uszu.
A potem szum śmiechu: zdrowego, męskiego śmiechu gromady. Skinął im ręką i odwrócił się. Błysnęło coś obok prawego ramienia kłującym światłem. To słońce czerwone, nadęte odbiło się w połyskującej ogniem łopacie. Przyspieszył kroku. Chlupało w butach. Ścieżka wydeptana głęboko prowadziła prosto w słońce, które rozlewało się teraz szerokim kręgiem przed nimi. Obliczał w myśli, ile może zarobić: .Robota potrwa jeszcze najwyżej dwa tygodnie. Wczoraj dwie stówy, ale grunt był twardy. Trafiając dobrze, można wyciągnąć i cztery. Koniecznie musi być co najmniej trzy i pół setki, mnożąc przez dwa tygodnie wyniesie cztery tysiące dziewięćset, plus tamto z książeczki - powinno wystarczyć. - rozumował.
Szedł w słońce. Mijał doły kopane przez Johna, Kazika i Michała: jeszcze niewygładzone, stoki poszarpane, dna zasypane grudami brunatnej ziemi. Jego rów biegł prosto czarną plamą, stoki były płaskie, dno głębokie na szerokość cegły, załamania według szablonu. Dołem żółcił się pas gliny, ciężkiej i wilgotnej. .Blisko zaskórnej wody - pomyślał - jednak majster powiedział, że kopiemy siedemdziesiąt centymetrów nad nią..
- Nie ma obawy - powiedział cicho do siebie. Nikt go nie słyszał, nikt nie oponował, nikt nie potwierdził: uspokoiło go to.
Odmierzył łopatą odległość, na pięć setek wynosiło to piętnaście długości trzonka.
Wbił patyki, napiął sznurek: drżał cicho na wietrze. Nacisnął nogą łopatę: wsunęła się śliskim, płynnym ruchem noża w ziemię. .Dobrze. - pomyślał. Szarpnął bryłę darni nagłym ruchem ramion. Obrysował prostokąt. Pas wydłużał się przed nim, zwężał coraz bardziej ku końcowi w miarę oddalania. Pracował twarzą pod wiatr. Słońce miał z boku. Darń zakreślała łuk i z furkotem rozlatywała się, opadając. Prosta warstwa ziemi po obu stronach wykopu. Zaczął zdejmować drugi sztych. Łopata naciskana tylko ramionami zagłębiała się lekko jak w wodę: ugięcie tułowia i wymach ramion; ugięcie i ruchomy cień, ugięcie i mrukliwy szelest śmiechu; ugięcie i ciepło promieniujące od wnętrza do tkanek, najbardziej oddalonych; ugięcie i kłucie w krzyżu; ugięcie i ostre kłujące odbicie światła w ostrzu łopaty; ugięcie i myśl o wodzie; ugięcie i myśl o pieniądzach - sycząca, wydłużona; ugięcie i myśl o śnie przerwanym; ugięcie i słońce coraz cieplejsze; ugięcie i zmieniające się kolory: czarny, zielony, stalowy; ugięcie i zmęczenie pęczniejące jak ziarno fasoli; ugięcie i odpływa pas czarnej taśmy; ugięcie i zapadanie się na głębokość ostrza; ugięcie i strach, że nie podoła; ugięcie i wesoła myśl o zabawie; ugięcie i znikanie-pojawianie się Johna, Kazika, Michała; ugięcie i przylepianie się wiatru do spoconej twarzy; ugięcie i głos wibrujący złością; ugięcie i świst oddechu; ugięcie i trzepot kombinezonu; ugięcie i krok, połowa kroku do tyłu; ugięcie i zgrzyt ostrza o kamień; ugięcie i obła glista ślizga się w zasięgu małego kręgu wzroku; ugięcie i gwizd klaksonu samochodu pędzącego po asfalcie; ugięcie i ostre splunięcie na odległość; ugięcie i dziewczęca twarz, roześmiana, wesoła; ugięcie i nogi długie, zgrabne, białe; ugięcie i lęk przed zdradą; ugięcie i czas przeciska się wraz z potem pomiędzy palcami; ugięcie i myśl o długim śnie; ugięcie i zgrzyt stali; ugięcie i zgrzyt stali o pękniętą butelkę; ugięcie i pewny skok w tańcu; ugięcie i myśl o przytuleniu się z dziewczyną; ugięcie i ciepłe wilgotne usta; ugięcie i ból w kostce; ugięcie i rozpołowiona poczwarka chrabąszcza; ugięcie i długie wciąganie oddechu; ugięcie i jazgotliwy gwizd syreny oznaczający którąś godzinę; ugięcie i myśl o wodzie wracająca jakby łukiem zza pleców; ugięcie i wesoły krzyk Kazika:
- Roman zmarnujesz się i kobieta cię nie zechce!
Wyprostował się. Wszystko pierzchło. Powoli wracała zdolność wyraźnego widzenia. Klarowały się i zagęszczały kształty ludzi i przedmiotów: siedzieli na trawie i grali w karty. Trzask wyrzucanych kart dolatywał do uszu. Widnokrąg czynił coraz to mniejsze przechyły, aż ustalił się w poziomie. Byli rozebrani do pasa, brązowi, rozleniwieni, weseli: oddychali pełnymi haustami, rozrzucili nogi na trawie, parowali słoną, mdłą parą. Oblizał się: poczuł w ustach gorzki smak gryzionego ziarnka cytryny. Zapalił papierosa; dym cierpki mdlisty zapełnił jego wnętrze. Wiatr zaleciał między koszulę a ciało: skóra skurczyła się jak polana wodą: stwardniała. Rzucił z rozmachem czapkę na ziemię; natychmiast poczuł na czole gorąco słońca. Cień przybliżył się do niego, zbiegł u nogi. Mucha natrętnie bzykała mu przy twarzy, jęczała wysokim tonem komara. Machnął dłonią. Znów przylepiła się do parującego, lepkiego czoła. Klasnął ręką. .Skończone. - pomyślał. Słońce małe, ogniste, wisiało w górze, rozlewało się ukropem. Nawet wiatr był gorący, podrywał mu kombinezon szeleszczący jak papier. Oblał go skwar. Nogi ginęły we wnętrzu butów. Cholewy obijały się o łydki. Spojrzał po sobie: był wąski i długi, ręce miał zwisające u barków. Między kolanami miał dużą szczelinę. Gdy podniósł ręce do góry, skóra szczelnie obciskała mu żebra rysujące się wyraźnie, jakby były gięte z wikliny. Kości bioder wystawały na boki.
- Do dupy - powiedział Jan. - Do dupy z robotą. Jednego tysiąca we czwórkę, a wieczorem na dziewczynki. Grasz? - zwrócił się do niego Jan. - Każdy po pięć dych, wygrywający bierze wszystko. Gra parami - dodał zachęcająco. - No?
- Gówniarz - powiedział Michał.
Zrobił krok w jego kierunku. Ręce mu drgały. Nogi miał luźne. Twarz piekła jak polana kwasem. Jan zasłonił mu widok. Stał przed nim jak góra: wielki, muskularny.
- Nie musisz grać! Potrzebna ci forsa, twoja sprawa. Nie ma co się stawiać.
- Chciałem tylko wiedzieć, za co tak harujesz, co? - zapytał Kazik.
Poczuł do niego jakby czułość czy sentyment i zdobył się na szczerość:
- Potrzebne mi pieniądze na wyjazd nad morze i na ślub - powiedział to tak, jakby się wstydził czy też obawiał się, że ta wiadomość to jego tajemnica. Zrobiło mu się strasznie głupio i splótł ręce za sobą: zatrzeszczały w kostkach od mocnego uścisku.
- To raczej na wesele. Na wesele brachu. A ja wesele mam bez ślubu. Ka-pe? Ja weselę się bez ślubu. I powiem więcej: mogę je mieć bez ślubu - podśmiewał się Jan. - Ale to twoja sprawa. Ja bym ci radził: nie. Ty - jak chcesz. Wszystko jedno - na ślub czy na rozstanie: na wódkę zaprosisz. Tobie żona - nam wesele - dodał.
Kiwnął głową i cofnął się.
- Gramy - powiedział i Jan, i Kazik.
Odszedł. Poczuł się jeszcze mniejszy, zagubiony w gąszczu niby- spraw. Żar doskwierał. Rozluźniał członki, wysysał resztki siły, degenerował organizm. Myśli kłaczyły się, wracały, nakładały na siebie, wibrowały. Tracił rozeznanie w ich gąszczu. Przypominał sobie coś i zaraz wydawało mu się, że to przychodzi do niego po raz pierwszy. Ktoś z nich gwizdał melodyjnie, wesoło, gwizdem zharmonizowanym z oddechem.
Wskoczył do rowu. Lewa ściana rzucała jeszcze wąziutką tasiemkę cienia: było tu chłodniej. Położył się plecami na wilgotnej, gliniastej ziemi. Chłód przepływał przez niego jak przez rzadkie sito: wypływał na wierzch i skraplał się w pot. Perliły się kropelki na brzuchu i stróżką ściekały po nogach.
- Zapadłeś się za bardzo do butów! - krzyczał Michał. - O! Jeszcze jedno. Gdzie ty pracujesz?
- Ja? Uczę się - odparł, ale jakoś nieśmiało i cicho.
- To niby jak? Czego się uczysz?
- Studiuję socjologię - powiedział jeszcze ciszej.
- Fiu. Fiu. To niby co? Słyszycie? Socjo-co? Zresztą - nieważne. Sami słyszeliście - ciągnął Michał. - Będzie uczonym. Kazik! Rób mu zdjęcie. Dawaj tego kodaka. Zmień tylko kliszę, żeby zdjęcie nie było w kratkę. Będziemy mieli zdjęcie z uczonym. Zdjęcie z pieprzonym socjouczonym z wykopkowego sezonu. Bo my tu kopiemy. Robimy te pieprzone wykopy pod rurę, pod pieprzoną rurę. A on pracuje na wesele. Wielki on! - krzyczał nadal piskliwym głosem komiwojażera. - A my gramy. Panowie, gramy w pieprzone karty!
Tak wiec ON. odwrócił się twarzą do słońca i zrobiło mu się przykro. Jakby poczuł żal do kogoś. Może do czegoś. Dźwignął łopatę i znowu wprawił się w ruch. W ustach poczuł smak soli. Chropowaty język ocierał się o podniebienie. Zęby nacinały jego brzegi. Coś lepkiego i cierpkiego wypełniało mu jamę ustną. Splunął daleko: trawa zaczerwieniła się. Przełknął resztę cieczy i starał się jak najrytmiczniej pracować, ale nie udawało mu się. Nogi przesuwały się na boki, trzonek śliski, trudny do utrzymania. Zagłębił się już prawie po pas w rowie. Nawet nie sprawdzał szablonem: był wprawiony. Od dołu chłodziło ciało wilgotnym powiewem świeżej ziemi. Miejscami pokazywała się glina. Dłonie piekły. Zatrzymał się: nabrał w dłonie gliny i zgniótł, ściskając mocno: wytrysnęła między palcami. Czuł, jak płynie zbawczy chłód wzdłuż ramion do kręgosłupa. Usłyszał warkot motoru. Powietrze wibrowało. Wilgoć rozpłynęła się i paliło nadal w ustach. Żółta maź upadła. Zapiszczały hamulce. Stali wyprostowani, silni, pewni i szerocy. Rozlewali wodę do naczyń. Myli się, parskając wesoło jak konie. Poczuł nagle palące pragnienie. Biegł w ich kierunku. Śmiali się, wskazując na niego. Buty przeszkadzały mu w biegu. Klaskały cholewy ciężkie od gliny. Przystanął. Jan przysunął wodę, po ciele potoczyły się ziarnka ołowiu. Nabrał wody w dłonie, zanurzył twarz: brakło powietrza. Ciecz wypłynęła nosem. Pociemniało mu w oczach. Woda spływała grubo i wsiąkała w chłonny grunt. Rozlewali kawę w milczeniu. Dziąsła wcinały się zachłannie w miąższ bułki.
- Możecie dziś robić do pierwszej - powiedział kierownik. - Angielska sobota - dodał.
- To się rozumie, angielska sobota - odezwał się Kazik. - Tylko że ON. zaczął na trzy miesiące. Pewnie chce zdążyć przed Trzema Królami.
Śmiali się szczerze po męsku, wyszczerzając zdrowe, białe zęby.
- Tylko nie odwalać lipy - dorzucił kierownik na odchodnym. - Stoki gładkie, dno wgłębione na szerokość cegły, a głębokie na trzy grubości.
- To już gdzieś słyszałem - burknął Michał.
ON. ruszył w kierunku wykopu. Gorące powietrze utrudniało mu oddychanie, warzyło się w ustach i rozsadzało piersi. A jednak wracała mu zdolność ruchów. Podłoże drgało i dudniło: wyczuwał to ciałem. Niebo skurczyło się do stalowego rażącego oczy pasa. Leżał cicho i wyczuwał, jak wszystko płynie. Kawa bulgotała mu w żołądku. Powieki zaciskały się. Niebo przesuwało się w przeciwnym kierunku. Wstał raptownie. Trzymał pewnie łopatę w dłoniach. Palce miał grube i niezgrabne. Skóra, z wewnętrznej strony dłoni zgrubiała, stała się czarna jak kora dębu. Wbił łopatę z rozmachem w glinę. Giął się i prostował. Kęsy gliny ciężko upadały nad nim: na osypisko. Wyrzucona ziemia przesłaniała mu horyzont. Musiał się wyprostować, by zobaczyć zieloną trawę. Widział jedynie wierzchołki dużych, uschniętych badyli. Zapadał się coraz bardziej. Cień w rowie poszerzał się.
Rytm się rozpoczynał. Zawładnął nim: giął się i prostował. Słyszał stukot i szelest układających się grudek ołowiu. Zamknął oczy: siach, bach i szmer, i szmer. Potknął się, oczy szukały przyczyny, ale nie dostrzegły. .Coś uroniłem, gdy miałem je przesłonięte łuskami powiek - pomyślał ON. - Całkiem jak w nowelce.. Nie tracił rytmu: myślał, oddychał i spluwał w takt. Uderzenia nad nim upodobniły się do bicia drewnianego młota: wpadł w trans. Pracował odwrócony do nich plecami, za sobą miał pręgę rowu. Dochodził do końca. Jeszcze dwie warstwy i wgłębienie. Słońce przestało parzyć. Cień sięgnął kolan. Oczy rozróżniały jedynie ciemną glinę i pas stalowego nieba. Inne kolory zmieszały się, znikły. Zmęczenie zaczęło napływać falami, rozlewało się po stawach, nakłuwało szpik, pętało ruchy. W płucach uciskało, jakby ktoś na siłę domykał szczelny zawór. Obrazy i myśli napływały w rytmie wbijania ostrza, wyszarpywania, odrzucania i opadania łopaty w dół po nową porcję gleby. Obrazy i myśli wyrzucane przez niego wraz z gliną, kojarzyły się luźno ze sobą, droczyły znaczeniami i kpiły kolorami. Wszystko w ruchu płynęło: wiatr płynął; śmiech płynął; niebo płynęło; ludzie płynęli; las płynął; horyzont płynął; zmęczenie płynęło; trawa płynęła; kłucie płynęło; doliny w oddali płynęły...
Jeszcześ nie przyszedł - i odpłynęło; twój dziadek zamordował się pilnikiem - i odpłynęło; czy to takie ważne? - i odpłynęło; trzeba mieć mieszkanie - i odpłynęło; .Masz takie duże, łagodne oczy - jak krowa. - tak mawiała Jancia - i odpłynęło; a syn będzie miał na imię Marcin - i odpłynęło; lubię chłopców z barami - i odpłynęło; wolę je bez ślubu - i odpłynęło; ty gówniarzu - i odpłynęło; musi być koniecznie córka Kasia - i odpłynęło; głupiś z twoimi dziewicami - i odpłynęło; piękna i skromna Helenka, Helenka, Helenka - i odpłynęło; z Lutkiem tylko raz się całowałam - i odpłynęło; zobaczysz, najlepsze lekarstwo to wódka - i odpłynęło; jutro odwiedzisz wujo-zbója - i odpłynęło; taki miękki tapczan - i odpłynęło; woda zaskórna pod nami - i odpłynęło; Kazika Łobodzica nazywaliśmy .Babalupa. - i odpłynęło; pierwsza jego miłość to Hania Cirko, i co? - i odpłynęło; panie Marku, dlaczego ciągle odbija się panu Lucyną? - i odpłynęło; aa, Tina! Jeździłem z nią konnym wozem ze snopkami. Nawet pocałowałem ją, ale wtedy byłem za głupi - i odpłynęło; kto? Weyde? Staszek? Ten, którego nazywaliśmy .Żydem.? - i odpłynęło; Danuśka? To jest to! Jak coca-cola - i odpłynęło; kto, kto? Andrzej Myśliński? Ten Tatarzyn? Skupuje złom i pije mocną wódkę? - i odpłynęło; Helenka! Helenka! Helenka! Czemu zawsze do męża mówi podniesionym głosem? No, dlaczego? - i odpłynęło; a to głupek, czekał na Hankę pod arkadami w pobliżu opery prawie dwie godziny - i odpłynęło; Horbal, jeżeli się śmieje, to nie zawsze wiadomo, czy należy śmiać się czy płakać, ale pilotem jest dobrym - i odpłynęło; jutro o 16.30 u .Strachsiebacia. Tomka Madajewskiego. To ten, który ma mercedesa diesla, piękną żonę i dwie córki: Aśkę i Paulinę - i odpłynęło; kolega? Staszek Zając? Jaki tam zając - lis partyjny. Jaki tam lis? Towarzysz, przyjaciel, wyrzucony z partii - i odpłynęło; matka, idąc do sąsiadki w odwiedziny, zawsze brała dla niej jakiś podarunek: połówkę babki lub chleba, kilka ciastek, albo skibkę sera czy jakiś inny poczęstunek i mówiła: .Nie pójdę z pustymi rękami, bo nie wypada. - i odpłynęło; .Jak wypiję trzy piwa, to jestem więcej niż ten pieprzony kosmos. - kto tak mawia? Pewnie Michał - i odpłynęło; matka jeszcze wczoraj przestrzegała mnie: .Synu, ty się nie wpisuj do ZMP - toż oni w Boga nie wierzą!. - i odpłynęło; e tam, Krystynka - piękna i głupiutka mieszczka. Wyszła za prawnika, który zmusił ją, by ogoliła intymne miejsca - i odpłynęło; hm... - i odpłynęło; .Żyję, żyję, ale co to za życie.- tak mawiał znajomy pijak - i odpłynęło; a Marek, jak sam mówił, zaczął narzeczeństwo z Anią od sprawdzania, czy ma piegi na całym ciele - i odpłynęło; a w barach to tylko mleko z bułką i gówniane pierogi z wodą na talerzu - i odpłynęło; masz ci! I kogo bronisz? Kogo usprawiedliwiasz? Komuchów?... - i odpłynęło; chociaż raz w życiu: kawior, lekkie wino, świece, piękna dziewczyna - Helenka, zwiewna muzyka... Chociaż raz w życiu... - i odpłynęło; matkom nigdy się nie wypłacisz. Nigdy! - i odpłynęło; to i dobrze, możesz mnie nazywać rasistą, bo nienawidzę ludzi w ciemnych okularach - i odpłynęło; Siemion to ten, który gestami wyprzedzał myśli - i odpłynęło; stary Szajna to dobry i mądry człowiek. Nawet jadąc kombajnem, minę ma zatroskaną - jakby martwił się o cały ten pieprzony świat - i odpłynęło1; a Misiu, jeszcze gdy przyjeżdżał z wojska na urlop, prosił mamę, by mu ugotowała ścirankę na mleku - i odpłynęło; kto? o Józku Chałupie mówisz? Ech, lepiej nic nie mówić - i odpłynęło; a stryjek Michał z Raszowej Dużej mawiał: .Komuna i tak runie, bo bez Boga nie da rady. - i odpłynęło; o! Znowu Tomcio Kądziołka - prawdziwy człowiek i dobry lotnik - i odpłynęło; tak, można powiedzieć, że to jeden z przedostatnich ludzi z twarzą - i odpłynęło; i szukaj ty człowieku ostatniego Człowieka z twarzą. Człowieka, szukaj... - i odpłynęło; tak, .Konia. - Bogusia Adamczuka nigdy się nie odżałuje, nigdy - i odpłynęło; a cóż to za osobowość wykreowana przez ogłupiającą telewizję? Potrząsa głową, przekręca w lewo, przekręca w prawo - jak kura. Dawajcie mi .Feliksa. - i odpłynęło; jestem tu tak krótko, a odejdę na zawsze; to jak to jest? Kto psuje sprawę?... - i odpłynęło; tak, a potem już będę w Ciele Doskonale Czarnym - i odpłynęło; a nie szukajcie mnie tak usilnie, gdy zabawimy się ostatni raz w chowanego - i odpłynęło; życie to gra, a w grze trzeba mieć plan i strategię. Cie, cie, cie, ale mi mądrości! - i odpłynęło; .O, wypiłem! I gdybyś ty był szczurem i moim bratem, zabiłbym ciebie! O!. - Kto to mówił? Gdzie ja to słyszałem? - i odpłynęło; a Michał z .Cotko. to co? Zginął na budowie, winda łeb mu urwała, a nawet grosza na pogrzeb komuchy nie dali - i odpłynęło; .Jeszcze się zazielenisz, zobaczysz; jeszcze się zazielenisz, aż pozieleniejesz. Zobaczysz.... - co on miał na myśli? - i odpłynęło; żyję: chodzę, śpię, jem, trawię, myślę, nienawidzę albo kocham, idę i idę - pieprzona wstęga Möbiusa - i odpłynęło2; .Gdzie są te moje kulewskie kapcie. - tak powiedziała Kasieńka, gdy miała cztery latka - aż mama zdębiała - i odpłynęło; taka dziewczyna. Taka dziewczyna! Toż to mleko i miód - i odpłynęło; kłamią, kłamią, kłamią, a ludzie wciąż im wierzą - więc jak to jest? - i odpłynęło; .Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór. - co ja miałem? Co ja miałem? Same resztki... - i odpłynęło; ale se wlał, ale se wlał - on najmądrzejszy we wsi - i odpłynęło; słońce wywierciło mi dziurę w mózgu: nie pamiętam kolegów z klasy siódmej. Byli: Zbroniec, Kuzik, Rudko, Karchut, Kowalski..., a koleżanki: Krzyżowska, Denys, Bilińska - i już? - i odpłynęło; .Boże. Boże, taka młoda! W trumnie wyglądała jak anioł. - powiedziała matka - i odpłynęło; a po zboże przychodzili we trójkę: sołtys Kosyk, sekretarz partii z gminy i milicjant z kałasznikowem. Mama i my zawsze płakaliśmy - jak na zawołanie - i odpłynęło; a czytaj pan książkę telefoniczną: toż to prawie dramat: 3687533 inż. arch... Jan Jakiśtam, 3801028 dr med. urolog Anna Jakaśtam, 6820102 Stanisław Jakiśtam, liczba i jakiś tam człowiek; liczba i człowiek, aż zostanie sama liczba - i odpłynęło; ech, te głupie powiedzenia przy brydżu: . gra w piki daje wyniki. - i odpłynęło; .Król bierze, gdy dam oddaje się sama. - i odpłynęło; a brat Kazik dał się nabrać na ZMP - i odpłynęło; Stachu, nie rób się durny - i odpłynęło; no! No! No! Ona zawsze cycki nosiła wyżej niż należało - i odpłynęło; a zaglądał w dekolt jak diabeł do Betlejem - i odpłynęło; ale pieprznęła ta butelka z podpiwkiem za piecem dzień przed wigilią - i odpłynęło; .Patrz jaka chmura! Patrz jaka chmura! Strach się bać!. - i odpłynęło3; a słońce coraz to niżej i niżej, - i odpłynęło; .Przelazem bez brame i ledwiem oddał. - tak powiedział dziadek Szwedziński, gdy na drugi dzień nieco otrzeźwiał - i odpłynęło; a niby ile mamy żyć? Kto spisuje godziny? Odkąd? Dokąd? Ile czasu? Ile przestrzeni? Co? Jak? Ile? Krzywa to czy prosta? O! ku..., znowu ta pieprzona wstęga Möbiusa... - i odpłynęło; .Hej, wy, konie, rumaki stalowe, hej na pola prowadźcież wy nas; niech zawarczą traktory bojowe, bo do pracy już nadszedł dziś czas. - na jaką to melodię szło? - i odpłynęło; jak jutro znowu będzie taki skwar, to się zawalę - i odpłynęło; kto rano wstaje, temu... - e tam, z przysłowiami - i odpłynęło; a, o Izie mówisz? Śliczną buźkę miała, ze mną chodziła, a z innymi sypiała. Jakoś sobie radziła. Tak to było - i odpłynęło; tak, Zbyszek Radomski to jest omnibus: wspina się w górach, lata na szybowcach i balonach, ma uprawnienia sternika pełnomorskiego - to jest Człowiek, a jednak jakaś tajemnica tkwi w jego życiorysie - i odpłynęło; jak to Jańcia mówiła? Aha: .Ty jesteś taki osobny.. Widocznie jestem - i odpłynęło; .Jak je chlip i umasta, to co ty gadasz o głodzi. - tak mawiał stary Pasternak - i odpłynęło; Małgośka hoduje konie, a ma tylko jednego dojeżdżającego, czystej krwi araba - i odpłynęło; wiesz, czemu tak bardzo szanuję kobiety? Powiem ci. Bo moja matka była kobietą - i odpłynęło; tato z Pajdą, popiwszy, śpiewali: .... a nas je tylko dwudziestu i dwóch - to je za mało na miasto Lwów. A wszystkie panny na wycug szajny, stary, garbaty, każdy je fajny, bo nas je tylko dwudziestu i dwóch - to je za mało na miasto Lwów. Panieńki będą za nami płakać, forsami rzucać, nic nie bałakać, bo nas je tylko dwudziestu i dwóch - to je za mało na miasto Lwów. - i odpłynęło; boję się sądów, gdy sądzą ludzie. Jeżeli już - to niech osądzi mnie Bóg - i odpłynęło; o ku..., ale chciałbym uwierzyć we wszystkie bajki, jakie opowiadała mi mama - i odpłynęło; jak to Jańcia mawiała? Aha!: .Ty jesteś jakiś taki głupi. Może nie całkiem, ale jakiś taki podwójny.... - i odpłynęło; pieprzysz o miłości jak potłuczony - i odpłynęło; lubię kawę mocną, bez cukru - i odpłynęło; dwa lata służby, cóż to jest? - i odpłynęło; i radio też! I radio też - i odpłynęło; gdzie się, kutasie, pchasz? - i odpłynęło; panie, takie protezy? - i odpłynęło; ewangelia według świętego Marka, rozdział - i odpłynęło; każdemu mówię, że zajęte - i odpłynęło; zawsze byłem głupi - i odpłynęło; rozbiło mi się lusterko w mak - i odpłynęło; kurwa, czy ja pana znam? - i odpłynęło; więcej grzechów nie pamiętam, a ciebie ojcze... - i odpłynęło; coś ty, z wariatami? - i odpłynęło; po słojach można obliczyć wiek drzewa - i odpłynęło; najpierw spała z innym, a teraz... - i odpłynęło; wolę jedno piwo niż wystawę obrazów - i odpłynęło; deszcz, deszcz, deszcz - i odpłynęło; na Hiroszimę tylko raz rąbnęli - i odpłynęło; weź rękę, to boli - i odpłynęło; dziś szarpnę pięć setek - i odpłynęło; umiesz puszczać kółka? - i odpłynęło; koń nogą brząknął i zniknął jak śrybna koróna - i odpłynęło; tu wszyscy widzą - i odpłynęło; jeszcze nie przeczytałem - i odpłynęło; hej, hej, ułani! - i odpłynęło; masz takie zasrane szczęście - i odpłynęło; .i takie o!. jak mawiał stary Babuszka; niech się puszcza, niech się puszcza - i odpłynęło; i takie o! - i odpłynęło; Cyzia? Wszystkie jej uczucia są ambiwalentne - i odpłynęło; śmierdzisz koniem - i odpłynęło; skończone, skończone, skończone - i odpłynęło; aby do śmierci, aby do śmierci, pani Witkowa - i odpłynęło; a to suchman, takiej dziewczyny mu się zachciało! - i odpłynęło; wysmarkać się musisz - i odpłynęło; o la, o la, o la, o la - i odpłynęło; jak smarkacze, zupełnie jak smarkacze - i odpłynęło; panie Kowalski, gałązki nacina się pod kątem - i odpłynęło; nie płakał na pogrzebie siostry - i odpłynęło; widelec w lewej, a nóż w prawej - i odpłynęło; piszczał tak: ii, ii, ii - i odpłynęło; co mi tam wiatr, co mi tam mróz - i odpłynęło; ech idioci, idioci - i odpłynęło; Ruscy też mają swoją taktykę - i odpłynęło; fajny film, zobaczysz - i odpłynęło; zakręcaj, bucu, w prawo - i odpłynęło; a niech to szlag trafi - i odpłynęło; masz kawał gazety? - i odpłynęło; no, no, aleś się udał - i odpłynęło; Stalin to... - i odpłynęło; pieprzony sekretorz - i odpłynęło; aaa..., pamiętam, Jasiek Witka, nazywaliśmy go .Kapitalistą.? - i odpłynęło; a widziałeś żonę Staszka Pajdy? Warta grzechu - i odpłynęło; da się zarobić, da się zarobić - i odpłynęło; .ta jak nie, jak tak. - jak mawiał ojciec Michała - i odpłynęło; . A mnie tam, co tam. - jak mawiał Michał - i odpłynęło; a mo...
- Co wy, co wy? - powiedział cicho i ze zdziwieniem ON.
Kręciło się wszystko wkoło. Woda bulgotała, nogi rozjeżdżały się na boki, grzęzły, trzonek uwierał go w pierś, cisnęło go coś w gardle, oczy rozbiegane rejestrowały luźne spostrzeżenia
- Woda, woda! - krzyczał. - Co wy?! Nie widzicie? Woda!
Cisza. Wesoły chlupot strumyczka. Płynęła, wypełniając dołki i szczeliny, omijała większe grudy ziemi leżące na dnie wykopu. Widział jedynie wycinek szarego nieba - słyszał tylko plusk. Ocierając się o brzegi rowu, szedł pod prąd strumyczka. Chlapały nogi w rzadkiej glinie, chłód wlewał się do butów. Gramolił się dalej, potknął się, stoczył po wygładzonym zboczu. Zimno oblało jego ciało, ręce ugrzęzły w mule. Zrozumiał. Woda strzelał w górę jak z sikawki. Nadepnął butem: chlupot ustał. Otarł twarz. Zazgrzytał piasek między zębami. Kaleczył stoki łopatą, aby osypująca się ziemia zatamowała wodę. Kręgosłup sztywny nie dał się już elastycznie giąć. Kręgi ocierały się o siebie. Nie mógł dłońmi owinąć trzonka. Deptał ziemię, ugniatał dno rowu. Podniósł się w górę: wzrok obejmował coraz to większą przestrzeń. Rosa osiadła na szczecinach twarzy, perliła się jak rtęć. Słońce ciężkie, ucięte po bokach wisiało jakby przybite gwoździem do horyzontu, wygniecione od dołu, zdeformowane jak z pomarszczonej blachy. Wiatr ucichł. Słyszał szczekanie psa i przeciągłą niską melodię ustnej harmonijki. Melodia wibrowała, załamywała się, to znów brzmiała jednostajnie, rozlewała się szeroko po okolicznych ugorach.
- Nie da rady - powiedział cicho ON. - Nie da rady - powtórzył. - Skończone. Nie będzie pięciu stów.
Ręce opadły mu wzdłuż bioder. Zwisały, jakby były luźno uczepione po bokach jak u pajacyka poruszanego sznurkiem. Język znowu ocierał się o chropowate podniebienie. Dym wisiał warstwą nad okolicą: drażnił nozdrza. Poczuł się pusty w środku. Komary jęczały uparcie. Kłuły ciało. Podniósł kombinezon i wśliznął się weń. Materiał zwisał po bokach, fałdy układały się jakby były łamane z tektury.
Mrok gęstniał. Lepił się do wszystkiego. Zalegał ciężko szarą masą w rowach i wgłębieniach terenu; milczący, daleki. Napływał z oddalonego lasu, sunął między źdźbłami trawy, między burzanami i karłowatymi brzózkami, które jeszcze bieliły się krzywymi pniami. Dopiero teraz dotarły do niego ich chrapliwe głosy. Postacie szare, niewyraźne rozmazywały się w tle wieczoru. Widział wymachy ich ramion i teraz dolatywał do jego uszu stuk karty wyrzucanej na deskę. W jednej chwili chłód, wilgoć i szarość wypełniły go po brzegi, aż mdłości podpełzły do gardła. Głowa opadła ku przodowi, a stuk karty rzucanej na deskę i uderzenie krwi do mózgu szły ze sobą w parze, jak przyczyna i skutek, orzeł i reszka: stuk karty i długi wdech; stuk karty i siostra Jana; stuk karty i słowa Michała: .Leżę przez zasraną damę.; stuk karty - i myśl o forsie; stuk karty - i sześć tysięcy wystarczy; stuk karty - i .Panie Romku, a mieszkanie pan ma?.; stuk karty - i myśl kłująca tępo: .Wczoraj przerżnąłem dwie stówy.; stuk karty - i głos Kazika: .Trzy setki wykładane.; stuk karty i głos Jana: .Załatwieni jesteśmy odmownie.; stuk karty - i zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam...; stuk karty - i dzień dobry ci, smutku; stuk karty - i mówię wam, Judasz nie był złym człowiekiem, zło w nim polegało na tym, że był człowiekiem; stuk karty - i do dupy z robotą; stuk karty - i ferajna tańczy, ja nie tańczę; stuk karty - i słowa Michała: .Będziesz harował do usranej śmierci, a garb ci sam urośnie.; stuk karty - i myśl: .Może jednak warto?.; stuk karty - i on nie może robić, ma łaskotki w rękach; stuk karty - i jesteś rozkoszny jak szczypiorek na wiosnę; stuk karty - i słuchaj, Jezu, jak cię błaga lud; stuk karty - i - .Wczoraj przegrałem dwa czerwone, dzisiaj mógłbym je odbić.; stuk karty - pszczoły to fajna rzecz; stuk karty - i nie ma to jak Janka; stuk karty - i cisza; stuk karty - i cisza; stuk karty; stuk karty; stuk karty; stuk karty i cisza; stuk karty i cisza; stuk karty i cisza...
ON. wdrapał się na powierzchnię. Nogi niosły go w kierunku grających. Zarzucił łopatę na lewe ramię, oparła się swobodnie i pewnie. Uciskała. Po kilku krokach przełożył ją na prawe ramię. Nogi ciężkie, obijały się o wnętrze twardych butów: chlupała rozmieszana glina, wytryskiwała na zewnątrz. Zdmuchnął komary z twarzy, jęczały wysokim tonem, jakby je ktoś wsypał do pustej butelki. Mięśnie bolały go przy każdym ruchu, luźno rozlewały się pod skórą, to znów zbiegały się, zwierały mocno jak zapętlony gruby sznur, zwierały tak mocno, że uniemożliwiały mu normalne poruszanie. Odrzucił łopatę. Byli blisko, widział ich czerwone, roześmiane twarze. Niebo opadło niżej, oparło się prawie o horyzont. Ruchy straciły dawną sprężystość i pewność: wlókł się coraz wolniej. Głowa kiwała się w takt kroków, przerzucana to w lewo, to w prawo. Poczuł zapach domów: wiało ciepłem, jedzeniem, snem i ludźmi. Oczy zapadały się do wnętrza czaszki. Karty stukały rzucane z pasją, mieszały się głosy grających. Przekrzykiwali się.
- Za setkę - powiedział. - Jeśli wygram, tamto się ocali.
Podał mu karty: as, dama, walet. ON. zaglądał mu w oczy. Milczał. Wyczekiwali, patrząc na siebie.
- Dziewiętnaście - powiedział Michał.
- Na pięć setek - odezwał się cicho ON.
Michał gwizdnął. Jan podawał karty: dziesiątka, dama, dziesiątka. Zgniótł w dłoni trzy tekturki. Jan wyrzucił dwudziestkę.
- A widzisz? Leżym przez damę - podsumował Michał. - Nie ty pierwszy! Nie ty pierwszy! Nawet nie ostatni! - krzyczał, wykonując jakiś konwulsyjny taniec.
Spojrzał po nich, ale twarze były zmęczone, nijakie, jakby pokryte warstwą szarego, ciężkiego i wilgotnego wieczoru.
- J? - zapytał Jan.
- Może to dobrze, że przegrałem? - powiedział ON.
W uszach krew bulgotała rytmicznie. Mięśnie twardniały. Szumiały oddechy. Zgiął się: szukał trzonka łopaty po omacku.
- A może źle? - zapytał ON. - ni to siebie, ni to innych.
- Nie mówiłem, że wariat? - burknął Michał. - Pieprzony wariat kopiący pieprzone doły pod pieprzone rury. Wszystko to pieprzone. Wszystko dookoła i to, co dalej - prawie krzyczał.
- Skończone - zawyrokował spokojnie Jan, otrzepując się dokładnie z piasku.
ON. poczuł do niego prawie sympatię. Biegł w kierunku czarnej smugi. Potykał się i prostował. Zapadał i podnosił. Chwilami chwiał się, to znowu wracał do równowagi. Wskoczył do dołu. Chwycił za trzonek łopaty. Coś wracało. Coś odpływało: jasność i mrok, wilgoć i pragnienie, czas i przemijanie, radość i smutek, ból i łagodność, twardość trzonka i ustępliwość ciała, słabość i pewność siebie, łagodność dłoni matek i krzyk ojca, jasność świtu i głębia mroku, złudzenie i jawa, prawda i fałsz - to znowu wracało jakby to samo, a jednak bogatsze o tę tajemniczość, która tkwiła w mechanizmie powrotu. Woda chlupotała dołem: chłodziła stopy. Wciskał ostrze w błoto: lepka masa rozpryskiwała się na boki. Szarpał wściekle ramionami. .Muszę odrobić. Ale czy to możliwe? Czy warto zaczynać?. - był przez chwilę wypełniony wątpliwościami. To znowu wróciło: .Musi się udać!. przy każdym ruchu łopaty po nowa porcję błota: nie mówiłem, że wariat; i wróciło - kap, kap, kap i tak cały dzień; i wróciło - pani Marto, bez żartów; i wróciło - czy to dobrze czy źle; i wróciło - najpierw było Słowo, a Słowo było od Boga...; i wróciło - cie, cie, cie; i wróciło - pani Witkowa, ona umarła na suchoty; i wróciło - ciągle zupa, zupa i zupa; i wróciło - jeszcze cztery sekundy, trzy, dwie, jedna i dzyń; i wróciło - Niemcy tylko tak nadskakują; i wróciło - twoje skarpety śmierdzą jak stara ścierka; i wróciło - jedzie, jedzie rycerz zbrojny; i wróciło - pani bufetowa, czy ma pani kaszankę z małpiego mózgu?; i wróciło - wciąż tak haruję; i wróciło - co to ja kopię?; i wróciło - zrobię ci zdjęcie z wykopkowego sezonu; i wróciło - komuchy i tak się urządzą; i wróciło - byłem tak nieśmiały, że wstydziłem się żyć; i wróciło - jeden rok, drugi rok, trzeci rok, ile tak można?; i wróciło - o żesz ty babo!!; i wróciło - włosy matki zawsze pachną wspaniałością; i wróciło - ona? ta płastuga? Gładka jak deska do prasowania; i wróciło - kto? Aśka? Piękna i mądra, za łagodna na ten pieprzony świat; i wróciło - tak, Lucyny nie zapomnę. O harfo niebiańska!; i wróciło - Hanka, zadzwoń: 267-75, a usłyszysz głos rozkoszy; i wróciło - pieprzona sekunda, pieprzona godzina, pieprzony dzień, pieprzony rok, pieprzone życie, o!; i wróciło - sekretarze jak mówią, to mówią; i wróciło - jejku, jejku, jejku, a jak będzie wojna?; i wróciło - tak, Michała można nazwać pieprzonym obywatelem; i wróciło - jak tak dalej pójdzie, to tylko zęby w płot; i wróciło - tak, tak: logika wielowartościowa; i wróciło - ja im nie wierzę, nawet jak piszą datę w gazecie; i wróciło - jak mawiała Jańcia: .Nikt mnie nie kocha, a jestem młodsza od Cyrankiewicza.; i wróciło - a na .Wiridianie. już byłeś?; i wróciło - dziewczyno, takie nogi to majątek, nawet nie wiesz, co masz; i wróciło - samo błoto, błoto i błoto; i wróciło - z dziewczyną trzeba wyjechać nad morze; i wróciło - picu, picu; i wróciło - co to wraca?; i wróciło - słowo...

Klisza nr 2  
Dzień jakby  
już znany, a nie
Było tak, jakby ten dzień miał się ku końcowi, a przecież to dopiero ranek: wczesny ranek - nieco zamglony, cichy, z zapachem stęchłego sitowia, którego tu nie było. Po niebie wędrował samotny obłoczek, co nasunęło mu myśl o samotnym żaglu: .bielejet parus adinokij.... Obłoczek ani się nie powiększał, ani nie zanikał - to też wydało mu się sprzeczne z zasadami fizyki - żeglował ukośnie do brzegu. Ukośnie do prawego ramienia. Plaża jeszcze pusta, zapełniona jedynie szumem fali dobijającej do brzegu. Zawsze tak było: fala jedna; znowu jedna - jedyna - też samotna... Za nim leżały jego spodnie, płaskie jak patelnia, puste, samotne; jego sweterek, który mu matka kupiła jeszcze .na maturę. - jak mawiała. .Ile to już lat? Samotność sweterka - samotność rzeczy - tragedia w łonie sweterka.. Obłoczek wisiał w tym samym miejscu. Wydał mu się jedynie bardziej podłużny, jakby zaczesany olbrzymim grzebieniem od północnej strony - strony morza. ON. przechadzał się możliwie swobodnym krokiem w kierunkach zachód - wschód: równoległych do brzegu. Wyczekiwał na nowy dzień, na nowe możliwości, na swobodę kojarzeń, jakie zawsze uprawiał wraz z nowym dniem. Nie nadchodziły. Duży ptak przeciął ukosem niebo za nim. Ledwie słyszalny szelest powietrza sianego piórami skrzydeł. Słońce czerwone, zimne wspinało się coraz wyżej. Wilgoć opięła jego ciało jak niechciana pieszczota, łaskotliwa i kłująca. Próbował się z tego otrząsnąć, ale te żałosne podskoki, te miękkie upadki na stopy czyniły jedynie zagłębienia w piasku - znikomy ślad jego trwania tu - odbicie echa jego trwania tam. Gdzie? Lepki chłód ściął naskórek jego ciała jak październikowy za wczesny mróz kałuże wody przed domem w połyskliwą taflę, opalizującą przy zmianie kąta patrzenia. To samo przez to samo, przed tym samym. - Sianokosy myśli - wyszeptał ON. Za wcześnie na to samo, co wczoraj. Upał jeszcze nie zapanował. Bieda marzeń. O błogości przepływająca grzbietem ciała wzdłuż kręgów! Pogrążyć się w taki wezbrany nadzieją dzień: przelewający się drobinami rozedrganego powietrza, gdy pod piaskiem sypkiej plaży już kotłują się, organizują się, by znowu w bezładzie południowej pory zadudnić o powierzchnię i wypłynąć sokiem ciepłej wody - żywicy z rdzenia ziemi. ON. przechadzał się krokiem zwycięzcy - a dzień nie powtarzał się. Samotny obłoczek tkwił w tym samym miejscu nieba jak przybity do sufitu kłaczek waty. Tło jedynie stało się bardziej głębokie, wpadające w seledyn. .Jakże bardzo samotny stał się jedyny obłok na firmamencie nieba - pomyślał ON. - Samotna samotność dnia wczorajszego pogłębiona o dziś.. Tłukło się w jego wnętrzu, że nie może być tak, by dzień powtórzył się idealną kopią dnia wczorajszego. A jednak przyszedł tu gnany nadzieją doznania doznań dnia wczorajszego. To błogie, obezwładniające przekonanie tkwiło w nim zadrą. Ten obraz niby znany: oryginał - replika - kopia. Możliwość możliwości wystarczyła, by go tu przygnać w ten jeszcze wilgotny chłód. Łudził się, że powtórzy się nie tylko pogoda, ale i ułożenie ciał na plaży, kierunki, złożenia dźwiękowe - niby nic nieznaczące, a jakże kojące zmysł słuchu. O harfo niebiańska ukryta tuż za brzegiem kuso wciągniętych majteczek koloru kaczych jaj! Muzyka sfer niebiańskich rozpływająca się w ciele jak słodkość owocu w snach i ta niemoc zalegająca w członkach, w mięśniach, w mózgu i ta niby-senność wraz z obrazami - plamami najczystszych kolorów. Senność tkwiąca w paznokciach wszystkich kończyn. Gdzie zaczyna i gdzie się kończy? Gdzie środek, gdzie zbiegają się słoje, skąd promieniują promienie? O błoga słodkości zalegająca we wnętrzu - mrocznym, ciemnym jądrze materii. A może jądrze ducha, która wygładza komórki nerwowe aksamitnym śladem jak fala wodorosty przybrzeżnym pływem? Aksamit we wnętrzu i aksamit pod powiekami, i w opuszkach palców między skórą a ciałem. Wygładzona gładkość aż do połysku ciemności - zapach zapięty w krysztale jednoskośnie - na zawsze. O, dzień wczorajszy..., mógłby go powtarzać w nieskończoność bez przedzielania nocą. Zanim ON. przymknął oczy w pozycji stojącej, zarejestrował położenie chmurki - tkwiła wciąż w tym samym miejscu na nieboskłonie: jedyna zmiana to położenie jej względem stron świata. Wydawało mu się, że zaczesanie jest teraz po stronie zachodniej, wzdłuż brzegu.
- Obraca się więc w miejscu - powiedział do siebie ON, nikt go nie słyszał, nikt nie komentował - miał więc rację. Obłoczek tkwił więc w tym samym miejscu już od godziny, kręcąc się bardzo wolno zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Nie powiększył się, a jedynie jakby wydłużyło się zaczesanie, co nasunęło mu myśl o komecie, mimo że podobieństwo było bardzo dalekie i wątpliwe. Stał więc nadal, prawie nagi, zwrócony ku morzu. Słońce ogrzewało mu prawy bok i ramię. Ciepło wpływało do jego wnętrza. Ciepło o zapachu sitowia. Ten zapach wyczuwał już nie tylko powonieniem, ale i skórą. Lepki chłód z lewej strony. Lepki wilgotny chłód. .Ciepło i chłód - towarzysze mego ranka. - pomyślał ON. Światło i cień, a pod stopami piasek. Dojrzewające lato domagało się swoich atrybutów: słońce pięło się w górę. Wilgoć i chłód ustępowały, rozbiegały się w nieznanych kierunkach: zanikały. Delikatna pręga mgiełki zamieniała się w niewidzialną przezroczystość - nicość przed rzeczą. ON. przyjmował ten dzień takim, jakim się stawał, z dobrodziejstwem inwentarza. Delektował się może nieco przesadnie swoim marzeniem - wspomnieniem: oby był powtórką, kopią wczorajszego. Nie znał reżysera dnia poprzedniego, nie wiedział, którym był z kolei w tygodniu. Plaża zaludniała się postaciami, upał wzmagał się z biegiem godzin. Fale rytmicznie powtarzały szelest piasku wspinającego się po łagodnej pochyłości brzegu i zmywanego wodą. Wszystko odbywało się tak, jak w dobrze skonstruowanym mechanizmie. Tak jakby znajdował się sam w olbrzymim łonie matki natury: zapłodnione jajo osiedliło się w macicy piasku, w którym tkwił stopami. Wody płodowe poruszały się rytmicznie falując, przy załamaniu zdobiły się w białe grzebienie piany. Przebywał więc w łonie matki połączony stopami z jej organizmem, a wielki spokój zaległ w nim. Tak. Łona kobiet i dziewczyn falowały oddechem, łącząc się w rytmie z dudnieniem nagrzanych słupów powietrza unoszącego się pionowo w górę. Chciałby je odwiedzić, wstąpić w nie, zanurzyć się w lepką ciemność tajemnicy rodzenia - czuć życie, które daje życie... ON. przekręcił głowę nieco w prawo - słońce cięło jego źrenice jak flesz i właśnie wtedy przebiegła ku niemu cicho jak łasiczka ta myśl: początek i koniec życia powinien odbywać się w łonie matki.
- Tak - powiedział ON. - bardzo dobrze. Wspaniale - podniósł głos. - Ale wtedy matka musiałaby być wieczna. Dlaczego nie? Dlaczego nie? - dodał. - A jednak to niemożliwe - uzupełnił i zwiesił głowę. Ogarnął go lęk. .Jakże - umierałby w łonie matki? Matka nosicielem śmierci? A jednak... Nikt nie uczy nas ani życia, ani umierania. Narodzenie w lęku matki, życie w lęku
i w lęku umieranie. Sparaliżowany bezładnym strachem umierał ojciec i ojca ojciec, i miliony ojców, matek, córek i synów, i nikt się nie buntował? - pomyślał ON. - Jakże to tak? Gdzie wina moja, aby właśnie tak?....
Stał otoczony wielką ciszą skondensowaną tu, na plaży, ubijaną falami przypływu. ON. - wielki sprawiedliwy wśród niegodziwości świata tego. .A kto mnie oskarżył? Kto uniewinnił?. - rozmyślał, obserwując obłoczek raz jeszcze, który jakby nieco się powiększył. .Ogon komety. skierował się ku południowi. Zagęszczone lato zaczynało się dudnieniem. Gorące słupy powietrza ustawiały się coraz gęściej, parły ciepłem ku górze, wprawiając jasność-jaskrawość dnia w wibracje. Koronkowe błyski oddalonych fal łamały marmurkowoszary horyzont. Rytm rozpoczynał się bez jego udziału. Coś wracało - coś czego pragnął - klisza dnia poprzedniego: pierwsze postacie wpisujące się w rozedrgany krajobraz. Jakby przesłonięty szarym muślinem. Postacie powtarzające dzień - postacie z dnia poprzedniego, kolorowe manekiny obleczone nowym dniem. Napływająca struga zgiełku na łąkę pisku i słońca. ..Dolina Jozafata wyściełana paznokciami zmarłych, kto na nią wstąpi, to krew tryśnie.... - tak mawiała matka - skąd ona wzięła ten obraz? - pomyślał ON. - Ten obraz, to imię, ikonografię do niego? Jaki wreszcie morał, jakaż nauka z niego wypływająca? Od kogo go przejęła i komu przekazać winna i z jakim przesłaniem, głębie to czy płycizny myśli? Dolina Jozafata. DOLINA JOZAFATA. DOLINA JOZAFATOWA... - kontynuował obraz ON.- Paznokcie to zapewne alegoria i krew alegorią, całość alegorią. A więc... alegoria w alegorii zamknięta: wielka szuflada znaczeń zamknięta przez matkę na zawsze i wyblakłe oczy nie do odczytania... Słoje cząstkowych znaczeń zbiegające się w rdzeniu znaczenia. Odeszła cicho cicha z łonem wyschniętym, bez życiodajnej wilgoci, z łonem już niedającym i nie- chroniącym życia.. .Tragiczny jest nie wędrowiec niewiedzący dokąd zmierza, ale wędrowiec nieświadomy skąd idzie. - powiedziała kiedyś, gdy stał na zagonie zaoranego pola rozgraniczającego olbrzymie połacie rzepaku już w pełni kwitnienia; wieczorem, tuż przed burzą kobieta niewidząca z tobołkiem na plecach, z kijem w ręce mamrocząca modlitwy chropawym, przyspieszonym oddechem.
Kobieta kołysząca biodrami przeszła obok, depcząc samotne, opuszczone przez niego spodnie. .Rozkołysana, ślepa rozkosz - pomyślał prawie głośno ON. - Nie wie kędy idąca.. Niosła ze sobą wielki herb rozkoszy - ona - rozkosz rozdzielająca, tak pewnym krokiem depcząca po drodze wszystko; czy wie, dokąd idąca? Czyjaś matka ze swojej matki: matka matki - matka matek przed siebie idąca, przez jego spodnie, kobieta w kobiecość wchodząca, wlokąca za sobą zjonizowany warkocz drobin lata. Przeszła. Odeszła. Prawie zniknęła. Wgniecenie jej stopy na nogawce jego spodni. Zaludniająca się pustynia Jozafata..., negatyw dnia minionego: trójkąty, kwadraty, prostokąty, plamy kolorów na piasku; ciała bezładnie leżące, ogrzewane słońcem, z tłoczącą się kanałami żył i żyłek z krwią w ich wnętrzach. Skradał się wolno ku nim. Mewy krzykliwie bawiły się sobą. Krojony miąższ lata piskiem mew. Kolorów przybywało: ciała wdzięcznie obramowane linią konturu falującą wraz z ruchem; przelewanie wdzięku i pragnienia: z cienia w słońce ku jeszcze większemu pragnieniu. Coś jakby ból zakołysał jego postacią: żar płynący z piasku stopami wzdłuż kręgosłupa do podstawy czaszki - węgielek rozpalający, prawie niebieski od delikatności; pęknięcie w marmurze: nieboskłon opadający. Coraz więcej ciał; coraz więcej wdzięku; coraz więcej rozleniwienia; coraz więcej skrytych i niecnych myśli; coraz więcej trosk; coraz więcej błysków... Jest niebieski kostium: góra i dół. .Od ziemi do nieba - pomyślał ON. - Niebieski smak nieba i złote cięcie promieni.. Jego oczy wspaniale błękitne prawie nic niewidzące zmieniające jedynie kolory. Prawie mógł je tworzyć od nowa: kreował je, formował nowe kontury, płaszczyzny, to znowu łączył je ze sobą. Ogradzał wzrokiem te ogrody rozkoszy na tej wielkiej, ciągnącej się łanami plaży między morzem a lasem. Kto zaś znajdzie ją: wystarczy, aby bardzo pragnął, a przez samo pragnienie stanie się zdobywcą. ON. czynił na plaży w negatywie dnia wielkie inwestycje: ustawiał w perspektywie obłoczków kończącego się wieczoru aleje piramid, mastab i innych wielkich budowli, które noc wymazywała atramentem; ostał się jedynie horyzont. Schylił się, podniósł i otrzepał spodnie. Ślad jej stopy zniknął: powiewały jak rozcięty sztandar. Zbliżył się do błękitu opinającego łono wymoszczone runem leśnym i wodorostami, wilgotne i życiodajne: wielkie pragnienie, by tam wejść, zanurzyć się w nie - zaległo w nim zadrą. Ciemność z marmurkowymi cięciami złotego światła żyłek: ustępliwa, napięta skóra wieczoru tuż za przedsionkiem wejścia: .O harfo niebiańska!. - powróciło znowu to zawołanie - delikatny, wilgotny chłód pod gorącym i zniewalająco złotym latem. Ciała ułożone równolegle, których rytm, pulsowanie krwi dopasowuje się do pragnień? Chciał coś powiedzieć, coś tak uogólniającego, by obejmowało to, co czuje, co czuł wczoraj i lata temu wstecz; coś obejmującego uniwersum: wszystkie zbiory pragnień tego świata, i największe: .chciałbym zwiedzić łona wszystkich kobiet.. Nie wypowiadał tego jednak obezwładniony niebieskością stroju - koloru, który go wypełniał od rana. Kostium błękitu kaczego jaja poruszył się: wspaniałe fałdy życia na brzuchu falujące oddechem. Tam... tam początek, początek i koniec, alfa i omega, radość i cierpienie, ciemne początki i jasność życia - ten ruch rozpoczynający się na wzgórku Wenery: łaskotliwość pluszu na wyciągnięcie ręki. Linia stroma, to znowu opadająca: migotliwy znak jaskółczego lotu. Zamknięty w oczach błękit wraz z błogością wigilijnego wieczoru; zapach żywicy i unoszących się oparów bagna: wilgotność dnia tuż po burzy. Pragnienie czy głód? Gdzie to umiejscowione? ON. otworzył oczy: tuż przy nim błękit kostiumu. O Boże! Potęgująca głód - delikatność prawdziwa: prawie dotyk ptasich skrzydeł, szelest fali, szelest krwi przeciskającej się w zwężeniach kapilarnych, pulsowanie: tup-tup; tup-tup; tup... Ten tupot jest mu przynależny na zawsze, do końca.
- Składam się z tupotu krwi i mrocznego pragnienia - było tak, jakby powiedział to ON.
Spłoszyły go te słowa. Jeśli nie jego, czyje były? Odpowiedzi nie słyszał: żadnego poruszenia. Odsłonięta twarz Matki-Madonny.
- Nie zrozumiałam.
Tak, to słowa z twarzy Matki-Madonny. Twarz z twarzy, krew z krwi: jest - jestem. Złoty podział odcinka zamknięty w owalu twarzy. Piękno upiększone tęsknotą i jego pożądaniem. Jej łono z flanelową wilgocią wytapetowane płatkami kwiatów, oprzędzione pulsującą krwią: delikatnością styku wody z chlorofilem liścia. Delikatność rozfalowanego łanu pszenicy, ustępliwego na każdy ruch letniego wiatru w cieniu ultramaryny - bez kierunku geograficznego, bez definicji wyboru: możliwość bytu w niebycie. Możliwość bytu w niebycie. Możliwość niewyboru kierunku. Pozostaje samo bycie - istnienie - a wokół kotłuje się życie: bicie serca, pompowanie krwi, płuca filtrujące powietrze: tlen ożywiający ciało...
- Chciałbym zwiedzić łona wszystkich kobiet - powiedział ON., ale nie słyszał swego głosu dochodzącego jakby z głębi, z oddali, zdeformowanego - głosu na styku dwu środowisk - jakby nie z niego pochodzącego.
- Nadmorski komandos. Turysta - płyneły słowa z twarzy Matki-Madonny: śmiech zawiesisty i falujący błękitny kostium.
- Nie. Nie. Nie chciałbym być źle zrozumianym - zapadał się w piasek ON. - Nie w tym rozumieniu...
Poruszone piękne uda i ołów rozlewający się ciepłą rtęcią pod błękitem stanika, a nad nim obezwładniający go obłoczek. Zda się pragnienie wszystkich mężczyzn wypełniało go: łaskoczący ból przenikający z wilgotnego piasku do kręgosłupa.
- O! Och, dlaczego? - zapytał nieśmiało ON.
.Jakby nie przyjęła tego do siebie. - pomyślał po kilku sekundach. Odczytał to jako powabną kokieterię. A ból zalegał w nim piekący i możny. .Każda żądza jest wpisana w pejzaż - zawyrokował ON. - Obłoczek nade mną, ziemia pode mną, reszta obok mnie. Tu jestem. Skąd więc przychodzi i kiedy zanika ta nieodłączna męka mężczyzn? Obiekt tęsknoty obok i ta wielka niemożliwość spełnienia - dlaczego?.
Wstała, zafalował błękitny obłoczek na brzuchu. Idzie ku morzu. Wstał. Otrząsnął piasek: szedł ku morzu. Nachyliła się, wykwitły biodra łukami sklepień. Zatrzymał się. Szła, zrzucając ze stóp błyski kropel. Szedł, brodząc w wodzie. Woda obejmowała ją coraz wyżej; oddalała się w morze, oddalał się i ON. Twarz Madonny niby uśmiech: delikatna nieśmiałość, jakby zawstydzenie, jakby zaproszenie, może pogarda? Tajemnica i oddalenie. Tajemnica życia zanurzona w morzu. Morze kolebką życia: życie kolebane falami morskimi: Wielka Matka Morze kołysząca swoje dzieci - łono falujące. Oddalała się. Wrażenie? Oddalenie zsiniałe od rany do ostrza. Jego pragnienie i ukojenie odchodzi, zanika. Mewy: białe fałdy powietrza, ruchliwe i krzyczące. Znikła, jedynie mewy... Jedynie horyzont... Jedynie fale... Słońce, piekąca kula na ramieniu tuż przy prawym policzku - ognisty ptak z nieruchomym skrzydłem - ptak dnia, odlatujący wieczorem po połknięciu gorącej kuli, wypełniony światłem, a sam sączący ciemność. Tyle kobiet na plaży, tyle koloru i wrzasku, tyle wody... Zanurzyła się zupełnie: ONA. Obłoki pojawiły się na linii horyzontu: szare barany, stada. Został sam, po kolana w wodzie łaskoczącej i napastliwej: wodzie uzupełniającej go, wodzie wlewającej się w szczeliny ciała. Poszukiwał jej wzrokiem aż po nieboskłon: odnalazł jedynie łódź rybacką kierującą się ku brzegowi. Nic: pusta powierzchnia morza i pstrokata plaża za nim, z urywanymi głosami ludzi. Harmider dźwięków: o, u, ja, ne, in, onim, one, elli... - jakby strojenie zdań przez niemowę i bzykanie roju much nad powierzchnią stołu. Wracał. Tkwił w nim niepokój. W oddali ściana prześwitującego lasu. Wracał ON. przepełniony pragnieniem i niepokojem. Nagle przyszła mu straszna myśl, że mogłoby być tak, iż ONA. - jego pożądanie i niepokój - odeszłaby w morze na zawsze i całkowicie: wypełniona morzem i ONA. morze wypełniająca. Jego mięśnie zatrzepotały w nim: ciemne mięśnie w ciemnym wnętrzu: ciemny lęk.
- Jakże to tak? Nie, nie zgadzam się. Zabiera mi wszystko za wszystko. Boże - zda się powiedział ON. - Dlaczego? Matko z twarzą Madonny, wracajcie! Wszystko mam po części, a całość mnie przerasta.
Zrozpaczony przechadzał się wzdłuż brzegu. Słońce tuż nad pręgą lasu: zawisło tuż, tuż w gałęziach sosen. Dzień się kończył. Plaża wyludniła się, kostiumów coraz mniej. Powtórka dnia poprzedniego, trzask flesza: takie złożenie detali kompozycji już gdzieś widział: czerwień zachodzącego słońca, zielono-ruda pręga lasu, rzadka wygotowana zieleń traw, opuszczony koc, ostygły z ciała na nim leżącego; górą - linia ciepłego frontu zbliżającego się od strony lądu, nasuwającego się wolno i majestatycznie; ukosem - przelatujący ptak i te wygasłe kolory. Ptak zniknął w niedalekich pierzastych krzewach. Rejestrował: to jest to zdjęcie z tamtego negatywu pamięci. Pragnienie jedynie było nowe, lęk nowy o niemożliwość spełnienia i ONA. wyjałowiona ze zdjęcia, obecna jedynie w negatywie pamięci. ONA. z twarzą Matki-Madonny - z jakiego to oleodruku? Z jakiego obrazu? Znowu wątpliwości: twarz matki czy twarz córki? Zdjęcia nakładające się: zbitka widzenia. Czyja twarz? Czyje łono? Pragnienie tylko jego i lęk w nim się gnieżdżący. Ptak to, czy czyjaś dłoń przesuwająca się ukośnie w polu widzenia w lewej części obrazu? Rejestracja: trzy setne sekundy. Naświetlanie w pamięci: przesłona dwie trzecie. Błysk: prądy rejestrujące spięcie. Nie do wywabienia obraz-zdjęcie w pamięci. Na zawsze. Nawet szarość pamięci staruszka nie wywabi tego zarejestrowanego pragnienia. Pusta plaża, w oddali trójkąt żagla, białogrzywe fale: ksz, ksz, ksz... gdzie ONA?...Wytrzeć ze zdjęcia, ale nie z pamięci. Zostanie wraz z pragnieniem: widzieć ją - jak Matkę, jak córkę. Nic. Koc ostygły. Wgniecenia i drobiny piasku. Nikogo. ON. i pejzaż. ON. i zdjęcie. Siność wokół niego. ON. zanurzony w wilgotnym pejzażu. Oddech prawie parujący. Chłód czerwcowego nadmorskiego wieczoru. Opłotki promieni słonecznych zastawione pniami sosen, biegnące od lasu poprzez plażę w morze - jak zagrody ustawione na łąkach ograniczające wybieg owiec: olbrzymia owczarnia: pasące się barany fal na tafli morza. Wygniecenie na kocu coraz bardziej brązowe: negatyw - biodra, plecy, ręce i głowa do odczytania. I tylko tyle. Ostygłe ognisko rozkoszy, kłębowisko myśli. Myślenie w bólu o rozkoszy - jest bólem czy rozkoszą? Światło stawało się coraz łagodniejsze, rysowało przedmioty mniej ostro. Nozdrza drażnił zapach smażonych ryb, mdły i tłusty podbiegł znienacka do brzegu. W morzu statki nawoływały się tubalnym głosem jak turkawki, horyzont ożył migającymi ognikami. Noc napływała z jakiegoś kierunku. Ciemniał w nim lęk jak wtedy, w ogrodzie, gdy Matka zostawiła go na chwilę samego, a miało się na burzę. Była to noc świętego Jana. Matka pobiegła na chwilę po mleko do sąsiada Androla. Wtedy to właśnie wszystko w nim i obok ożyło: łopiany z ognikami muszek, ostatnie klaskanie dziobami bocianów, rechot .topników. w zakącinie rzeki Wereszycy i kumkanie żab, a strzecha stodoły jak czarna tajemnicza piramida odcinała podniesiony horyzont od reszty fosforyzującego światła. Świat mroczny, nieodgadniony zapadał się w nim. Lęk przemożny wydobył się z niego głosem rozpaczy. - Upadam, mamo, upadam - osunął się w ramiona matki. Tak, to to samo zdjęcie. Negatyw niewywabiony do dziś: na zawsze w nim: jego zdjęcie intymne z tamtego sezonu kilkadziesiąt lat temu w prostej linii czasu. Wtedy jeszcze nie miał ani pragnień, ani pożądania, jedynie lęk był jego udziałem. Pożądanie sadowiło się w nim powoli i jak królicza skórka wymagało pielęgnacji i gładzenia. Pożądanie i lęk niespełnienia, i ta przerwa między nimi: woda zamknięta wysokimi brzegami: głęboka, mętna, wroga i ciemna. Dudnienie deszczu o blaszany dach szopy. Strop opadającego nieba, porywy wiatru w szparach między deskami, dudnienie gromów i trzaski, światła i zapach czosnku, i jego pierwsze wyzwolenie od pożądania. Ulga i urywany oddech, ciemność w oczach i zapadanie: aksamitem pocierane plecy i ciepła struga płynąca kręgosłupem aż do podstawy czaszki. Olśnienie w ciemności. Otwarcie nieba i kwiecistej łąki; przedmioty znajdujące się obok niego stały się piękne: grabie, kosa, łopata do przesypywania węgla, strugi i ośnik, zapasowe trzonki. Chciał je objąć i obdarzyć rozkoszą, doznanym szczęściem. Burza mijała i widzenie wracało: otwarte kwiaty, kolory, nalot pyłku delikatne mamiące zapachy i wielki żółty kwiat kaczeńca już na zawsze kojarzony z pragnieniem rozkoszy i przeżycia. Pożądanie z nim złączone. Jeszcze jedna klisza nie do wywabienia: zdjęcie intymne z tamtego sezonu - zdjęcie intymne z tamtego sezonu. Wszystko zawirowało. Ten pierwotny ruch towarzyszący powstawaniu życia: lej koncentryczny zwężający się wraz z oddaleniem i czas wmontowany w równoległości biegnący. Stawało się życie: kwiaty żółci rozjaśnione w ciemności. Pozostało. Tak powstało jego pożądanie: na zawsze w nim. Jego wielkość, jego wstyd, jego lęk, jego jasność żółci i prześwietlona klisza ciemności; upadek i wzniosłość; delikatność dotyku w opuszkach palców i zagryziony zębami policzek, i nadzieja: złudny podmuch zapachu naci ziemniaczanej i ten wielki powabny kwiat kaczeńca pozostał w nim na zawsze: żółty powab pożądania. Żółty wielki kwiat wrósł w niego na zawsze.
Słońce zniknęło, znikły też promienie zagród na plaży. Koc rozmieniony w kolorze piasku zniknął. Podbiegł: jest. Wygładził wgniecenie bioder i wtedy, w przyklęku, usłyszał dudnienie i jeszcze jakby przeczuwał, a już pojawiła pewność:
- O harfo niebiańska! O. U. u. ja. O har... - przerwał, bo usłyszał:
- Nie zrozumiałam. Pan zape...
- I. A. o. O ha...
- Ależ pan zdenerwowany - powiedziała powabna, ociekająca wodą, jeszcze błękitna nie całkiem poszarzała wieczorem. Jej oczy pełne błękitu i poczuł jak wlewa się w niego żółć: kwiaty kaczeńców wyolbrzymione, zalegające aż po dal ciemni.
- O nie! O. u. O nowe w. O nie! - powiedział tak jakby z rozpaczą. Jakby przygnieciony czymś możnym i ciężkim: góra go zalegająca: bezwład i niemoc. Usiadł z głową uniesioną ku niej. Nachyliła się: kwiaty, żółte kwiaty, łąka nimi wyściełana. Ocierała ciało ręcznikiem. Miękkie, nieco zwolnione ruchy ramion jak w pantomimie.
Była ubrana w delikatną, zwiewną spódniczkę, kiedy ją ponownie ujrzał. W ręku trzymała plastikową szeleszczącą torbę. Otoczenie szare ,wilgotne, nic nieznaczące. W górze na niebie dało się odczytać grubą warstwę chmur nadciągającego frontu ciepłego. Chciał coś powiedzieć. Coś uogólniającego, obejmującego scenę zastaną: to zdjęcie ich obejmujące. Napotkał wzrokiem wysoko nad nimi opalizujący czerwienią obłoczek - zaczesany w kierunku lądu: jedyny szczegół z porannego pejzażu.
- O. i. Ku. Ale zz. ju. O.
Stała nad nim przesłaniająca obłoczek. Było tak, jakby chciała mu powiedzieć, ale ją ubiegł.
- I. c. Stoi pani między obłoczkiem a mną.
Obróciła się w kierunku, w którym był zwrócony. Na twarzy miała wpisane zdziwienie, które trudno było mu dostrzec. ON. widział ją prześwitującą jak z bursztynu z bursztynowym łonem wyściełanym masą perłową - niczym muszle małż, które rodzą perły.
- Wygląda pani jak Afrodyta z perłą we wnętrzu - powiedział ON.
ONA. była zdziwiona i ON. Dostrzegła zapewne obłoczek, bo wyciągnęła w jego kierunku rękę, jakby chciała wskazać watę wiszącą nad nimi. Nie rozumiała jeszcze jego pejzażu, który był jego pejzażem od rana, od dwóch dni.
- Nie, nie; nie urodziłam się z morskiej piany. Byłam daleko na spacerze wzdłuż brzegu. Dobrze, że zdążyłam przed zmrokiem. Dziękuję panu i przepraszam za ranek - powiedziała dźwięcznym jak dzwoneczki głosem. .Perlisty śmiech z perlistego łona - pomyślał ON. - Twardość perły z miękkości łona: powietrzem utwardzana zaraz po urodzeniu. Okrągłość nieskazitelna: smak owocu zamkniętego w kuli. Powab krągłości kobiecej: owale, łuki sklepień, linie biegnące faliście, zamykane, zbiegające się w harmonii zwieńczeń. Powab miękkości - powab twardości.. Żądna pożądania kobieta: ONA. - oddychająca między nim a obłoczkiem już niewidocznym, między nim a resztą świata. Siwy deresz wieczoru z nogami w morzu i dosiadające go nieśmiałe gwiazdy. Zamarłe piony, zamarłe poziomy, wygotowana zieleń. Pionowe pożądanie pełznące ku górze, łaskotliwe i morzem szemrzące. Morze w morzu bawiące się falami morza: wspaniałość z niczego wynikająca. Kontury przedmiotów czernią rozmyte, w czerni ugotowane. Delikatny lęk jak porcelanowa róża: cała czerń w nim zawarta, zapętlona; kondensowana ultramaryna krwi pompowana stukami serca i ta zawziętość oddechu dławiącego każdy ruch, jaki chciałby - jaki powinien wykonać. ONA, stała nad nim jak wyzwanie, jak ptak przed poderwaniem się do lotu wyprzedzający spłoszenie. Jeszcze niema jak okładka z bajki do przeczytania, zawierającą całą tajemniczą treść - pełna smoków, jaszczurów ze stugębnymi paszczami, górami wyściełanymi runem, rzekami pełnymi złotych rybek obiecujących spełnienie - bajki z szeleszczącym papierem stronic, na każdej dobra, jasna wróżka dnia każdego...
- Dobranoc - usłyszał.
Bajka skończona: okładki zwarły się. Odchodziła. To jej głos. Jej słowa z jego bajki. ONA...
- O! o i ! to ja...ja! u - zaczął ON. wydobywającym się jakby spoza niego głosem. W galopie podniósł srebrny deresz wieczoru i wtedy usłyszał:
- Jak pan to ujął? Afrodyta z perłą we wnętrzu? Czy tak: z perłą we wnętrzu?
Nic, cisza. Wstał, otrzepywał piasek. Pospiesznie formował myśli, dobierał słowa. Tak. Zabiegła mu drogę jego słowami; ni wróg, ni przyjaciel. Z zewnątrz połyskliwa znaczeniami jak ryba łuską. .Z perłą we wnętrzu?. Dobrze: perły rodząca czy z perły zrodzona? Chytrze.
- Wiem - pomyślał ON. i powiedział dumny: - Z powabem perły: tęsknotę i pożądanie rodząca. T. Tak. a. A. wz...
Podbiegł. Nie mogła przecież tak odejść z tego dnia, nic nie zostawiając. Jakże to tak? Dalekie porykiwanie statku. Wołanie na kogo. Kto ma odpowiadać? Głos nocą w noc biegnący: biegnący: topiący się w morzu, zakrywany skibami fal... Usłyszał:
- Pięknie. Pięknie ujęte. Może zbyt jednostronnie. Przecież kobiety też tęsknią... One, my też...
ON. zbliżył się do niej. Przez delikatny sweterek czuł woń jej ciała, składającą się z sumy zapachów nie do określenia (woń włosów matki po deszczu?). Szeleszczącym głosem przerwał jej:
- Wz... zw... O! a! A jakby tak? To nie. To nie może być. To nie zamieni się! o. O! To nie jest zamienne. Nie! O! st.
Przerwał. Wróciło jakieś zdjęcie: szara przebitka źle trawiona. Niby las: same piony. Spadły pierwsze krople deszczu, ciepłe i grube. Niby lęk, niby przeczucie czegoś - sceny czy zdarzenia. Tak, lęk usadowił się w nim pionowo. Ocierał oczy: nie mógł nawet stwierdzić, czy z deszczu czy ocierał łzy. Smak kropel był słony. Wielka żałość niespełnienia tkwiła w nim: zapewne jeszcze dziecięca. Czuł drganie mięśni twarzy - jak zawsze, gdy płakał. Stał przed nią ze swoją klęską wewnętrzną. Zagubiony. Otaczał ich las ciemnych słupów. Dalekie błyski miasta: łuki z tramwajowych pantografów rozcinały gęstą czerń. Szukał słów, by bronić się przed tym, co sadowiło się w nim wraz z nocą: tą lepką substancją wlewaną wraz z nocą i krwią krzepnącą w żyłach, tworzącą zator lęku - trzepotanie mięśni twarzy, słoność w ustach, cierpkość rabarbaru. Wszystko w nim stało się lękiem, że nie powie takich słów, które by oddały tę zapętloną wiadomość, jaką ma dla niej, że ten dzień dzisiejszy, to zdjęcie, ta klisza są powtórką - kopią mieszkającą w nim już od lat, że obłoczek, ptak i front ciepły to atrybuty już mu znane, że ta błogość, która na jej widok pojawiła się w nim obok żądzy, może tkwi w jednym węźle. Kropel przybywało. Ciemność gęstniała. Las stawał się coraz bardziej tajemniczy, obcy. Ten lasek, który dniem przesiewał promienie słoneczne. Było tak, jakby coś wypływało z niego - obrazy i zdarzenia, i zaraz opuszczało go, pozostawiając w nim zgorzel spięć. Szli jakby blisko siebie, a jednak oddaleni o niezrozumienie, o tę delikatną obcość oblekającą ich ciała, gdy nie można się zbliżyć, ponieważ słowa jeszcze nie są całkowicie jednoznaczne - jednobrzmiące i jednoznaczące: kiedy słowa są słowami, obrazy obrazami, a zdarzenia zdarzeniami. Sadowiła się w nim coraz większa wątpliwość. Wszystko stawało się niepewne: obrazy, słowa, sytuacje. Wpływały w niego w rytm kroków wykonywanych po coraz to bardziej mokrym piasku i zaraz w tym samym rytmie odchodziły: obrazy, słowa, sytuacje: łąka jakby wsparta na kaczeńcach - i zniknęło; matka płacząca w kuchni przy pełni księżyca i zapytał czy płacze, bo księżyc taki duży. Potwierdziła, że tak. I później wiele razy wracał do tego zdarzenia i pytał, jaki to miało związek - uśmiechała się i gładziła po głowie - i zniknęło; słowa dziewczyny w stołówce: .Mogę ci się oddać, ale o miłości nie ma mowy., wtedy... - i zniknęło; płaski wzgórek za .małym gościńcem. z trzema krzyżami, otoczony głęboką bruzdą: tajemnica, gdzie zbierali się z kolegami na wspólne zabawy wśród wielkich badyli dziewann, zajęczego szczawiu, łopianów i dziurawca, gdzie tarzali się wśród chmur dojrzałego, niesionego z wiatrem dmuchawca - i zaniknęło; .Stań nade mną, a nawet nieba mi nie przesłonisz. - i zaniknęło; z Jaśkiem tylko raz się kochałam - i zniknęło; wigilijny wieczór: sam pod choinką, zapach żywicy, twarze sióstr i rodziców, delikatny półmrok i kolędy - i zniknęło; jakże jesteś pięknie zwieńczona pod zwieńczeniem nieba - i zniknęło; .a ciebie ojcze duchowny proszę o rozgrzeszenie i zadanie mi pokuty. - i zniknęło; te wielkie katedry, te pomniki bałwochwalstwa należałoby zburzyć w pierwszej kolejności, tak, w pierwszej kolejności - i zniknęło; a jednak pozostaną po was jedynie świątynie, te kamienie nagrobne waszej wiary - i zniknęło; takie nogi mogą podpierać tylko wspaniałość - i zniknęło; matka na pogrzebie siostry, jej twarz: kamień na kamieniu - i zniknęło; pieśń lgnąca do ścierniska. .Niechaj się niczego nie boi, bo święty Józef przy nim stoi, nie zginie. - i zniknęło; .zakącina. - najgłębszy odcinek Wereszycy - rzeki jego dzieciństwa - tam właśnie omal się nie utopił: pełen wody i strachu leżał w trawie wśród kaczeńców, przebudzenie - powrót do życia i radość z żółci w dłoni - i zniknęło; .Kto to słyszał, kto to widział, że mój ojciec dostał przydział: perkal w groszki i pańczoszki. - i zniknęło; .Jaruzelski to taki sam bandyta, jak i ta cała banda, jedynie bardziej inteligentny - tym gorzej dla niego.- czyje to słowa? - i zniknęło; tak, ten sad, ten ganek, ten pokój, ten zagajnik, ta noc pod lipą, ten niedzielny ranek, gdy całował ją w zwieńczenie zawsze prawie omdlały z pożądania - i zniknęło; to wszystko, te wszystkie nasze poczynania, te nasze sprawy, te tak niby mądre zdania, te zwroty kwieciste i zawroty, wolty i z wielkim przekonaniem czynione ruchy i oceny, piękne obrazy budowanej rzeczywistości, jakże przemyślnie zastawione zasadzki: te wnyki na rzeczywistość, te podchody, te okopy i podkopy, te ładunki dynamitu mające zburzyć przeszkody przed nami, te sprawy, do których tylko co dobiegamy, te niepowodzenia, od których uciekamy, te chwile udane, których nie umiemy bądź nie możemy zatrzymać, te - tak i te - nie, i te - może, wszystko to wydaje się być nieco gówno warte - mówię wam: gówno warte! - jakby na nie patrzeć - i zniknęło; jakież to wrażenia pozostają w nas najdłużej? Jakie? - i zniknęło; on zawsze był taki bucowaty, jakby siedział w nim i osioł, i świnia, zawsze... - i zniknęło; a w kościele stawała tuż przy balaskach tak, aby, gdy przyklękała, chłopcy mogli obejrzeć jej uda - i zniknęło; twarz jak u Madonny, a dupa jak kręgielnia - oto dwoistość jej natury: sąsiadujące antynomie - i zniknęło; a siostry nie odwiedzałem w szpitalu: to ona dawała mi na kino, na silniczek do modelu, to ona prosiła, by ją odwiedzić w szpitalu w niedzielę, a zmarła w poniedziałek, to ona z woskową cerą była mi przychylna, to ona cicha jak zmoczone liście rabarbaru, to ona wierzyła w te niby- wiersze, które pisałem, to ona jakby wszędzie była ona - i zniknęło; powiem wam, powiem: odchodziła tak cicho, jakby chciała nas przeprosić, że odchodzi - kto tego nie rozumie, to... - i zniknęło; .auiii, auiii, auiii, auiii, auiii, auiii. płakał bity pies gdzieś niedaleko, coraz ciszej: .auiiii,auiiii, auiiii, auiii, auii, aui, iiii, iii, ii, i....
Szli w zgodnym kierunku, a jednak oddaleni o to oddalenie niezrozumienia, o to delikatne wylęknienie niepozwalające na zbliżenie. Było tak, jakby słowa przez nich wypowiadane nie wyjaśniały niczego ani też nie zaciemniały spraw już ustalonych. Słowa były słowami, a rzeczy rzeczami. ON. nie mógł już odtworzyć jej postaci ze zdjęcia; zagubił je wraz z tamtymi przywoływanymi i zanikającymi w rytm kroków obrazami. Szli: drzewa pionowymi pręgami rysowały perspektywę. Kora stała się połyskliwa od deszczu. Szli. ON. ciągle starał się przywołać jakieś szczegóły, by móc skomponować znajome mu zdjęcie. Lecz nie: były zbyt migotliwe, jedynie cięcia i błyski - jak światła portu. Szli. Niepostrzeżenie rozwarła się przed nimi przestrzeń płaska bez horyzontu, jak ściana zamalowana na kolor ultramaryny z marmurkowatymi pęknięciami złotych niteczek światła - obce wtrącenia w ciemni marmuru... Szli. Wydawało mu się przez ułamek sekundy, że idzie tuż obok niej o wyciągnięcie ręki, to znowu, że nie będzie mógł do niej nic powiedzieć, gdyż musiałby bardzo głośno wołać, by mogła go usłyszeć. Ta niepewność oddalenia deprymowała go. Przypomniał sobie wieczorne postanowienie, by powiedzieć jej wszystko, co czuł, czego doznawał na jej widok, te własne kojarzenia i to, co jedynie przeczuwał, czego nie był pewien: wydawało mu się, że te obrazy kojarzone i napływające regularnie w rytm kroków, odtwarzane, wywoływane na kliszy pamięci nie czynią go bynajmniej szczęśliwym, ale wprost przeciwnie są przyczyną jego cierpienia, jeśli nie jedyną, to współprzyczyną łaskotliwego ucisku w dołku, wilgotności napływającej do ust. Szli. Szli w milczeniu. Statki w morzu znowu rozpoczęły nawoływanie. Niskie, tęskne tony syren zamazały mu pojawiający się jasny obraz jej kostiumu i postaci. Przystanął jakby wylękniony i powiedział ni to do siebie, ni to do niej, ni to do dźwięku syren. Powiedział to prawie w rozpaczy:
- O! o! Przecież. o. i. Przecież ja nie widziałem pani twarzy! I. i.
Zatrzymała się. Zatrzymał się. Tak. Już dwa dni obserwował ją na plaży, a twarzy nie znał: jak obrazy, jak akty Modilianiego bez oczu, tak jej postać bez twarzy. To jakby jego pożądanie miało być niepełne. Tak: twarz Madonny była obrysowana podwójnym konturem. Ta twarz była obrysowana podwójnym konturem. Ta twarz nieporadnie retuszowana - może przebitka ze starej kliszy albo ze zdjęcia z tamtego sezonu. Pragnienie związane z jej postacią też mogło być fałszywe. A ten dzień? Ten słoneczny dzień? Ten obłoczek? Ci ludzie na plaży? A mewy - te fruwające piskliwe białe papierki? Koc i ONA. odchodząca w morze, a zbliżająca się brzegiem wzdłuż linii lasu. Skąd więc wracała? Gdzie przebywała, gdy ON. gubił się w domysłach? Prawieczne łono morza ją zrodziło, ją? Każdy początek i tak bierze się z morza: piękno, powab kolorów i krągłość kształtów z morza; światłość jedynie i ciemność z oddalenia, a reszta z morza. Wielka, wszystko pochłaniająca matka, wszechobejmująca rodzicielka z rozkołysanym łonem przypływów i odpływów. .Tak, tamta śmierć odbyła się w łonie morza-matki - pomyślał ON. - Tamto życie odbywało się bez lęku śmierci. Wspaniałość kołysana odwieczną kołyską ukojeń - bez lęku i tragedii niespełnienia w pożądaniu. O harfo niebiańska! Skąd się więc wywodzisz? - prawie powiedział ON. - Harmonia dźwięków, dopełnienie kolorów, święte proporcje kształtów, organizacja przestrzeni zamkniętej w bryle, doskonałość złotego podziału wszechświata, muzyka sfer niebiańskich: firan zwisających nad rozkołysanym łonem natury - morzem. Nieme ryby - krzyk pojawił się dopiero na brzegu wraz z tragedią umierania....
- I! i! Ti... - zda się powiedział ON. Czynił może przy tym jakieś gesty, może zbyt teatralne jak na zastaną sytuację. Zauważyła je mimo ciemności i wyciągnęła ramię w jego kierunku, ale ON. szedł jak żołnierz na musztrze uparcie przed siebie, nawiedzony jakąś myślą czy ideą w rytm werbla dobosza. Ramię opadło.
I nie wiadomo, czy ten początek zdania, jeszcze nieśmiały i niepewny, byłby dokończony, gdyby ich dłonie nie spotkały się przypadkowo i ta jasność daleka, rozproszona i migotliwa, cedzona przez formującą się wieczorną mgiełkę nie spłoszyła go. Przytrzymał jej dłoń wilgotną i rozedrganą - chłód płynący żyłami kurczył mięśnie. Zbiegł się w sobie. Ta dłoń okazała się nie piórem, a metalem szybko chłodzonym: ta poranna bajka z ogrodami i fantastycznymi budowlami, które wytrybował w pamięci, jakoś nie przystawała do tej sytuacji. Chłód ustępował. Szorstkość skóry łagodniała. Wypełniała go wielka lekkość: czuł się prawie uniesiony, ledwo dotykający stopami ziemi. Wspaniałość: wewnętrzne rozbłyski ciepła, aksamit we wnętrzu żył, słodkość i łaskotliwa niemoc w mięśniach. Wewnętrzna czułość pierzchła pod naporem pospiesznych myśli. Lekkość, wspaniałość - trzepot piór. Liście brzozy drgające w ciepły lipcowy wieczór, wprawiane w ruch resztkami unoszącego się ciepła okruchy dnia wstępujące do góry i zanikające wraz z utratą światła. Nasiona dmuchawca - trzepot powiek - białe obłoczki na tle farbowanych ultramaryną chmur. I przepełniony goryczą rozpoczął ni to monolog, ni przemówienie:
- Całe to moje pieprzone życie składało się z, ze, z pożądania czegoś: rzeczy albo kogoś: kobiety. A! i. za. Co? Wy... Wyjątkowo pieprzone życie - powiedział ON. ze smutkiem. - I nigdy tak naprawdę nie byłem spełniony. a. ze sobą... cyr. Jakże tak? Co? O! I tak ma już zostać? Ani łona matki, ani innych kobiet? za! O. o.

Klisza nr 3  
Ten dzień  
niepodobny  
do innych: szary
Tego dnia rankiem, gdy odganiał muchy z pościeli, był zdziwiony, że kolor prześcieradła i kołdry jest jakiś brudnoszary. Muchy natrętnie wróciły na ciepłe miejsce, gdy je zwolnił. Przy goleniu, naciągając skórę na twarzy, prowadząc żyletkę, widział swoje odbicie nieco przyciemnione, na co nie zwrócił szczególnej uwagi zajęty namydlaniem i rozprowadzaniem piany dokładnie tam, gdzie należy. Nucił melodię tanga, starając się już w myślach nadać mu brzmienie takie, jakie było jedynie możliwe przy przegrywaniu starych, przetartych płyt. Gdy kończył mycie, wróciła wczorajsza niedokończona piosenka, którą śpiewała matka zbyt często, gdy tylko pogoda była deszczowa i zmuszająca ją do przesiadywania w dużym, romantycznym fotelu: .Jedzie, jedzie rycerz zbrojny. 4. Przy ubieraniu się w garnitur zbierał szczotką dokładnie włoski i kurz z nogawek spodni, które, jak sądził, straciły dawny kolor brązu: przyciemniały. Czyścił je nadal. Ta uciążliwa i bez wyraźnych efektów praca wywoływała zadyszkę. Wyprostował się dla odpoczynku. Szarość wróciła - jeszcze delikatna i niepewna jak wiosenna zieleń, a już okrywająca wszystkie przedmioty. Szary spokój panował w nim. Bez pośpiechu kończył potrzebne czynności, jakie należało przed wyjściem z domu wykonać. Pachnące mydełko, żyletki, szczotka do zębów, pidżama, kremy w niebieskiej torbie. Ostatnie tego dnia odbicie w lustrze. Powolne kroki korytarzem. ON. opuszczał swoje wieloletnie legowisko. Tuż za rogiem domu poczuł się nieswojo: niby-lęk usadowił się pod jego szarą marynarką. Szary strach. Bronił się przed tym nie całkiem skutecznie, przyspieszając kroku. Zadyszka uniemożliwiała mu walkę. Delikatne kłucie w boku podpełzło wyżej i ulokowało się w sąsiedztwie lewej kieszeni marynarki. Idąc wzdłuż Odry, wyprzedził barkę płynącą pod prąd po jego prawej ręce. Niskie buczenie syreny pchacza zatrzymało go. Czekał, aż dźwięk złagodnieje. W końcu ruszył. W górze, nad nim po niebie wędrował kulisty obłoczek - samotny. Zniknął w koronach kasztanów. ON. ukłonił się znajomej: duża, szczera, zdrowa kobieta; wierząca. .Po co takiej zdrowej kobiecie Bóg?. - pomyślał ON., uginając się lekko w ukłonie. Koszula przyklejała mu się do pleców; śliska lepkość pod spodem. Lepki lęk przylgnął do pleców. Strach. Dlaczego? Skąd? Kula słońca przesłonięta firaną szarości nie była dziś dokuczliwa, nie porażała oczu. Szybszy oddech. Zatrzymał się. Ruszył. Szedł.
Wszystko wydawało mu się straszne. Głęboka szarość okrywała rzeczy, które mijał i na które patrzył - jakby już we wzroku było coś, co nadawało głębię delikatnej, jeszcze niewykształconej czerni. Szarość zawisła w szatni, gdzie zmieniał swoje ubranie na .służbowe. - jak powiedział do kobiety w białym kitlu. Ta szarość jakby tkwiła w nim i określała wszystko, co było na zewnątrz niego. Słowa, które znajdował tego dnia od rana, albo określały właśnie szarość, albo były już same w sobie jakby jej kwintesencją: nawet ich nie wymawiał, gdyż wydawały mu się zbyteczne. Schody, po których stąpał jeszcze nie z takim trudem za KOBIETĄ IDĄCĄ PRZED NIM, skrzypiały, ale i ten dźwięk wydał mu się jakiś niewyraźny, wyważony, w kolorycie tonu - szary. Przyszło jakieś dziwne uczucie rozlewające się i panoszące w całym ciele, jakieś usztywnienie mięśni, którego nigdy wcześniej nie doznawał. Stąpał nazbyt ostrożnie, nieśmiało; wysuwał nogę daleko przed siebie - następnie nieco cofał i dopiero czynił krok, przenosząc ciężar ciała na kończynę wysuniętą ku przodowi - ubezpieczał się nogą, która pozostawała nieco z tyłu. .To asekuranctwo kroków. Dokąd mnie zaprowadzi? - pomyślał. - Idę za KOBIETĄ IDĄCĄ PRZEDE MNĄ, która mnie ubiera; kołysze dla mnie biodrami szerokimi jak tablica rozdzielcza mego samochodu, z wyrazem zawziętości na twarzy, jakiej nie mogę odczytać, gdyż jest przede mną - wyprzedza mnie o całą grubość nieprzyjaźni przyniesionej tu rano od męża; Może od kochanka? Może od samotnie wychowywanych dzieci?. Łuki bioder rysujące się pod szarą bielą fartucha, kołysane rytmem schodów przypominały mu dzieciństwo i ciepło matczynego ciała. Wspomnienia były osnute mgiełką - pyłem - kłębowiskiem brudnej pary. Mięśnie pracowały pod fartuchem: napinały - marszczyły materiał, napinały - marszczyły różową rozgrzaną skórę opinającą owale obcego, zawziętego w ruchach kobiecego ciała. Było tak, jakby IDĄCA PRZED NIM znęcała się nad nim - parła pewnie załamaniami schodów, oddalając, to przybliżając miękkie ciało do jego twarzy - nie dając mu możliwości zobaczenia ani grymasu ust, ani wyrazu oczu, ani układu zmarszczek na czole, z których mógłby odczytać przyjaźń czy wrogość. Próżnia tworząca się przed nim (wydawało mu się przez ułamek sekundy, że te zbyt szerokie biodra KOBIETY IDĄCEJ PRZED NIM roztrącają sypkie, bezładne powietrze i tworzą lej, który nie zdąży się zapełnić) utrudniała mu oddychanie; wsysała go do wnętrza, aż przybliżył się zbytnio i oparł dłonią o stopę IDĄCEJ PRZED NIM. Rytm został zakłócony: dwa czoła zbliżyły się do siebie; objął ramionami te ustępliwe mięśnie, przytulił się twarzą: cieple fale ogarnęły jego głowę: .O matko. - prawie szepnął. Szarość ustąpiła, szelest osuwającego się ciężaru, stuk, trzask układającej się deski; rozprzestrzeniał się zapach różanego olejku.
Otoczyły go opiekuńcze, wyłożone od wnętrza pluszem łuki bioder IDĄCEJ PRZED NIM. Brakowało mu oddechu, ale kłucie w piersi ustąpiło. Jasność rozbłysła w nim. Ziarno bezpieczeństwa rosło - lęk zanikł. Trzepotanie serca przeszło w rytmiczną pracę i właśnie usłyszał zgiełk głosu KOBIETY LEŻĄCEJ PRZED NIM:
- Przepraszam. Naprawdę serdecznie przepraszam.
Koniec. Wróciło. Gdzie? Strach. Krzywa stromizna schodów opadających ku dołowi w rytm stopni. Krata okalająca szyb windy. Przestrzeń zamknięta siatką drucianą. I wszystko stało się straszne: krzyk i słowa, i poprawiane włosy, i czyjeś spieszne kroki, i niepełna biel fartucha, i zapach palonych szyszek świerku, i poziomy stopni, i sklepienia sufitu, i sęki w deskach, i jego twarz odbita w lustrze, i odbicie odbicia w lustrze, i fragment krajobrazu wyciętego z całości ramami okna i KOBIETA STOJĄCA PRZED NIM powiedziała:
- O, proszę. Korytarzem do końca i ostatnie prawe drzwi.
- A tak, a tak - potwierdził skwapliwie i lękliwie.
Długi korytarz jak wnętrze pociągu. Drzwi, opadająca klamka. Łóżka. Wysokie wnętrze. Czterech. Niby powstanie. Krótkie zdania. Długie spojrzenia. Krótkie oddechy. Biały sufit. Spis inwentarza. Jego łóżko: PSK-1-G-J-IV i 34-118-77 na kółkach z zapadkowymi hamulcami. Ciepło. Zapach kwaśnych jabłek. Nieśmiałe jego ruchy - nieśmiałe ruchy innych. Barki uniesione nieco. Gęste, niewymieniane powietrze zda się zalegało warstwami. Może to właśnie ono powiększało niechęć mieszkańców tego pokoju do wykonywania szybszych ruchów. Niby coś się działo: łóżka skrzypiały, jednak ciała, choć ruchome, pozostawały w tym samym miejscu. Onieśmielali go - on ich. Usiadł na .swoim. legowisku: skrzyp - szepnęło. Gdzie? Skąd muzyka? Delikatne, zwiewne dźwięki. O harfo niebiańska, łagodząca szarą ciszę i oddech tłamszony, szamoczący się w klatce żeber, falujący pod granatowym materiałem, który okrywa go mało szczelnie przed resztą wieczoru napływającego ołowiem szyb. Okna. Za nimi prestidigitator nocy - wieczór. Okna. Szkło pocięte mozaiką trójkątów oprawionych cyną gałęzi drzew. Twarze: cierpliwie cierpiące cierpienie; usta: cierpliwie żujące cierpienie; włosy: cierpliwie oplatające cierpienie; mózgi: cierpliwie myślące o cierpieniu; ręce: cierpliwie roztrącające cierpienie; nogi: cierpliwie tkwiące w cierpieniu; serca: cierpliwie tłoczące cierpienie; płuca: cierpliwie wdychające cierpienie; żołądki: cierpliwie trawiące cierpienie; skóra: cierpliwie opinająca całość cierpienia. Mały krucyfiks wiszący nad drzwiami - alegoria cierpienia. Dźwięk dźwięcznie dzwonił, oddźwiękując dźwięki dzwonu sygnaturki z pobliskiej kaplicy - milkł, układając się w narożach. Gdzie? Kto płacze? Czemu płacze? Tak, tak, tak... nie płakać. Podobna szarość. Twarze. Wiele twarzy. Szare twarze, twarze matki poziomo, fałdy spódnicy opadające, znikające - fałdy twarzy. Skąd tyle ustępliwości w ciele matki, gdy opierał głowę na udzie. Ustępliwość. Słodkie opadanie - słodkie zapadanie się w bezpieczne ostępy brzozowego lasku. Horyzont przesiany przez pnie zagajnika. A nie płakał. Koszule z wyszywanymi przez inną kwiatami. Mankiety obejmujące nadgarstki - martwe kwiaty na martwym ciele. Piękne kwiaty z aksamitnymi, cieniowanymi jaskrawymi kolorami zanurzone w szarości żalu. A nie płakał. Twardość tkwiła w nim. Zapiekło - rozlało ciężarem we wnętrzu pod granatową marynarką i zostało. A nie płakał. Bezgłośnie nawoływał, by pojawiła się w zagajniku, gdzie pierwszy raz zabłądził, gdzie biegał od pnia do pnia brzóz, które twardniały, stawały się coraz bardziej obce: coraz bardziej wrogie - i jego krzyk: .Mamo!. - ginął w poszyciu. Strumień szeleścił wodą. Zieleń plątała mu nogi - padał. Pnie odgradzały go od szerokiego pola zieleni. Straszna zieleń - obca i nienawistna. Szeroko okalająca horyzont zieleń. Zielony tajemniczy lęk - lepki i nieustępliwy. Zaległa w nim ta zieleń na lata - zielony strach ustąpił dopiero szaremu lękowi przy czerni trumny. Został przy nim - został w nim.
Pobrzękiwanie talerzy.
- Panowie, jadą - powiedział Ten Z Lewej Strony.
Obrazy pierzchły.
- Jadą, zdrowo ze zdrowiem jadą - odezwał się Ten Spod Okna.
- Wszystko, co tu czynię, czynię dla naszego zdrowia - tonem kaznodziei przemówił Zwany Jezuitą.
- Przeklęta jezuicka maniera - powiedział ze złością i spiesznie Ktoś.
Przesuwane jadło na szafkach. Grzechot sztućców. Szelest oddechów spiesznych i syczących. Czasem kaszel. Strużka plwociny płynąca do słoiczka, zabarwiona jakby ceglastym płynem - słabo widoczna. Mlaszczące - połykające - tkliwe dla siebie oddechy. Talerze odjechały. Ciała czekające na przedsenne opróżnienie. Szmery szarości. Błysk świetlistej kuli zawieszonej u sufitu - jasność.
- Jasność. Jasność opadająca, nas oświetlająca - wypadł ze słowami z mroku, spod koca Zwany Jezuitą.
- Jestem wezbrany, napełniony słusznym żarciem i piciem na tym pustkowiu bieli i ścian. Pełen żarcia, intelektu dostojeństwa i pychy istnienia. Chcę być pusty - pusty jak rozwinięta serweta - jak horyzont przed zabłąkanym na oceanie okrętem - jak oddalanie przed głodnym ptakiem - psss tyyyy... - powiedział Ktoś znad swojego brzucha.
- Ja nie. Tylko nie ja. Powtarzam panowie, jeśli tu tacy są. Ja się z tego wyłączam. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Nie jestem w to wmieszany. Nie było mnie, kiedy świat tworzono, nie proszono mnie o zdanie, więc i teraz obejdą się beze mnie. Powiem lepiej - obejdziecie się beze mnie. Najedzcie się zdechłego mleka: odgniecionego trupa mleka - udeptanego prasą w mleczarni. Ser ułatwia trawienie wszystkiego - by sam zalegać kazeiną w was. Ten, który go wynalazł, zapewne nie spodziewał się, że ser będzie kiedyś zjadany.
- Dziwne - szlachetni jarosze nie zjadają trupów zwierząt, tylko martwe mleko.
- Przewrotna skurwysyńska zielona natura jaroszów. Smacznego - powiedział Ktoś.
Podniesione znad talerzy twarze.
- Smacznego, beze mnie, smacznego. Co zjecie, będzie zjedzone przez was. W was będzie na zawsze - prawił Zwany Jezuitą.
Zastygłe, pytające nad talerzami twarze.
- Odstępuję to, co podano, za ćwierć królestwa.
Cisza.
- Panowie, nie jest to, powiadam wam, ceną wygórowaną. Utwierdźcie się w wierze swojej, w tym, co mówię, a życie wasze już przez to stanie się lżejsze, gdyż wiara uczyni was istotami w pełni przeżuwającymi cudze myśli, jeśli będziecie jedli jajecznicę z wieprzowym mózgiem, a...
- Zawsze mówiłem... jezuickie pogmatwane aksjomaty. Alternatywy: zjeść lub być zjedzonym...
- Lub, lub - albo, albo - odezwał się Ktoś.
Widzieliście tę siostrzyczkę. Tak. Ta z drewnianymi człapakami. Tak. Mówię wam. Te krągłości... Dlaczego owoce są okrągłe? Tak, dlaczego? Bo są smaczne. Nie jestem pierwszy, który twierdzi, że wszelkie okrągłości i piękne łuki są smaczne. Chciałbym...
- I chcącego się nakarmi - przerwał Zwany Jezuitą. - I chcącego się napoi!...
- Łaknącego. Łaknącego! Gdy się głosi Słowo - koniecznością jest znać to Słowo - wtrącił ON.
Zamilkł i wyczekiwał. Pełen był obrazów. Twarze ku niemu zwrócone. Szare, spięte - zmarszczony pergamin.
- Słowa, słowa, słowa... a więc Hamlet - powiedział Ktoś.
- Tak - westchnął ON. - Mam coś dla pana. Wie pan. Ordynator nie może o tym wiedzieć. To tylko dla pana. Tego jeszcze nie sprawdziłem. Ja to opracuję...
Wszyscy spojrzeli na jego westchnienie. Nie zauważyli krwawej żelatyny spływającej z ust Tego Z Lewej Strony w otchłani szkła.
- O, wie pan? Ale to tylko dla pana. Zdaje się, że odkryłem. Noszę to w sobie już od studenckich czasów. Pamięta pan? To były czasy. Chodziło się w czarnych spodniach, czarnych swetrach. Dziewczyny w obcisłych spodniach i koszulkach. Pamięta pan? Czarne sweterki i picie małej czarnej. Kontestatorzy, Sartre w czapeczce hunwejbina? Spodnie biodrówki? Dziewczyny z pępkiem na wierzchu? Wspaniałe czasy. Wtedy właśnie odkryłem. Tak, w kawiarni w rynku na pięterku, gdzie zawsze pełno studentów. Kawiarnia .Kwant.. Zawsze było tam kilkudziesięciu studentów, a jedna trzecia to tajniacy i ubecy. Tak. Byłem tam z Helenką i właśnie tam odkryłem. Słuchaj pan, jak rozumuję: wszystko we wszechświecie kołuje, wie pan, co mam na myśli? Planety są okrągłe, gwiazdy i mgławice też, całe galaktyki wykonują ruchy kołowe. Planety co prawda krążą po orbitach eliptycznych, ale dążą do orbit kołowych; a jak pan obliczasz koło? Średnica razy... Tak? Tak! Wobec tego ta liczba zawiera w sobie coś. Jakąś tajemnicę przestrzeni międzyplanetarnej, co ja mówię - przestrzeni międzygalaktycznej, a jeżeli tak, to zapiszmy liczbę p w systemie dwójkowym takim, jakiego używa się w komputerach; w miejsce jedynek wstawmy dźwięk, w miejsce zer - szmery. No, i co uzyskamy? Muzykę! Muzykę, panie. Muzykę sfer międzygalaktycznych. Ba, MUZYKĘ SFER NIEBIAŃSKICH. O harfo niebiańska! Wie pan, co to znaczy? Te wszystkie układy dźwięków, które mam na myśli, powiedzmy dzieła: Bacha, Chopina, Wagnera i innych wielkich, mogą okazać się jedynie nieporadnym grafomaństwem wobec MUZYKI SFER NIEBIAŃSKICH. Ta muzyka może nas wypełnić. Może nawet staniemy się inni? Prawie podobni do Bogów? Wie pan, co mam na myśli? Jeśli odkryjemy tajemnicę WSZECHŚWIATA, to czym będziemy? No czym? A ta MUZYKA TŁA - wie pan, co mam na myśli? Promieniowanie po pierwszym BANG. Czy pan mnie słyszy? A, jest pan zaszokowany. Wie pan, ja też. Sam jestem przerażony tym, co odkryłem - szeptał coraz mniej słyszalnie - przerażony i dumny... Czy pan mnie słyszy? Czy pan śpi? Co pan o tym sądzi? To może być początek nowego spojrzenia na CAŁOŚĆ: człowieka, jego byt, tu i teraz - początek nowego pomiaru czasu. Nowego pojęcia czasu i jego wpływu na człowieka, na życie na ziemi, w ogóle... - zawiesił głos i dalej: - Jezu! Jezu! Jak to? Już sam nie wiem, gdzie się zaczynam, a gdzie się kończę. Co? Gdzie? Jak? Pogubiłem się. Oddycham, odpoczywam, leżę w ciemności... Mów pan coś! - domagał się ON. Szarpnął ciałem wraz z łóżkiem. Na sali cisza. ON. zapadł się w ciemną ciszę.
- Ja jednak uważam, że należy trzymać się od tego z daleka - wypowiedział to zapadającym się tonem Ktoś.
- Co? Jak? Jak pan sobie to wyobraża? Ucieczka? Przecież one i tak uciekają. Zapadają się w sobie. A pan mówi: .z daleka.. Jak daleko? Pan ode mnie? Ja od pana? Daleko... Jądro atomu jest oddalone od elektronu tak, jak ziemia od księżyca - cisza... - jeżeli je powiększyć do wielkości ziemi. Takie to jest: .daleko.. Cała ta materia to jedno wielkie sito... Tak sito! Zdziwienie budzi fakt, że to wszystko trzyma się jeszcze kupy.
- O! o! Wszystko. Całość. CAŁOŚĆ może dać się opisać liczbami - matematycznie; elektryka, matematyka i chemia: trochę elektrolitów i drobne reakcje wytwarzające impulsy elektryczne. Ot i CAŁOŚĆ. Liczba pi:  
3,141592653589793238462643383279502884197693  
99375105820974944592307816406286208998628034  
82534211706798214808651328230664709384460955  
05822317253594081284811174502841027019385211  
05559644622948954930381964428810975665933446  
12847564823378678316527120190914564856692346  
03486104543266482133936072602491412737245870  
06606315588174881520920962829254091715364367  
89259036001133053054882046652138414695194151  
16094330572703657595919530921861173819326117  
93105118548074462379962749567351885752724891  
22793818301194912983367336244065664308602139  
49463952247371907021798609437027705392171762  
93176752384674818467669405132000568127145263  
56082778577134275778960917363717872146844090  
12249534301465495853710507922796892589235420  
19956112129021960864034418159813629774771309  
96051870721134999999837297804995105973173281  
60963185950244594553469083026425223082533446  
85035261931188171010003137838752886587533208  
38142061717766914730359825349042875546873115  
95628638823537875937519577818577805321712268  
06613001927876611195909216420198938095257201  
06548586327886593615338182796823030195203530  
18529689957736225994138912497217752834791315  
15574857242454150695950829533116861727855889  
07509838175463746493931925506040092770167113  
90098488240128583616035637076601047101819429  
55596198946767837449448255379774726847104047  
53464620804668425906949129331367702898915210  
47521620569660240580381501935112533824300355  
87640247496473263914199272604269922796782354  
78163600934172164121992458631503028618297455  
57067498385054945885869269956909272107975093  
02955321165344987202755960236480665499119881  
83479775356636980742654252786255181841757467  
28909777727938000816470600161452491921732172  
14772350141441973568548161361157352552133475  
74184946843852332390739414333454776241686251  
89835694855620992192221842725502542568876717  
90494601653466804988627232791786085784383827  
96797668145410095388378636095068006422512520  
51173929848960841284886269456042419652850222  
10661186306744278622039194945047123713786960  
95636437191728746776465757396241389086583264  
59958133904780275900994657640789512694683983  
52595709825822620522489407726719478268482601  
47699090264013639443745530506820349625245174  
93996514314298091906592509372216964615157098  
58387410597885959772975498930161753928468138  
26868386894277415599185592524595395943104997  
25246808459872736446958486538367362226260991  
24608051243884390451244136549762780797715691  
43599770012961608944169486855584840635342207  
22258284886481584560285060168427394522674676  
78895252138522549954666727823986456596116354  
88623057745649803559363456817432411251507606  
94794510965960940252288797108931456691368672  
28748940560101503308617928680920874760917824  
93858900971490967598526136554978189312978482  
16829989487226588048575640142704775551323796  
41451523746234364542858444795265867821051141  
35473573952311342716610213596953623144295248  
49371871101457654035902799344037420073105785  
39062198387447808478489683321445713868751943  
50643021845319104848100537061468067491927819  
11979399520614196634287544406437451237181921  
79998391015919561814675142691239748940907186  
49423196156794520809514655022523160388193014  
20937621378559566389377870830390697920773467  
22182562599661501421503068038447734549202605  
41466592520149744285073251866600213243408819  
07104863317346496514539057962685610055081066  
58796998163574736384052571459102897064140110  
97120628043903975951567715770042033786993600  
72305587631763594218731251471205329281918261  
86125867321579198414848829164470609575270695  
72209175671167229109816909152801735067127485  
83222871835209353965725121083579151369882091  
44421006751033467110314126711136990865851639  
83150197016515116851714376576183515565088490  
99898599823873455283316355076479185358932261  
85489632132933089857064204675259070915481416  
54985946163718027098199430992448895757128289  
05923233260972997120844335732654893823911932  
59746366730583604142813883032038249037589852  
43744170291327656180937734440307074692112019  
13020330380197621101100449293215160842444859  
63766983895228684783123552658213144957685726  
24334418930396864262434107732269780280731891  
544110104468232527162010526522721116604  
- to, bez dwóch, jedynie cztery tysiące miejsc po przecinku.
A teraz przeliczamy na system dwójkowy:  
11,00100100001111110110101010001000100001011  
01000110000100011010011000100110001100110001  
01000101110000000110111000001110011010001001  
01001000000100100111000001000100010100110011  
11100110001110100000000100000101110111110101  
00110001110110001001110011011001000100101000  
10100101000001000011110011000111000110100000  
00100110111011110111110010101000110011011001  
11100110100111010010000110001101100110000001  
01011000010100110110111110010010111110001010  
00011011101001111111000010011010101101101011  
01101010100011100001001000101111001001000010  
11011010101110110011000100101111001111110110  
00110111101000100110001000010111010011010011  
00011011111101101011010110000101111111111010  
11100101101101111010000000110101101111110110  
11110111000111000011010111111101101011010100  
01001100111111010010110101110100111110010010  
00001000101111100010010110001111111100110010  
01001001010000110011001010001111011001110010  
00101101100111101110000100000000001111100101  
11000101000010110001110111111000001011001100  
01101101001001000001101100001110001010101110  
10011100110100110100100010110001111111010100  
01111110100100100110011110101111110000011011  
00101010111010010001111011100101000111010110  
11001011000011100011000101111001101010110001  
00000100001010101001010111011100111101101010  
10010100100000111011100001001011010010110011  
01101011001110000110000110101010011100100101  
01011110010011000000001001111000101110100011  
01100000010001100101000011000001000010111110  
00011001010010000010111100100011000101110001  
10110110011100011101111100011100111100111011  
10010110000011000000011101000011000000011100  
11011001001111000001110100010111011000000011  
11010001010001111101101011100010101011101111  
10000011011110100110001010010110010011101111  
00010101111001011111101101001010101011000000  
10111000110000011100110010101010010010111110  
01110101010010101011010101110010100010101110  
10010001001100001100010011000111110100000010  
10001000000010101011100101000111001011010100  
01010101010101100010000101101101011010011001  
10001011100001101000001000101000001111010001  
10011101010000101010100100001101010111101111  
10001110010111010011001001110110011111011100  
00101000001000101100011011011111011110000101  
01000101011101010011100010101011101011101000  
00110000011000111110110110011100101110000111  
11000010110100110111000011110010011000111101  
01011111101011010111010001100110110110000100  
10011001111010111000111101000110010010100111  
00000010010100010010101100001100111011100111  
01110001111010010001001100001101011010010111  
01110011010111111000100101111111110100000011  
01101100110001010000010000110010011011000011  
10110000000100111001100111110110010000110101  
00110010001010010000111110010101100011000000  
10111011110110010000000001100101110111110000  
10001011101010111011110100110000101011101011  
01100011101110000100110001000110000001011101  
01101100101000110111000100000100011100010010  
01111101000000111010011100101101010110011000  
10100001111011011010110111111110011100000111  
11101000100001000111001001011100000101101000  
10010000010101001001000010000100000000001000  
11010011100100011110000010010101001111000011  
11110011011010111100010000111000110011010000  
10000101111011011101001011011001001101001100  
11100001100100111000110000110101011110100111  
00010001111000001101010010100011010000011010  
01011011000010101000010111101101000100101100  
00011111010011100101000101010110101000100110  
01110100011011011101110111100001011011011000  
00100110111101000111011111001001011101000111  
01111110000010100000111111011111011001010101  
00110001010000111110001011001010001110100111  
00110101111000000010111011001100110110010100  
10110010011111010000010010000110000111010001  
00010001100111011101000011000011001010001010  
11011111001111110110100011111011000010010100  
10111000011001110111000101101011110101111101  
11000000110111101110101110110001000010111000  
00100100000011100110100000000011010010001001  
00111110101011011000001011010101010011001001  
11011010011101010100110001000110110001111110  
11101110000011000011011111111101101111101110  
01001000010100110110000001000111101001101111  
10100001101011100100100110100000000101000010  
01001001000110110110000111111101010110100110  
10010011111000111000000100110110000011101010  
01101110010110010011000000010011001000110110  
11110110010010111010100011110011101100011110  
11011101000110111101111011111100011111111100  
10100000001101010110110011110010100110000111  
01110010111011011001110000010111101000001001  
10000000000011010111010110000011010100101001  
11110110110010000001001111101100000110001000  
10111100101110010011110110000100001100101101  
01000100100011000110110100011111011011011111  
01011110011111001101100010100111011010100010  
01100111001101100101110101100111011010100101  
11011000110111101101101111111000101000100011  
11110011011001100001001010100101100110011001  
00000010100010101000100101011110101111010111  
10100001001101111101110001111010000000001001  
10111100011001101001010111111010110011000001  
11100101000000001110001100100101110010010111  
01100111100000011001011101010000101011101000  
10111001000011101000000111111010010000010110  
10111110011100110111001110100111111101111011  
01101010101011110011100000010111101000110100  
11000000011001000001010110101101010000100000  
00011000110010000000010110001110010011110010  
11001111001111100100101111111101111101100011  
11110100011110011001000111010100101111010011  
11110001101101100110010001000101111100000111  
10001110101000101101101111111111101011000010  
11010110001010100101111010100000001111011001  
00010101101000001010101001010101011001100100  
01111011011010111111010111111010010001110000  
11101100000010100110011000101111011010010000  
01111100000000011011111100000101001111001011  
10001010111101110111100101001101111100011001  
01000000001101010000111010101100010111011011  
11100010111011010011101101111010101010000101  
01010001111011000101000011111101111111111000  
01110101100011001110011001011000110100011000  
10011110101010101110011011010010101101100100  
11110110000101110111100101001011000110010001  
11000011111111110100011010111011011100011110  
00000010001101000000001000011111010001111011  
00110001111110100100001100000111011100001001  
01011111100101101010110110000101101110100011  
10100110101101110011010010100111110010001111  
00110110110111110000100010101100101110100101  
00011100100100110111100010010111111101110010  
11110010000111000011101110111110010110110101  
01001001100101101111110001100110110001011111  
01100010011010000011100111011100100110001101  
11010001110111100100000110010101101101000110  
11001110111010011000000000111010000011111101  
00111101111111000101011111100010001111110110  
10010010101110110111101101001001101101011101  
00100001001000110011000111010101010110110001  
11001110001011010111001001111010101101000001  
10100001000111011010001110100001010111111000  
11100100101111000001000111000111100010110110  
01011111000111001110101100101001011011110001  
11111110110111000101111101111110010000100100  
01010110110010010001000100010001011100000010  
01010010000000011011111000000011100010011111  
01011010101111010100000011010001000111111000  
01100011100110100011100111111110001100100011  
01100111010100011000001101011010010111100101  
11100100010000110001011111000001110000101110  
11101111110101001110101001011011111111010001  
01100000010000111111010000111100101101000001  
10011000000111110110101011011110111010011101  
00000011000101011001111001111010110110011101  
00010011110001010011001101101001010100001001  
11111100000111111010001001111100000101101110  
11111001100010000111011100000011101001010101  
10110101000110110010001011001011111101000100  
11001101000000010010101011101110000010110010  
01111001100011100110001010000100001000110100  
00101000111011111100110101011010010000001100  
10101110111101101011111101010000110110001110  
10101000100001011110101111110111001110100110  
10111001111111010111100110110101111000011000  
11110110011111010001001101000001101011001000  
00100011011110100111010111000011110011111100  
10010010000000000100101000011100010110100100  
00001110001101100110101111000100010011010000  
00000001011101101010111101110001110000010101  
11100100100011001000011011010011011111100000  
00010011011100100011110010101010110001110010  
00100011101010110011101111110100110101010100  
11110001100000101000011100010011101100101011  
01001010011011111110010000001111101010110111  
01000100000001011100101101110011100010110000  
01100100110000000110111011001100010100101011  
10011111010100100010001110010000001100101101  
00001001110011100110100101001000001101100110  
10001110010110111001010011110110001010010101  
00101001010000110110101000100000000010100101  
00110100101001100101001000101011101011000001  
11101010111001111111011110010011011110001101  
11001000010101101100000101001000111011010000  
00111100110011101000000000000001000101110100  
11011111011010101010111000110111110100100011  
11111110010100101101110110001101011001010100  
00011011101100100010101101101100110001101100  
10100100001111001111011100111111001101101101  
11111110011010000000101001011101100010110000  
10101010110011001000101001110110000001011010  
10111011010100110011111100011111010000100001  
00010111010010001111001100101101110100001010  
00001110110101001001011011110100111000011101  
00110110101101100110010100101000100110110110  
11101010000100100101110110001000001100100100  
11000100011101011010110111010100110101100000  
10010011010011111011111011111011001110011101  
11001100000101110001000111111101101101100100  
11001101110110010101010100011000111000101101  
00110011010000101111111111101010110011001000  
10100100110110011000010101100011001111011100  
00100011001001101100000001010100101011101010  
00010010100110000101001101000000101100100010  
01101000000111001000001100000111010001111100  
01111110101010010011000100110100101101101000  
01010011101011001101101011100011111110010011  
01011010011001111101110011111111010110101000  
01110100101001110000000111111011111110100000  
11000011110101010011010010110100111000111001  
10111100000010010101011101110000010100110011  
01110100100000100001101000010001110000111010  
11001001100110001110000010111010011100011000  
00001000011110110011000101111000001001011010  
00011010110011111100111110101110101110111111  
00100100111100100101110001100000010100011010  
11011010100111000010100001011010000111111100  
11010110000100010100101010000011100010100001  
10101101111001110001010011000001011010101001  
01000000000111001101110011111000000111100001  
00000111000111111111011110101011100101110010  
00111001111101010001001110110001010111000101  
10111100101011100010110000001110101101101000  
11011111110000010100000000110000001101111100  
00000111000001111100000100000000100000000010  
11001111111111101011100000110011110101000110  
10001111001011010101110100101100100010010110  
00001101111010010110001101110000001001001000  
01101111011101000110010001000100111111100101  
11110010101001001011111111011010010100001100  
10010001110111001100100010111101010100011100  
00000100111010111001011110010110000001001101  
11110000101101101011011100110010001011010101  
11011000110100100110101111001111011101101001  
11101010010100010001100001010001100000111111  
01000000000011000011101110110011001000110001  
11001111101010010001110101000111100100000111  
10001000111000110011011001100100111011111010  
10000011100010111100110010100000001011101110  
10000100011000001111101011001100110001010011  
10010101001000101100111000010011110110110110  
11100100001000011011110100001000001101000000  
11111101100000101000000100101111110010110010  
11100000010010100100000010010010010111011111  
00011110010101011001111001101100000111001010  
11110010101111100010011010111111011110100110  
10011101110001111111011001100100110000100000  
01000010110011100010111010111000010010110111  
00110011110011111100101110010101010001001001  
11001000011111001011100110101101110001001001  
00010100000001101011011101111001101001111110  
00010011001101100001110111101001011000010001  
11000110000111010000001000110110100001011110  
11110010011111100110101011110011101001010010  
11011111011000110011101100011110101110110000  
11101011011011100001010001110111111010011000  
11000010010100001101100110110001000110010011  
00001111010010111011110001110000011000010001  
11001100100001010111011001000010001101110101  
00001100111011001101110010010011000010101110  
10000101100001001010100001010011010100001100  
10101001100101110001000101000101010000100101  
00000000000000001000010011001110101110010011  
01110101110001110111111111100010011110000100  
00001100010100111001010101100000011010110001  
11011111010110010111110001000100011001100110  
11000001000011010101010110111100011101011110  
10001111000111011010110011110000010001000110  
00001110110101100100100100101001010000100111  
11001010001111111001101110110110010111111100  
01111110111111101010011110101110101011111100  
10110000011110000101010011110001101110100001  
10111000110100010101110000111010101110100101  
10111110110001100001100000111001011110000010  
10010110100011111000101010101100110111011100  
01111111100111000111000100111000111101000001  
10111110100010100101100101110111001011100110  
01100111100111000111010000111110000000001111  
10100010011101011001010010011001101100100000  
10010100101110010011001100100101111000100111  
00000100001011001101101010110001100001010100  
00111010111010100101001110001011101010011110  
00101001011111110000111100010100110001111000  
00101000101101111101001111001011110111010011  
10101001110011011000011101001010110011110100  
01100100111001001011000001111000110011100001  
00111100101100000010100100010001110100111000  
01000111101110001001100010010101101101110101  
11010110111111110011011101110101011000011000  
11111011001101110001110111100010001011001010  
11010011001111011110010001000001110110001011  
11111001101111101000100000001100011001111111  
10010100011000011001100101101110111101111101  
11110011011000101101010100101011001010101100  
00010000110000101011010001010101110011000000  
0001011101110110011101010010100001111110111  
- to jedynie cztery tysiące miejsc po przecinku i myślę, że już w tym da się odnaleźć harmonię od greckiego harmonia = współdziałanie, jakiś porządek. Ład zaś to główny element struktury wielogłosowej dzieła muzycznego... Czy pan mnie słucha? - przerwał sobie pytaniem ON.
Na sali panowała cisza. Ciemna cisza. Niezniechęcony tym ON. ciągnął dalej:
- Jego siostrą jest jednoczesne współdziałanie dźwięków; współbrzmienia i akordy. Jest to jedno z wielu znaczeń tego pojęcia, które jak żadne inne dało się połączyć z różnymi dziedzinami wiedzy: mitologią, kosmografią, matematyką, sztukami plastycznymi. Tak właśnie, szczególnie z matematyką, a nawet kosmografią. Tak, w mitologii Harmonia - to imię bogini, Harmonia to postać alegoryczna w okresie hellenistycznym. Platon i Arystoteles rozszerzyli pojęcie harmonii - połączyli je z matematyką jako wyraz najdoskonalszych proporcji, łączyli je też z psychologią, obrazując stosunek duszy i ciała, z etyką jako cnotą, z estetyką - jako opisaniem piękna. A później stała się harmonia pojęciem kosmologicznym. Zaś Izydor z Sewilli twierdził, że świat jest zbudowany na wzór dźwięków, a niebo - system planetarny, porusza się ruchem harmonicznym. O! Tak właśnie: mundus ipse quadam harmonia sonorum fertur esse compositus, caelum ipsum sub harmoniae modulatione revolvitur. O! Harmonię sfer porównywano ze skalą dźwięków i z systemem planetarnym: A = Księżyc, H = Merkury, c = Wenus, D = Słońce, e = Mars, f = Jowisz, g = Saturn... Czy pan mnie słucha? - pytał jakby sam siebie ON. - Tak, wiem, jest pan śpiący. Rozumiem. To mnie właśnie smuci i przeraża. Zawsze bałem się ludzi śniących, omotanych, w zapadliskach, przepaściach snu.
Na sali panowała cisza. Ciemna cisza, a ON. kontynuował:
- Wobec tego - krótko. Nie będę mówił o powstaniu nowego tworzywa harmonicznego - akordu. Divisio harmonica to jest dźwięk durowy...
- Ehek! Ehek! Ehek! - kaszlał zapewne Ten Spod Okna.
- Gubię się. Wie pan. Zapętliłem się nieco w rozumowaniu. Za dużo tego. Jeszcze ta burza i noc, i cisza... Wie pan, co mam na myśli?... Jestem bliski zagubienia wśród rzeczy tak dobrze mi znanych. Tak dobrze niby mi znanych - poprawił swoje słowa ON.
- Aaa... - jakby powiedział Ktoś.
Kap. Kap. Kap.... woda w kranie. Ciemna cisza. Ołów szyb. Wizgi zakręcających tramwajów. Niskie buczenie pchacza na Odrze.
- A nie dziwił się pan, gdy podawałem z pamięci liczby? Tak, znam je w dokładnej kolejności. Noszę je w sobie, bo wydaje mi się, że organizm samorzutnie ustali jakieś dźwięki, może dźwięk centralny, a może dźwięk strojowy. Wie pan, co mam na myśli? W starożytnej Grecji w systemie dźwiękowym był to dźwięk najniższy, tak zwany proslam = banómenos, którego oktawa była podstawą stroju kithary. Oczywiście Akademia Paryska starała się wszystko opisać i unormować: 435 drgań na sekundę był to tak zwany diapason normal. W 1939 roku na międzynarodowej konferencji w Londynie ustalono obowiązujące obecnie 440 drgań na sekundę... A może jakieś dźwieki obce? Może O! Tak! E! J! Ooo! Albo składowe tony dźwięku o różnej częstotliwości, tzw. alikwoty, z łacińskiego áliquot = kilka, powstające samorzutnie przy skomplikowanym zjawisku drgań np. struny; częstotliwość drgań alikwotów jest wielokrotnością liczby drgań najniższego składnika dźwięku i powoduje słyszalną jego wysokość. Tak dla przykładu: dźwiękowi C towarzyszą następujące tony składowe:
kolejny alikwot
1    2    3    4    5    6    7    8    9   10
przybliżona ilość drgań
64 128  192  256  320  384  448  512  576  640...
Kolejne alikwoty są wyższe od pierwszego (tonu podstawowego) i pojawiają się w różnej ilości i natężeniu w każdym dźwięku, co wpływa na jego barwę. A może po każdych sześciu jedynkach w zapisie należałoby ustalić allargando - rozszerzając stopniowo i zwalniając tempo, a po czterech zerach alteratio - zmianę? Co pan sądzi? Odkrywcze, prawda?...
Znowu ten sam tłamszący ciszę kaszel: ehek, ehek, ehek...
Ten Spod Okna? A może Zwany Jezuitą? Kto? ON. poczuł się zmęczony. Otarł lepki pot z czoła. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy jakąś dziwną muzykę, niby melodyjną a rwaną, tony nakładały się, to rozluźniały, to znowu słyszał jakieś wizgi, ale takie, jakby wędrowały w nim wzdłuż mięśni kończyn niesione wraz z krwią. Tak jakby to krew niosła drganie strun napiętych w żyłach. ON. poczynił jeszcze jedną rozpaczliwą próbę podjęcia rozmowy:
- I, i! A tyle jeszcze możliwości. C. Lu! Może jedynie same możliwości: ardente, ardente! O! o! Atonalność... O! Prima vista... Ave Maria. A może barbaro? Barbaro Ave Maria! O harfo niebiańska. O! pod czyją batutą? A może andante cantabile czy cantabile espressivo? Jak? Może con discrezione? Impetnoso? Con setimento? Con tutta la forza? Jak? Continuo, continuo. Decrescendo, decrescendo! Doloroso, con dolore. Da capo al fine... Kaszel furioso: ehek, ehek, ehek...
Wrócił. Wszystko wróciło: ciemność, cisza, ten sam wieczór - jego ciąg dalszy. Wilgoć na czole i pod pachami. Rysy twarzy zapewne stawały się coraz wyrazistsze, uwydatniły się kości policzkowe; gładząc dłonią brodę, wyczuł ledwo odrastający zarost. Znał swoją twarz, nawet w ciemności mógł rysować portret, tu w szpitalu nie była to zbyt reprezentacyjna powłoka. A może w imię kontrastu jego wnętrze zapowiadało się czyste i jasne, wspaniale uładzone, gotowe na każdą nową, odkrywczą myśl. Własne odbicie w lustrze nigdy nie wywołało w nim zachwytu - odkrywał przy goleniu to krosty, to znowu zaczerwienienia lub niesymetryczność i zgrubienia u nasady nosa. Zaś na niektórych zdjęciach stwierdzał jakby sztuczność póz, rozbiegane oczy, które nie mogły znaleźć stałego miejsca oparcia czy zainteresowania w momencie, gdy otwierała się migawka aparatu. Swego czasu, długo przed przyjściem do szpitala, późnym wieczorem w łazience, ćwiczył wymowę samogłosek: a, i, u, o, y, e - i wtedy właśnie, przy świetle stuwatowej żarówki, odkrył ową sztuczność pozy. Głos nijak nie przystawał do ułożenia mięśni twarzy, co wydało mu się niepokojące, zważywszy, że ilekroć ostatnimi czasy spotykał się ze znajomymi, oni właśnie zadawali mu pytania: .I jak?.. Był wtedy mocno zakłopotany i dawał odpowiedź .I tak, i siak.. Znajomi uśmiechali się niby przyjaźnie, ale nie wydawało mu się, że jest to uśmiech zupełnie przyjacielski. Ta mgła pamięci mogła go mylić, zwieść go - tak więc nie miał w niczym pewności. .Same wątpliwości. Same pytania. - powiedział sobie we własnym wnętrzu. I tak zostało. Cisza.
- Kiedy jestem syty, już tylko śpię - poinformował Ten Spod Okna. - Odrażające jest to, że w ponurym klimacie Anglii musiał żyć taki umysł. Wśród królobójców; gdzie kobieta - kobietę, królowa - królową... Tak więc wszystko już powiedziane - pozostał jedynie sen. Ja śpię. Już...
- Opary wyplutego życia uderzają mu do głowy - zawyrokował Ktoś - skoro śpi, wypada mu nie słyszeć, co mówię. Stęchłe powietrze Akademii nie ułatwi pracy jego czerwonym ciałkom krwi: roznosi błękitnoszare powietrze wieczoru po jego tkankach, aż uwięźnie w tunelach przepastnych wysłużonych komórek. Czerwone barany pasące się na łące płuc. Poganiane w stadzie bezbłędnie trafiają tam. Trafiają tam, gdzie należy. Pogrążone w tunelach zwapniałych żył wędrują zgodnym rytmem pulsowania. Wewnętrzne życie jego życia - odbite w twarzy, aby dać nam sygnał o zadowoleniu, bólu czy...
- A mówiąc między nami, to on wie, z której strony chlebek smarują. Jego teść był dyrektorem w Kozłówce: rzeźby, obrazy i inne dzieła sztuki. Jego żona udaje wywłaszczoną hrabiankę. Ściany wytapetowane obrazami... On jest artystą. Jak to się mówi: artysta, który korzysta z niewidzialności? Wiecie, co mam na myśli?...
- Fakt - powiedział Ten Z Lewej Strony, dociskając nakrętkę słoika.
Cisza.
- Sen spłynął na mnie jak obłok. Czymże byłby artysta i czy byłby artystą, gdyby nie rzucało w niego kalumniami pospólstwo? Śpię. Panowie... - skończył szeptem Ten Spod Okna.
- Ostatnie słowo przed snem - powiedział ON. nieśmiało. Wstydliwie. Jego ostatnie słowo:
- Powiem panu coś. Powiem, ale tylko panu. Wie pan, co mam na myśli? Chciałbym, byśmy się dobrze rozumieli. To tylko dla pana - konfidencjonalnie ciągnął ON.
- Nie wymagam aż takiej satysfakcji z pańskiej strony - przerwał mu Ten Spod Okna.
- Tak, ale - uparcie kontynuował ON.
- Dziękuję, ja...
- Wie pan... Pamięta pan dzień, a właściwie wieczór, a tak naprawdę dla dokładności to noc, kiedy to wyprowadzono sztandar PZPR-u z sali, gdy z grobową miną Rakowski powiedział: .Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - wyprowadzić!.. A członek, jeszcze PZPR-u, uniósł go jak tyczkę do fasoli na ramieniu, gdy jedli kanapki z worka jak harcerze. Za nasze zresztą pieniądze. Gdy w tę ciemną noc Kwaśniewski zakładał nową partię, gdyby wtedy lud Warszawy na ulicach ogłosił wolę, podkreślam - niezłomną wolę wprowadzenia matriarchatu (wie pan, co mam na myśli?), kobiety rządziłyby krajem, podkreślam - krajem, nie ojczyzną, to ci, którzy byli tam na sali, rozrywaliby spodnie, a pod marynarki wpychaliby kanapki, żeby stworzyć imitację biustu, a spinaczami biurowymi spinaliby spodnie, by stworzyć imitację spódniczki - taka to jest formacja: Millerów, Kwaśniewskich, Oleksych, Janików, Cimoszewiczów, Jaskierni i całej tej reszty. To są .działacze. - jak mawiał mój znajomy Stefan Różycki. .Działacze. są stworzeni do działania - obojętnie: dobrego czy złego, przemyślanego czy bezmyślnego, patriotycznego czy wręcz szkodliwego - bo to są .działacze. od działania, a nie od tworzenia. Wie pan, co mam na myśli? Oni w każdym ustroju, w każdej sytuacji dziejowej będą się starali za wszelką cenę być u władzy. Oni muszą .działać.. Oni nic innego nie umieją. Większość z nich nie przepracowała godziny w uczciwy sposób, tak jak każdy Polak powinien pracować i pracował, i pracuje. Mnie na to nie nabiorą... - ściszył głos do szeptu i ciągnął dalej. - Oni zawsze podnosili, pogłębiali, zacieśniali i rozluźniali, uwznioślali i potępiali, mnożyli i oddzielali, cementowali i dzielili, dawali i zabierali, obiecywali i dawali sobie, zagajali i kończyli, chcieli i nie mogli, bałaganili, a naród budował: .działali..
Ciemno i cisza. I znowu ON.:
- O! To, co zbudował naród, zbudował wbrew ich .działaniu.. O! Tak uważam. Ale, co tam. Oni nadal .działają.: kolorują to, co ma kolor naturalny - lecz nie ze mną te numery. Bujać to my, ale nie nas - dodał. - O! Tyle lat młotkowania, a jednak mózgu mi jeszcze nie rozklepali na naleśnik. Martwię się tylko o ludzi. O tych uczciwych, uczciwie pracujących. O! Wie pan, co mam na myśli?
Skinął głową i powiedział Ten Spod Okna:
- Spać mi się chce.
- Tak, i o to się lękałem. Zawsze - dodał.
Na sali zaległa poprzednia cisza. Ciemna i niepokojąca.
- I co? - dał się słyszeć ten sam szept. - Co pan myśli? Spać się panu chce? Tak, tego się właśnie lękam. Wie pan, co mam na myśli? Ja myślę...
Cisza. Ciemna i niepokojąca wypełniała salę, a zaduch uzupełniał ciemność.
Dlaczego? Zanikło światło pod sufitem. Mrok gęstniał. Słychać było pohukiwanie pchaczy mocujących się z wodą i ciemnością. Ślizgających się niby po powierzchni Odry. Zniknęły za ramą lewego okna. Dało się odczuć dudnienie, głuche pomrukiwanie burzy nadciągającej od strony zachodniej nieba. Srebrne błyski i ich refleksy cięły obrazy wynurzające się z nocy na ułamki sekund, zatracały się w jeszcze głębszej, jeszcze bardziej atramentowej przestrzeni; bardziej zwięzłej - o większym ciężarze właściwym. Po jasności: prawie czerń idealna. Ta ciemność była odczuwalna fizycznie: czuł ją wokół siebie i we wnętrzu. Uciskała go. Zaległa mokrym piaskiem w nim. - Boże, jak ciemno... - szepnął ON. Milczenie. Elektryczne trzaski. Błyski: postacie. Błyski: twarze. Mógł wybierać tylko jedną twarz - jeden błysk. Inne ginęły w nocy. Znowu trzaski: znowu twarze. Pierwsze uderzenie wiatru. Szkwałem przeleciał w konarach drzew, uginając je, ocierając o siebie. Dudnienie przeszło w huki. Szeleściły jeszcze suche, naelektryzowane liście przesiewane wichurą. Czyjś suchy chłopięcy kaszel: ehek, ehek, ehek. Chrapanie. Znowu: ehek, ehek, ehek, ehek, ehek, ehek... Błysk: twarz matki. Pergaminowa, otoczona bielą koronek. Stwardniałe rysy: ciosane dłutem oddalenia. Delikatna siność w koronkach. Błysk: zapach świerkowych strużyn - rozpalona żywica. .A nie płakał.. Dwie świece u wezgłowia z chybotliwymi płomykami. Kopcące płomyki - żółte ogniki, zagubione. Błysk: twarz matki - zatroskana. Błysk: słaby uśmiech tkwił na ustach. .Odeszła z troską o mnie - pomyślał ON., sadowiąc się wygodnie. - Sól Twoja i owoc Twój. Reszta namiętności Twojej - syn najmłodszy. Najdłużej pieszczony i najczulej - reszta czułości Twojej. Resztki pokarmu wyssałem łapczywie - ja: ciok, ciok, ciok, ciok; o, tak: dniami przez kilka miesięcy. Zapewne pozwalała mi dłużej. Wypieszczony ostatnimi pieszczotami; Ona z nieprzedstawioną miłością w herbie. Te lekkie muśnięcia po głowie. Może ich było o wiele więcej - tysiące, miliony..., kilka zapamiętanych. Błysk: usta, których nigdy nie wykrzywiło przekleństwo na mnie. Lniane, słońcem wybielone włosy, spłukane deszczami jak płótno. Najtrwalsze byłoby z włosów matek. A nie płakałem - bo zostawiła mi zapach rozgrzanego pszczelego wosku i rozgrzanych wiosennym słońcem pąków topoli. Przewędrowałem wiele dni wewnątrz siebie i znowu tu jestem: wędrowny wędrowiec wędrujący z nieznanego w nieznane. Błysk: przywędrowała; Wielka Wędrowczyni - otoczona obłokiem zapachu naci ziemniaczanej - najdelikatniejszych perfum. Cała w chwale pięciokrotnego rodzenia i jednego poronienia. Matka Matek i Matka Ojców. Teraz wygnana. Wtedy wygnana. Wygnana z tego świata. Zostawiła tu. Co zostawiła? Ja? Mnie? Niedługo ją przedłużę - jej wędrówkę. Zdrada? Syn zdradza matkę: rodzinny Judasz. Inna sprawa - to łajdactwo z Judaszem: skoro było ustalone, że któryś z dwunastki musi zdradzić - bo tak wyreżyserował On Reżyser - Bóg Ojciec, to czemu biedny Judasz otrzymał tę rolę? Najmniej zdolny, a rola najtrudniejsza. Zapewne nawet nie dano mu wystarczającej ilości czasu na jej wyuczenie się. Można było rozpisać ten dramat na osoby inaczej. Mógł tę rolę otrzymać Piękny Jasio - przylepa i ulubieniec Jezusa. Czyż nie byłoby wtedy bardziej dramatycznie? Najbardziej ulubiony, najbliższy, kochający i najbardziej kochany a zdradza. Oto jest tragedia na miarę! Fryzowany skarżypyta - zawsze przy boku i na zawołanie: najlepsze kęski z Ostatniej Wieczerzy. Ostatnia? Ostatnia dla Judasza. Już zapewne nigdy tak nie pojadł: potępiony, wygnany, ze śmierdzącą brodą błąkający się po piaszczystych drogach Jerozolimy, gdzie psy obwąchiwały go zawzięcie. Nie za forsę się to odbyło. O, nie! To była prawie tak wspaniała prowokacja, jakby ją wymyśliła ubecja albo mosad. Wspaniała obsuwa na tysiąclecia za trzydzieści szczeniaczków?... Nie dajmy się wrobić! Nie dla nas te czasowniki! Nie nam to mówić. Ludzie! Pomyślcie!... A co robią zaufani Heroda? Tak, mają za mało środków: słabo wyposażeni. Nie mogą inwigilować? Ludzie! Co wy?... Wszystko to kupujecie?... Takiej sprawy nie opędzi nawet kilka egipskich talentów, a tu mowa o trzydziestu srebrnych, cieniutkich, sklepanych krążkach. Więc jak?... Ktoś tu robi do nas perskie oko... Szmalcownicy z pałacu Heroda albo Kajfasza. Nie da się wykluczyć tych mądrali z Sanhedrynu. Tak... Za grubymi murami rodziła się sprawa. Może w te wieczory, kiedy ustał uciążliwy wiatr - suchowiej od pustyni, gdy dotleniali płuca po cofającym oddech habubie wiejącym aż z pustyni Syrii... Nigdzie nie ma później wzmianki o Judaszu. Na targu słyszeć można było niepotwierdzoną wiadomość, jakoby się powiesił. On, Judasz, taki tchórz? Powiesił się? Dobre sobie. Ten, kto rozsiewał takie plotki, miał w tym jakiś interes. Ale jaki? Kto? Dlaczego? Lepiej nie wiedzieć. Zapewne wciągnięto go na tajną listę. Owszem: piękny Janek, Mateusz, Piotr, Łukasz i inni... Judasz zniknął. Nie było nawet komunikatu o zaginięciu starego człowieka: wzrostu średniego, ubranego w szary cajgowy chałat, o oczach piwnych jak u każdego Żyda, włosach długich - opadających na szyję, takich, jakie noszą ulicznicy. Kto by wiedział o jego losach, proszony jest o doniesienie do najbliższego centuriona lub pałacu Heroda. Jednocześnie przypomina się... I za co? A Piotr, co? Trzy razy się zaparł. Taki wstyd. Wcale go tak mocno nie napierali. Tupnęli nogą strażnicy Sanhedrynu a on kucnął. W Wieczerniku obiecywał. No? Co obiecywał? A na Górze Przemienienia co mówił? No, co? Byli we czterech: Pan, Piotr, Jan i Jakub - wygłupił się na całe przyszłe tysiąclecia. I nic. Nikt nigdy nie wspominał nawet półsłówkiem. A, tak! U Żydów każda sprawa musi być skomplikowana i pokrętna, by można ją było uzasadniać, objaśniać, wynajdować analogie i porównania czynić skomplikowane konstrukcje logiczne nie zawsze całkowicie zgodne z logiką dwuwartościową; czynić odniesienia prawne i językowe, by na koniec okazało się, że oni mają rację, bo przecież to oni są uczonymi w Piśmie, to oni wiedzą w Sanhedrynie, co i jak należy interpretować: zupełnie jak na zawodach sportowych - .do interpretacji regulaminu upoważniona jest ostatecznie Komisja Sportowa Zawodów.. Kropka. Czyż to nie powinno wystarczyć? Żydzi są narodem wybranym. Koniec. Kropka. O! Wybranym? Spośród ilu? Spośród jakich narodów? A może nie było wyboru? Wybrany! Zaczekajcie! A czyż to nie rasizm? Pierwszy raz? Początek!? Zawsze jest jakiś pierwszy raz. Czyż nie? Aaa... Zostawmy to... Inni dobrze pojedli i udali się na zasłużony odpoczynek, a Judasz? Musiał zrobić to, co musiał. Wygodni. Wygodny Jaś Wygodniś. Utrefniony trefniś. Jaś Podlizucha: - Jezusku, a może nieco rybki? Może białego lekkiego wina? - w sam raz do białego mięsa. Wieczór już zapadł, więc na noc nie należy jeść nic ciężkostrawnego ani pić młodego czerwonego wina. - Zapewne zawsze się łasił, by go gładzić po głowie, po jego bujnych, ciemnych, natłuszczonych oliwą lokach. Być zawsze w pobliżu, w zasięgu dłoni Jezusa. Skarżypyta: - Jezusku, a Judasz znowu dzisiaj nie słuchał Ciebie wystarczająco uważnie, a gdy mu zwracam uwagę, to mnie szturcha w bok i mówi, że go jeszcze popamiętam; i broda mu śmierdzi zjełczałą oliwą; i nie myje się rankiem razem z nami - taki odludek i mruk... Nie rozmawia z nami, nie uczy się Twoich słów, ani nie chce łowić koszem ryb w Cedronie, tylko spaceruje sobie Doliną Jozafata i jakby się z nas naśmiewał. Bełkocze coś pod nosem, że niby się zmówiliśmy na niego... że coś knujemy... że niby się mądrzymy... Nie wiem, o co mu chodzi. Wczoraj wdał się w awanturę z Piotrem, że niby Piotr sam nie rozumie Twoich słów, a jego ciągle sprawdza i mówi: .No, jak rozumiesz te słowa, Judaszu? Wielu nakarmiłem a tylko jeden pozostał głodny.. A Judasz mu na to, że Ty, Panie, nigdy takich słów nie użyłeś, a Piotr jest wredny i ciągle się go czepia..., a w czwartek, gdy byliśmy na suku, pobił starego araba, strącił go z osła, zdarł z niego galabiję, wytarzał ją w piasku i narzucił ją na osła, i wrzeszczał: .Oto jest prorok!.. Nie wiem, czy chciał Ciebie obrazić czy tych z Sanhedrynu? Nie wiem. O, i jeszcze to... - Judasz przedrzeźniał Piotra i sepleniącym głosem tak, jak mawia Mateusz, prawił: .Jeden posostał głodny, bo brakło jezenia.. Wtedy Mateusz mu odparł, że to niemożliwe, bo przecież Ty ich nakarmiłeś. Judasz zaś warknął: .Widocznie ten jeden człowiek był chory i brzuch go bolał.. Wtedy wtrącił się Marek, potrząsając swoją kudłatą, czarną czupryną; zaczął roztrząsać sprawę, że są słowa wieloznaczne, że owszem jest i taka możliwość, że ten jeden złośliwie nie jadł, by być głodnym i jak ci faryzeusze narzekać na Ciebie, i pokątnie roznosić plotki, że Ty nie czynisz cudów. Ale ja myślę, że w tym wypadku, powiedziałbyś: .Tylko jeden nie jadł.. A może ten jeden to prowokator współpracujący z policją Annasza czy Heroda albo z setnikami Rzymu? O, i jeszcze jedno: Marek mówił, że Judasza ciągle widuje u cadyka mieszkającego tuż za parkiem pałacu Heroda i zawsze o zachodzie słońca lub zaraz po, odurzonego tanim winem od Żyda Cheruba. Cherub robi je ze spleśniałych owoców dzikiej róży lub tarniny, dodaje do zacieru ziarna sorgo. Te owoce dzikiej róży po osiedlach nazywają ecie-pecie, a wino ecipowe. Nie Będę mówił, jak i z czym ta nazwa się kojarzy... Jednocześnie nie można mu odmówić zdroworozsądkowego rozumowania, tak jak wtedy, gdy opowiadał Piotrowi o Ziemi Obiecanej, że to może być pojęcie czysto teoretyczne, duchowe, do którego należy dążyć przez całe życie, tak jak my mamy sobie zasłużyć postępowaniem doczesnym na niebo. Ta Ziemia Obiecana - obiecanki cacanki - będzie ciągle obiecywana - byśmy uszlachetniali się, żyjąc tu na ziemi, zapracowali sobie na Ziemię Obiecaną po śmierci; tak więc Ziemia Obiecana to nie tysiące kilometrów urodzajnych wybrzeży morskich, oaz, jezior czy piasków pustyni, ale Obiecana Ziemia Wiecznego Przebywania - mówił to z pianą na ustach. Aaa... Zostawmy i to...Nadstawiał głowę do pieszczot pogładzony gładko Jaś. Był zapewne pierwszym jezuitą, który....
Błysk: trzask gromu przelewającego się w pobliżu po dachach; naciągnięta skóra na kościach policzkowych; papierowe usta, na których tkwił rembrandtowski uśmiech Rembrandta: śmiejcie się z siebie do mnie; odeszłam z zaciśniętymi ustami. Pomyśl, dlaczego? Zostawiam ciebie zostawionego. Pomyśl. Trzask gromu. Nie. Nie ma błysku, to kaszel Tego Z Lewej Strony: - khak, khak, khak, czsz, czszszszsz, czczszszsz - tłamsi się w jego wnętrzu jego wewnętrzna burza. Ciemność w jego ciemności. Sen. Czyjś śniony najgłębszy sen. Rwący ból przerywany błyskiem błyskawicy. Ciemno. Dalekie refleksy świateł na wodzie. ON. zakaszlał. Obrazy znikły. Dudnienie w nim: wracają: płochowłosy, pszeniczno-jęczmiennowłosy cherubinek w krótkich majteczkach hasający po promieniem dzierganej równinie blichu. Delikatna sierść trawki łaskocząca jego stopy. Hopsa, hopsa: podskoki w blask tęczy. Szeleszczące baldachimy łopianów. Hopsa, hopsa: jej wzrok pieszczący jego ruchy - wiaterek pieszczący jej wzrok... .Owce pasące się na rozległej Dolinie Jozafata pokrytej warstwą ludzkich paznokci; wystarczy postawić stopę a krew z niej tryśnie.. Z doliny? Czy ze stopy? Skąd wzięła ten obraz, by go opisać i przekazać? Błyski, dudnienie, szelest liści, szmer i chrapliwy oddech. Pierwsze krople rzęsiście padającego deszczu. Noc sadowiła się na dobre: zalegała w kątach i głęboko w podwórzu. Strach wrócił. Lęk wilgotny od deszczu. ON. zmienił nieco pozycję, ale nie odczuł ulgi. Obraz matki jeszcze nie zniknął. Myśli niedokończone: dagerotypy bez ram przesuwały się we framudze okiennej na tle fioletowej chmury. Dalekie odgłosy miasta: nawoływanie tramwajów na zwrotnicach, dudnienie aut na moście Zwierzynieckim, zdeformowane urywki melodii niby znanych, śpiew chóralny w pobliskiej kaplicy, woda w kranie: kap, kap, kap - .woda kapiąca w ciemność. - pomyślał ON.
- Burza przechodzi - usłyszał. Starał się odgadnąć, kto to powiedział. .Głos w ciemności w ciemność przepadł. - pomyślał.
Przechodziła. Uzmysłowił sobie, że jest jednym z dwóch przebywających tu na sali i zobowiązanych do powiedzenia czegokolwiek na temat burzy. .Słowo zaczyn zostało rzucone - pomyślał ON. - Odpowiedz. Twarz w ciemności czekająca. Obok ciebie postękiwanie: ojojoj, ojojo, ojojojojoj... Szept tłamszonego oddechu. Odpowiedz..
- Tak, letnie burze tak szybko odchodzą, jak przychodzą - powiedział ON. Zbawiony. .Strach. Szarość. Rdza na myśli - pomyślał ON. Zbawiony, że pomyślał. - Powiedz coś. Twoja kolej. Wyjdziesz na nowo przybyłego gbura. Strach. Szarość. Skrzyp drzwi. Mów! Prędzej! - kotłowały mu się myśli w ciemności zamkniętej sklepieniem czasu. - Wszystko, co powiesz, będzie zanotowane w twoim pamiętniku - notatniku. Mów. Montuj słowa. Przewracaj w mózgu słownik - dobieraj, ustawiaj, deklinuj, moduluj - mów. Modulowane spiesznie zdanie wymknie się z ogrodu zębów twoich - poszybuje w ciemność, odbijając się o ściany, wróci do ciebie: bumerang słowa. Twój, przez ciebie rzucony. Ciemno. Szarość. Mów! Udławisz się natłokiem myśli pasących się na łące twojego mózgu. Myśli - karmione szarymi komórkami - obumierającymi - zjadanymi przez słowa. Mów. Pomyśl. Rzuć. Wyksztuś to z siebie - wyrzygaj. Mów! Już.. ON. mówi:
- Zawsze uważałem, iż problemy związane z elektryzacją chmury... Wie pan, co mam na myśli? Sprawa rozmieszczenia ładunków zarówno w pionie, jak i w poziomie. Bo jeśli przyjąć... o, albo grom - powszechnie krąży opinia, jakoby uderzenie...
- Tak, słowa: uważa się, jakoby, biorąc pod uwagę - mądre słowa; rzygać mi się chce pańską mądrością. Mdli mnie od lat od tej mądrości. Powiedz szanowny Hamlecie, dlaczego słowem odganiamy myśli. Wspaniałe słowa - twierdzę - a do dupy - przerwał jemu Ktoś.
Odgłosy kroków w korytarzu. Odgłosy słów w mózgu: .a kiedy umarła, nie płakałem.. Noc zabiegająca burzę dookoła. .Łzy nie wydusiłem z siebie - szepnął prawie ON. - Źle wrysowany w pamięć obraz..
Dobiegające rozmowy zza okna - dobiegające myśli zza myśli - dobiegajace obrazy zza pola widzenia - dobiegające odgłosy zza żeber - dobiegające błyski zza ciemności. Zapachy. Uśmiechy zapachów drażniących nozdrza. Uścisk w lewym boku: łaknienie powietrza; twarda deska między żebrami; wielka litera .O. wypełniająca go po brzegi - rosnąca w nim do bólu. Ból rozsadzający wnętrze. ON. poprawił nieco tułów na łóżku. Usłyszał skwapliwie skrzyp, skrzyp, skrzyp łóżka. Ból złagodniał - szarość podpełzła pod okna, zgęstniała, rozlała się w nim. Łagodniejący ból stawał się szary. Wydało mu się, że krople deszczu spadają na blachę, rytmicznie wystukują znaną skądś melodię - to unoszącej się, to znowu w opadającej tonacji powolnego tanga: - dźwięki dźwięków. Oktawa ciszy. Powiedz słowo. Mów. Cisza pożerająca słowa. Słowa roztrącające ciszę.
- I. i. I co? Nie wierzy pan w ani jedno słowo z tego rozumowania o liczbie p?
Głośne ziewanie obok.
- Tak, tak - ciągnął dalej - staram się rozumieć pana: spać sie panu chce. Tego się właśnie najbardziej obawiałem. Właśnie tego... Sama zamiana systemu dziesiętnego na system dwójkowy lub jak inni nazywają zero-jedynkowy jest prosta, bardzo prosta.
System liczbowy, z którego korzystamy na co dzień, to system oparty na 10 cyfrach: 0,1, 2,..., 8, 9. W szkole podstawowej mówi się o cyfrach jedności, dziesiątek, setek itd. Ale później, w szkole średniej mając do dyspozycji potęgowanie nikt już nie zwraca uwagi, że te jedności, dziesiątki itd. to po prostu kolejne potęgi dziesiątki: 0,1,2,...itd. Kiedy gwiazdką oznaczymy mnożenie, a daszkiem potęgowanie, liczbę 12790 dla przykładu odczytujemy jako:
12790 = 1*10^4 + 2*10^3 + 7*10^2 + 9*10^ + 0*10^0
W systemie dziesiętnym ważną funkcję pełni właśnie ta dziesiątka - liczba którą potęgujemy. Nazywamy ją podstawą systemu liczbowego. Rezygnując z przyzwyczajeń, możemy stworzyć sobie system o dowolnej podstawie. Te najbardziej znane to system dwójkowy (binarny), ósemkowy, szesnastkowy* (heksadecymalny), używane przede wszystkim w elektronice i informatyce.
Zamiana z jednego systemu liczbowego na drugi nie jest skomplikowana. Korzystamy w niej z dzielenia modulo, czyli tzw. operacji .reszta z dzielenia.. Weźmy liczbę 1234(10) ~ liczba w nawiasach zwyczajowo oznacza podstawę systemu. Załóżmy, że chcemy ją zapisać w postaci dwójkowej. Narysuję to panu:
1234:2 = 2*617 + 0
"cyfra jedności" tzn. 2^0
617:2 = 2*308 + 1
"cyfra dwójek" tzn. 2^1
308:2 = 2*154 + 0
"cyfra czwórek" tzn. 2^2
154:2 = 2*77 + 0
"cyfra ósemek" tzn. 2^3
77:2 = 2*38 + 1
"cyfra szesnastek" tzn. 2^4
38:2 = 2*19 + 0
"cyfra trzydziestek dwójek" tzn. 2^5
19:2 = 2*9 + 1
"cyfra sześćdziesiątek czwórek"
tzn. 2^6
9:2 = 2*4 + 1
"cyfra sto dwudziestek ósemek"
tzn. 2^7
4:2 = 2*2 + 0
"cyfra dwieście pięćdziesiątek szóstek" tzn. 2^8
2:2 = 2*1 + 0
"cyfra pięćset dwunastek" tzn. 2^9
1:2 = 2* 0 + 1
"cyfra tysiąc dwudziestek czwórek"
tzn. 2^10
czyli:
1234 (10) = 10011010010 (2)
A samo zapisywanie liczb rzeczywistych odbywa się bardzo podobnie, tyle że potęgi podstawy są ujemne. Podam panu przykłady:
0,5(10) = 0,1(2) bo: 1*2^(-1) = 1 * 1/2 = 1/2 = 0,5
0,75(10) = 0,11(2) bo: 1*2^(-l) + 1*2^(-2) = 1/2 + 1/4 = 0,75
0,1(10) = 0,0001100110011001100110... (2)
* oznacza mnożenie
^ oznacza podnoszenie do potęgi
- Przepraszam - wyksztusił ON. - nie chciałem nikogo urazić. Miałem na myśli... - przerwał mu świst oddechu. - Miałem na myśli myśl - przedłużył ON. myślą własną przerwaną wypowiedź.
Kula światła pod sufitem zgasła, wyłączona. Zabiegła wypełniająca salę ciemność: czerń pożerająca światło. Ciemność stworzyła mu alibi. Był swobodny. Jedynie obrazy. Obraz. Nie był już niczym związany, do niczego nie zobowiązywała go szarość. Napięcie opadło, ON. rozluźnił mięśnie barku. Dalekie błyski, pomruki ginącej burzy tnące gęsty krajobraz, ledwo widoczny za oknem. Prostokąty delikatnej żółci. W sali noc jak przekrojony bochen chleba. Strach - szarość. Otwarte drzwi na korytarz, siostra pobrzękująca kaczkami.
- Siostro! Siostro! - wołał cicho Ten Pod Drzwiami. - Powietrza!
Nic. Cisza: coraz cichsze wołanie czerwonym zaległo mu w płucach. Trzaskający kaszel. W półmroku przytoczono butle z tlenem; świst: tłoczone powietrze. .Deszcz na pustyni. - pomyślał ON. Pragnienie: ryba na suchym piasku. Spalona pustynia, wewnątrz aksamit łaskoczący. Szara biel sunąca tuż przy jego łóżku w kierunku wyjścia. Wyciągnął rękę przed siebie, dłonie spotkały się - musnął ustami grzbiet dłoni. Zatrzymał ją. Chłód wpływał w niego. Przedłużył oddech: leśne powietrze; trzask łamanych gałązek. Sklepienie niebios podpierane zielenią: szelest ptasich skrzydeł.

Klisza nr 4  
ON. przebywa  
wśród rzeczy  
niby znanych
Tak wiec ON. był już martwy. Bo zgubił rzeczy, z którymi się stykał. One go odeszły i nie mógł spamiętać ich konsystencji ani nawet konturów lub kantów ich naroży. Był więc martwy. Martwy wzdłuż, martwy wszerz; martwy dogłębnie. Nie odczuwał czasu, jakby pracował obok niego, poza nim. Gdyby czas wyrażał się okrągłą płaszczyzną, to jego osobowość nie byłaby prostą styczną do okręgu; nawet gdyby czas wyrażał się kulą, jego osobowość nie miałaby punktu wspólnego. Był więc martwy poza czasem. ON. był martwy. Każda rzecz, którą widział, była martwa - była mu nieznana. Obca i wroga. ON. był martwy z oczyma, którymi nie widział; z krwią, która płynęła w twardniejących żyłach; był martwy z mięśniami, które niezdolne były do najmniejszej reakcji ani na bodziec zewnętrzny, ani na bodziec wewnętrzny; był martwy ze lśniącą łysiną, wczoraj mył się cały dokładnie; był martwy i dobrze ubrany.
Niby coś jeszcze wróciło do niego: to były tamte chwile, które go odeszły, pozostawiając nadal siedzącego. Rzeczy otoczyły go, obległy jak młody, pachnący żywicą las. To one odurzały go swoją wielkością. Dla niego były jednak martwe i za trudne. Taki ON. był w tamtej chwili.
ON. siedzi za biurkiem. Tak, tamto życie. Inne. Budowanie spraw. Dopieszczanie rzeczy. Ustawianie ludzi. A rzeczy rozumiał jak własną dłoń. Żył. Był oswojony z przedmiotami, jakby sam je tworzył. Życie wlewało mu się do wnętrza, które było chłonne i przepastne. Napływało do niego z prawej strony, z góry, z dołu. Sadowiło się w nim. Panoszyło, a mimo to było jego. Tak. Czas. Nie dotyczył go jeszcze wtedy. Nie trawił jego mocnych, skupionych i zwartych tkanek. Dziewczyna. ON. miał już wtedy dziewczynę. Trwał przy niej pewnie. Była tylko jego dziewczyną. Była jego ziemią, owocem i rzeczą. ON. był jej. Uzupełniali się jak korzeń-pień, liść-pień.
Teraz ON siedzi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. Siedzi na krześle, może nawet tylko na wpół martwy. Jego spodnie usztywnione załamaniem kantu opadają ku podłodze. Ciało jest mu rzeczą i rozpływa się tłustą masą w ubraniu. ON. jest nieco sobą i powtarza: - mam, mam, mam... - i nie kończy. A biurko jest biurkiem: jest nawet jego biurkiem, ściana jest ścianą: jest nawet ścianą przed nim; okno jest oknem: jest nawet oknem przed nim. Wszystko jest, jak było rok temu, dwa, dziesięć. Jedność jest czasem i wielkość jest czasem, pomnaża się to tylko przez iloczyn jego odczuwania. Kiedyś był jakimś, dzisiaj jest jakimś, jutro będzie jakimś.
ON. siedzi za biurkiem. Siedział w kawiarni: był pewien każdego słowa, które wymawiał. ON. był też pewny i rozumiał wszystkie znaczenia, jakie niosło każde słowo: stół, podłoga, spodnie, twarz i znał resztę - oparcie nóg o podłogę; twarz oddaloną o metr; kolor swoich spodni; cieszył się swoimi latami (nieco ponad dwadzieścia). ON. był wtedy zupełnie sobą i już w tamtym czasie nosił kogoś we wnętrzu - ciężkim i mocnym. Wiedział, że będzie ktoś mu bliski, że cały czas będzie przy nim, a może nawet w nim. To będzie połowa z niego i połowa z tej, którą kocha. Swoją miłość do niej widział wyraźnie: twardą bryłę niemającą ani pęknięć, ani zadraśnięć na powierzchni. Wiedział, co da z siebie i jak dużo. Będzie to ktoś, kogo będzie miał o wyciągnięcie ręki, o słowo proste, ujmujące. Ten ktoś będzie nim i sobą, i jego dziewczyną (później żoną). Siedział w tramwaju: mądry, przesuwający się ze stałą prędkością do celu - do niej. Sufit nakrywał ich pewnie i szczelnie. Jej oczy miał prawie w zamkniętej dłoni. Znał sposób przybliżania taśmą słów. Jego ciało, jego mięśnie, tkanki czekały na komendę, gotowe do akcji w każdej chwili, w ułamku sekundy zdolne do zwarcia i rozwarcia, wykonania pracy liczącej się w koniach mechanicznych.
ON. siedzi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. Od czasu, gdy była pierwsza chwila, minęło już nieco przestrzeni i szybkości pomnożonej przez siebie niby w linii prostej. ON. siedzi tu, w tym pokoju, ale i w innych siedzą ludzie-rzeczy, może na krzesło-ludziach za biurko-ludźmi, ze swoimi tyłkami, rękami, myślami i włosami. A daleko, za ilomaś ścianami toczy się jego sprawa-rzecz: kolegiumkarnoadministracyjneprzyprezydiumpowiatowejradynarodowejwewrocławiuulicanowytarg28/30telefon30608wewnętrzny07. Suchotnicza pani jest tam kierowniczką i ma sprawę w: prezydiumwojewódzkiejradynarodowejwydzialesprawkwaterunkowychulicanowotki5telefon30660wewnętrzny07. Otyły pan jest tam kierownikiem i ma sprawę w: sądziedlamiastawrocławiatelefon26775wewnętrzny17...
ON. siedzi za biurkiem. Oho! Sprawy. Tak. Tamte sprawy. Pamiętał każdą z nich. Żonglował nimi. Ustawiał je w czasie, ustalał kolejność załatwiania według wagi i ważności każdej. Finalizował je, kiedy chciał. ON. decydował o wszystkim: podpisy stawały się formalnością. Był giętki jak lis. Mocny jak tur. Czarował, straszył, kłamał i wygrywał. Jego żona smukłonoga. Wiedział i chciał: .Przebywanie z panią, to już za wiele jak na mnie, nie należy mi się tyle.. Jej oczy. Duże i połyskliwe jak gęsto zarybione jezioro. Ustalał się wtedy przy niej. Przybliżał ją ku sobie, aż zamknął się nad nią twardą płaszczyzną, przez którą nie mogła się przedostać. Asymilowała go powoli. W takim też rytmie stawała się jego żoną.
ON. siedzi za biurkiem. Jest ciepły - taki sobie. ON. poruszył prawą nogą po linii przekątnej w stosunku do powierzchni biurka. ON. siedzi na krześle idealnie pośrodku pokoju: w prawo jest metr, w lewo jest metr, przed nim jest metr, za nim jest metr, w górę jest, ale stopami mocno dotyka podłogi, uciskając na strop pierwszego piętra. Żelbetowa konstrukcja pracuje teraz mocniej. Szesnaście osób: średnio po siedemdziesiąt jeden kilogramów - wynosi to tysiąc sto trzydzieści sześć, plus sześćdziesiąt kilogramów ubrania, plus szesnaście kilogramów drugiego śniadania: tysiąc dwieście kilogramów. Konstrukcja pracuje też na drgania, które teraz są wzmożone przez ruch uliczny: tramwaje, samochody, pieszych, a nawet przelatujące samoloty.
ON. nic o tym nie wie. Poruszył jedynie prawą ręką i rozprostował palce. Drgnął tylko i pozostał nic niewidzący. Organizm jego pracował minimalnym rytmem. Rytm ten cyklicznie przyspieszany i zwalniany pozwalał mu na szczątkowe, urywane w krótkie odcinki myślenie. Może nawet nie było to myślenie konkretne, a jedynie zaczepianie, luźne kojarzenie niby-myśli i przyrównywanie ich do niby-rzeczy: widzenie-myślenie. Zaczepił widzenie i dopasował rzeczy: dzień wczorajszy: białą lepką plamę przed oczyma; kwadraturę pokoju i łóżka; proste linie zgrzytów tramwajów, gdy leżał w szpitalu; koła i elipsy krążących wokół niego ludzi; gęstą maź powietrza otaczającego go szczelnie, w którym wykonywał rybie ruchy ramion; chmurę sufitu wiszącą nad nim i grożącą mu w każdej chwili przygnieceniem luźnych, rozsianych po łóżku mięśni; znowu jakieś proste, niemające już desygnatów, ale ostre biegnące wzdłuż jego spojrzenia; bryły nienazwane, pełne i ciężkie, będące w nieskoordynowanym, szarpiącym ruchu; ciecz przeciekającą mu między palcami, łaskoczącą naskórek całego ciała, zmieniającą temperaturę; suche i przeciągłe trzaski, nieograniczone w przestrzeni wizgi, motające się jak nici cienkie i niepewne; komórkową strukturę swego - obcego, zdeformowanego ciała, które powoli wracało do poprzednich kształtów.
ON. podciągnął nogi pod siebie. Zelówki zgrzytnęły suchym piaskiem i wszystko zostało zerwane. Prysły myśli, niby-rzeczy. Jego ciało skurczyło się ruchem ślimaka. Prawa dłoń, która leżała w nieładzie na płycie biurka, została uformowana w pięść twardą i pewną. Spoczywająca na lewym ramieniu głowa, oparta luźno czołem o kciuk, zmieniła nieco pozycję.
ON. siedzi za biurkiem. .A kiedy już była mi żoną - pomyślał ON. - stała się płaska jak powierzchnia jeziora w spokojny długi dzień. I tak już zostało. Dobra, cierpliwa, wydłużająca się hen, za pole widzenia.. ON. myślał o niej często i długo, ale zawsze w myślach była ta sama, podobna do siebie, jednakowa - jego żona. Pamięta też: letni, parny dzień. Jedna chmurka, druga chmurka, trzecia chmura. Bo też to był dzień. A też to była łąka. Może było to sprzężenie wymienne: ONA. - trawa. ONA. - łoziny, ONA. - woda, ONA. - ON., ONA. - noc.
ON. siedzi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. Naokoło niego panuje teraz chaos. Wszystko zostało wymieszane, w nieładzie, bez kierunku i przeznaczenia. Wynurzała się jeszcze czasem z tego prosta i jasna myśl: .szesnastego maja są moje imieniny. - i znowu zatracała. Zapadał się ku dołowi, który wirował wokół osi przemieszczającej się ruchem precesyjnym tak, że nic nie mogło go wytrącić z obrotu.
Obok niego przeszła jego starsza koleżanka z sąsiedniego pokoju i uśmiechając się niby to przymilnie, powiedziała:
- Ależ z pana śpioch.
Nie usłyszawszy odpowiedzi, zgorszona wyszła, trzaskając drzwiami. ON. ugiął nogi w kolanach pod kątem prostym. Zelówki jego butów stykały się prawie całą powierzchnią z podłogą. Odpoczywał. Milczał i parował słonym potem, który wsiąkał w dobrze uprasowaną marynarkę, przeciekając przez koszulę non-iron. Z jego krtani wydobył się krótki bełkot, coś jakby .arrghhchchiii.. Powtórzyło się to dwa, może trzy razy, tak że drzwi zostały dwa razy otwarte i zamknięte, dwa razy ukazała się w nich twarz oburzonego kolegi, a ON. w tym czasie wykonał głęboki, prawie podwójny wdech i wywołał przed oczy obraz, którego jeszcze nie widział, ale kojarzył:
WIDZENIE I: Prostokątny zarys biurka, obrysowany jeszcze w myśli linią pewną i ciągłą; prostokąt okna - było to jakby widzenie geometryczno-zewnętrzne; płyty ścian; kubatura wnętrza; ulica biegnąca z okna - i zaraz przyszło przypomnienie: śliska jezdnia. .Ja jestem Roman. - myślał wtedy ON. Słońce wisiało wysoko, gorące i jasne, dalekie. Trudno mu było iść, bo ludzie za szybko poruszali się po parujących płytach chodnika. Przełknął nieco nagromadzonej śliny - ciepłej i mdłej, i właśnie wtedy przemówiła do niego kobieta, która mu się podobała, bo miała twarde biodra i odkryte ramiona, a nogi długie i zgrabne: .świnia.. Wzrok poprowadził wyżej: ładną, gładką skórą powleczone - pomyślał: różowo-brązowe-wspaniałe.
I to był ON. Za tą kobietą, obok niej tramwaj, z którego wysiadali ludzie nieznani ze swoimi nosami, uszami, ramionami, troskami, myślami, palcami, torbami, kochankami, guzikami. Ludzie. Znowu powtórzył:
- Ja jestem Roman - i widział już inne ramiona, inne nogi, więc przyspieszył, aby szukać swoich. Nóg był cały las, a dzień męczący, więc zrezygnował i zawrócił, lecz nie w tę samą ulicę, bo jezdnia była teraz sucha, a tramwaj odjechał, ludzie zostali wymienieni na innych; las się zagęścił, tupot kroków spotężniał tak, że ON. wypadł z rytmu. Drgnął. Nerwy wyprostowały korpus. Głowa została podniesiona, a plecy oparte o poręcz krzesła. ON. wrócił między rzeczy: był umiejscowiony w czasie, przestrzeni i rzeczoprzestrzeni. Twarz miał już otwartą i oczy otwarte, ale jeszcze nie widział niczego dokładnie. Kontury przedmiotów rozcieńczyły się w powietrzu ubitym w pokoju.
ON. słyszał szelest kartek papieru za drzwiami; ruch uliczny, brzęczenie muchy, skwierczące szuflowanie węgla i nie rozumiał celowości jakiegokolwiek ruchu. Tępo wpatrywał się w zmatowione brudem szkło, za którym tyle się działo. Zrozumiał swoją pozycję siedzącego za biurkiem, ale nie rozumiał jej celowości: równie dobrze mógłby leżeć lub wisieć.
ON. Siedzi za biurkiem. To było to, co mógł jej dać. To było to, czego mógł od niej wymagać. Dokładnie poznał jej ciało. Może nawet wnętrze. Jej istnienie było proste i rozprzestrzeniało się tam, gdzie ON. się znajdował. Tak więc ON. poruszał się we wnętrzu jej istnienia i to go męczyło. Narastało jego oddalenie wraz ze wzrostem ilości komórek w ciele córki. Jakby szli po liniach zbieżnych boków trójkąta: matki-żony. Córka rosła. Każdy jej ruch był dla niego tańcem, każde słowo - pieśnią.
Czasami jeszcze zatrzymywał się w tym szaleńczym marszu do zjednoczenia ich jaźni, spędzał noc z kochanką, ale to nie było już to, na co go było stać kiedyś, jeszcze nawet nie tak dawno. To nie było już zatracenie miłosne. To jedynie czas rozcieńczony. Proste rozumienie. Przebywając za miastem z kochanką, czuł się obcy i jej, i sobie. Ta sama łąka stawała się mu grząską gliną. Córka była zawsze z nim: w jego ciele, w jego myślach, w jego krwi. Przerwy stawały się coraz rzadsze, aż odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni od żony, od kochanki. Tak już zostało. Bał się tego, bo było mu nieznane, inne. Przebywała w nim jedynie ONa. - córka. I tak już zostało. Nie widział rozwiązania. Myślał o tym długo i często. To ON. Myślał.
ON. siedzi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. Obok przechodzą ludzie, jego znajomi, noszą w sobie swoje wnętrze proste i płaskie, do którego ON. nie ma dostępu, ON. ich widzi:
WIDZENIE PROSTE: Rozpołowione ciała wywlekające się w przestrzeni, daleko od niego w czterech wymiarach. Zdawało mu się nawet, że w przypływie jasności widzenia dojrzał czas: szybował dużą kulą o gęstej materii, pociągając za sobą nieład całego układu. To znowu zdawało mu się, że czas to to, co wypełnia luki między przedmiotami a ziarnistą strukturą ich ciał. Czas w jego widzeniu był miękki, ustępliwy, o trudnej konsystencji; to coś, co przesiewało mu się między palcami, co naruszało naskórek i pulsowanie krwi, odstęp między zbliżającymi się tramwajami. Ciała ich rozchodziły się z siebie tak, że powstała dziura w przestrzeni, która rosła, aż straciła granicę i stawała się znowu niby-przetrzenią. Wszystko to odbywało się w absolutnej ciszy, tak że nawet ta cisza zaczęła wydawać mu się czasem wypełniającym jego tkanki. Z głową na dłoniach rozumiał (może mu się tylko wydawało?) pojęcie czasu: dwie owalne bryły - jedna na zewnątrz niego jako punkt odniesienia, druga ta, w której ON. był umieszczony wraz z biurkiem; obie toczyły się jak dwa duże kloce ruchem to przyspieszonym, to znowu zwalnianym, na przemian, tak że jego odczuwanie było krzywą równoległą.
ON. siedzi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. ON. skurczył się na zgrzyt klamki z lewej strony. Powietrze zostało poruszone. Tafla drzwi wachlarzowatym ruchem trąciła słup lotnej substancji: wszedł kolega z papierami w ręce. ON. usłyszał nawet jego głos, ale nie rozumiał potrzeby rozszyfrowywania jego myśli i tego, co mu chciał pokazać.
- Tępy dzień, co? - powiedział wchodzący.
Milczenie.
- Cholernie tępy dzień, co? - powtórzył.
Milczenie. ON. chciał nawet coś powiedzieć, ale nie zdążył. Minął termin porozumienia z innym. Więź została zerwana w zarodku. Czuł napływ ciepłej cieczy do głowy: jakby obłożono mu czaszkę gorącą szmatą. W jednej chwili wszystko poszybowało na płytę biurka. Uciskając obie dłonie, ON. był znowu uwięziony, prawie martwy.
ON. siedzi za biurkiem. Od żony ON. był znowu uwolniony i kto wie, czy nie na zawsze. Dla niej wymierał. Zdawało mu się, że rodzi się ponownie dla córki. ON. i żona - czy to trwało długo? Rozwlekłe w skali i przestrzeni, stawało się nużące i lepkie: uciążliwe. Przychodziło to do niego nawet we śnie, z którego wyrywał się zawsze spocony, z ociężałą głową i wymęczony. Te noce stawały się nie do zniesienia. Zaczął się lękać samej pory ciemności. ON. starał się jeszcze (stawało się to coraz rzadsze) w rozmowach z żoną o uśmiechy zbliżające. Mówił do żony słowa ciepłe, ale więź słabła, stawała się cieńsza, nikła.
ON. poruszył znowu prawą nogą. Jego prawa noga została poruszona w przestrzeni i czasie. Cisza znowu stawała się zgiełkiem i ON. już był tym, kim był. Teraz ON., nieco inny, usłyszał wyraźnie:
- Ależ pan dzisiaj wymęczony.
Chwila ciszy.
- Może zadzwonić do żony?
ON. Milczał. Chciał powiedzieć - coś powiedzieć długo i mądrze, jasno i wyraźnie: że drzewa, które mijał, jadąc motorem, stoją tam jeszcze, smukłe i równoległe pnie wbijają się w niebo; że tych kilka zeszytów, które kupił już tydzień temu dla córki, leży w prawej szufladzie biurka na segregatorze z .pismami wychodzącymi.; że święta w tym roku będą weselsze od ubiegłych, milsze i nastrojowe, będą bliskie obrzędowi pogańskiemu, ze słowami wieloznacznymi, z ciemnią głęboką, z jasnością świecy aż do ziemi; że ból, jaki czuje już od kilku dni w biodrze, wzmaga się, pełznie do góry, cienkim ostrzem świdruje w mózgu: że od tego bólu wszystko się zaczęło - jego niemoc, rozcieńczanie rzeczy, rozrzucenie obserwacji, dystrakcja, mgła przed konturami przedmiotów, zimno płynące z porów materii i ta obcość rzeczy niby-znanych; że sieć, jaka rozpościera się w pokoju, uniemożliwiając mu ruchy, jest tak mocna, że odbiera mu chęć wykonania najmniejszej czynności, którą ON. i tak uważał już kiedyś za bezcelową i przed którą cofał się w niemocy; że buty zostawione w dużym pokoju pod szafką są mokre i trzeba je zbliżyć do kaloryfera, aby wyschły, a następnie dobrze natrzeć pastą .Kiwi.; że wiatr, gdy zaczyna wiać nocą, prawie nigdy nie słabnie rankiem, ale wprost przeciwnie, raczej się wzmaga i to znacznie; że jego zdaniem kolegę trudniącego się załatwianiem reklamacji należy awansować i podwyższyć mu pensję zasadniczą o co najmniej trzysta złotych; że ON. zna jeszcze inne chwile, które trwają nadal, ale zrozumieć mu je trudno: jest to niemożliwe, gdyż pojęcie czasu, które asymilował przed chwilą, stało się nieadekwatne do teraz (ON. podniósł głowę pewnym ruchem i wzrok jego jeszcze niezupełnie mocny wystawał za okno); że każde pojęcie poprzednio ustalone, wtedy, gdy głowa jego leżała jeszcze na biurku, było konstrukcją zupełnie logiczną i mocną: nie do odparcia i obalenia w poprzednich układach przestrzenno-czasowych; że każde poruszenie bryły w przestrzeni wprawia w chaos układ i organizacja jest możliwa dopiero po ustaleniu całości w punkcie wyjścia, co i tak nie jest możliwe, gdyż bierze w tym udział czas, obojętnie w jakim pojęciu, bo do każdego układu może być inny, ale jego destruktywna rola wzrasta do kwadratu jego trwania, gdyż prędkość początkowa w każdym punkcie przedzielenia jest jednocześnie prędkością końcową poprzedniego stanu - tak więc jego znaczenie rośnie w postępie geometrycznym. To wszystko, co chciał powiedzieć, było dla niego niezupełnie jasne i niewyraźnie odezwał się:
- Bierzecie mnie za kogoś innego, za obcego.
Nikt nie odpowiedział. Może dlatego, że nie mogli go usłyszeć w sąsiednich pokojach. A ON., upewniwszy się we własnej spokojności, powiedział:
- Uznajecie mnie za zupełnie innego od siebie. Za takiego, który wie coś diametralnie innego o każdej sprawie i rzeczy.
ON. siedzi za biurkiem. .ONa. jest taka, jaka być nie powinna - pomyślał ON. - bo ONa. zawsze wybiera te możliwości kontaktu ze mną, które ani nie zbliżają nas do siebie, ani nie oddalają, ale ustalają w jednakowym ustawieniu. Porozumienie miedzy nami ogranicza się do przekazywania sobie najprostszych wiadomości tyczących nas.. Seans kinowy trwający około stu minut wydłużył mu się w chwili przebywania na widowni o całe miesiące. Jego dłoń spoczywała na twardym i naprężonym mięśniu prawej nogi. Sceny przepływały przed nim i przed nią, i zdawało mu się, że ONa. patrzy na nie tak, jak i ON., że ONa. myśli tak, jak i ON., że miłość jej do niego rośnie z każdym przesuwającym się kadrem taśmy. Rozumował tak, ponieważ myślał o córce przez własne uczucie do niej. Jego dłoń była prosta, pięciopalca, zaborcza i drżąca. Pot przeciekał przez spodnie, chłodził napięty mięsień prawego uda. ON. siedział. ONa. siedziała. Byli blisko siebie, przedzieleni jedynie ubraniami. ON. mógł nawet policzyć ilość uderzeń jej serca, ale prawdopodobnie bał się tego. Lęk usadowił się w nim na dobre. Zdawało mu się, że to tylko trzepotanie powietrza pod podszewką marynarki. A dłoń, którą miał przylgnąć do jej dłoni, leżała, bielejąc odrażająco niepewnością. Światło tryskające z żarówek wraz z zakończeniem filmu i opadnięciem melodii z głośnika zastało jego dłoń podniesioną nad głową. Jego oddech stał się na chwilę urywany i zamigotało mu w oczach. ON. sam nie wiedział, czy chciał przenieść dłoń bliżej niej czy też wykonać zaokrąglony ruch ramienia i powiedzieć coś mądrego o filmie. Kilka słów kończących. Słów, które miały zatrzeć jego zmieszanie. To miały być prawie że słowa-rzeczy pewne. ON. był wstawiony w światło sali. Obok niego córka. Tak więc ON. był teraz obok niej i rzeczy z nią związanych.
Teraz ON. powiedział:
- Ha!
Powtórzył to klika razy i znowu:
- E. E. Ha! U. Ha. Ha.
Powtarzał coraz ciszej, tak że nie było wiadomo, czy ON. mówił czy też wyciszał szelest sprężonego powietrza, niezupełnie świeżego, jakby powietrza sali kinowej, w której trwał seans nieco ponad stuminutowy.
ON. siedzi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. Głowę ma uniesioną, myślącą, wspaniałą. ON. zamyka oczy. Na chwilę zatraca i słuch, i powonienie, i myśl, ale powoli zaczyna się organizować w układ sprzężony zwrotnie z otoczeniem:
MYŚLENIE - KOJARZENIE PROSTE: What do you see, what do you see, what do you see, what do you see, what do you see, what do you see, what do you see, what do you see (przybiega melodia ze słowami); i lada dzień, lada godzina, lada chwila, lada sekunda, a przyjdzie chwila, może mniej niż chwila - ułamek chwili, cząstka chwili, mniej niż gram chwili, odrobina chwili, skałka chwili, wyłomek chwili, fragment chwili, chwili, chwilii, chwiliii, chwiliiii, chwiliiiii, chwiliiiiii, chwiliiiiiii, chwiliiiiiiii, chwiliiiiiiiii, chwiliiiiiiiiii, chwiliiiiiiiiiii... (pędziło pogotowie z jękiem syreny); i padam, padam, padam, padać muszę, czy chcę czy też nie, padam, padam, padam, na trzy basy kropelkami we mgle, padam, padamm, padammm, padammmm, padammmmm, padammmmmm, padammmmmmm (znowu ktoś przechodził przez jego pokój); i dziesiąta pięćdziesiąt pięć - język polski dla klasy siódmej, telewizyjny kurs rolniczy, szesnasta pięćdziesiąt pięć wiadomości telewizyjne, siedemnasta - .Opowieści znad rzeki., siedemnasta piętnaście - .Zrobimy to sami. i dziesiąta pięćdziesiąt pięć - język polski dla klasy siódmej, szesnasta pięć - program dnia, szesnasta dziesięć - telewizyjny kurs rolniczy; i: dziesiąta pięćdziesiąt pięć - język polski dla klasy siódmej; i: dziesiata pięćdziesiąt pięć, pięć, pięć, pięć, pięćć, pięććć, pięćććć, pięććććć, pięćććććć, pięććććććć, pięćććććććć, pięććććććććć, pięćććććććććć, ććććććććć, ćććććććć, ććććććć, ćććććć, ććććć, ćććć, ććć, ćć, ć (wpadł w tryb samonastawny); i: cerkiew się, cerkiew się zwinie, cerkiew się zwinie jak, cerkiew się zwinie jak kokon morwowy, cerkiew się zwinie jak kokon morwowy ledwie, cerkiew się zwinie jak kokon morwowy, ledwie zadnieje, cerkiew się zwinie (ktoś przestrajał radio w sąsiednim pokoju); i: Sparta ma szansę wejść znowu do ekstraklasy, Sparta ma szansę wejść znowu do, Sparta ma szansę wejść znowu do ekstra, Sparta ma szansę wejść znowu do, Sparta ma szansę wejść znowu, Sparta ma szansę wejść, Sparta ma szansę, Sparta ma, Sparta, Spart, Spar, Spa, sp, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s, s.
- Czy pan załatwił z tymi przelewami? - zapytano, mimo że ON. miał wzrok wystający nieco za powieki.
Pytanie wsiąkło w przedmioty.
- Przez ostatnie dni zupełnie pan nie pracuje.
Przez ostatnie dni zupełnie pan nie, przez ostanie dni zupełnie pan, przez ostatnie dni zupełnie, przez ostatnie dni, przez ostanie, przez (znowu trzaskanie drzwiami); i: ja pieprzę taki na ramię broń, ja pieprzę taki na ramię, ja pieprzę taki na, ja pieprzę taki, ja pieprzę, ja, ja pieprzę, ja pieprzę taki, ja pieprzę taki na, ja pieprzę taki na ramię, ja pieprzę taki na ramię broń, ja pieprzę taki na ramię broń, czego, ja pieprzę taki na ramię broń, czego oni, ja pieprzę taki na ramię broń, czego oni ode mnie, ja pieprzę taki na ramię broń, czego oni ode mnie chcą? (ON. był już urządzeniem samonastawnym, samoorganizującym się) pieprzę taki na ramię broń, czego oni ode mnie chcą? taki na ramię broń, czego oni ode mnie chcą? na ramię broń, czego oni ode mnie chcą? ramię broń, czego oni ode mnie chcą? broń, czego oni ode mnie chcą? czego oni ode mnie chcą? czego oni ode mnie chcą? oni ode mnie chcą? mnie chcą? chcą? cą? ą? ą? a? ą? ą? ą? Powietrze zostało wymienione w sali i ON. wstał. Tkwił w innym powietrzu: twardym i chłodnym, z rękami opuszczonymi wzdłuż bioder.
ON. stoi za biurkiem. Myślał: .Mam jeszcze brata. Brata z połową twarzy, ale zawsze brata. Może nawet ON. nie jest taki głupi? Ostatecznie jest moim bratem. O, ta jego połowa twarzy. Co mnie to właściwie obchodzi? Mój obowiązek względem niego spełniam z nawiązką. Tak naprawdę to z całej rodziny tylko ja się nim zajmuję. Nie staram się nawet oglądać drugiej połowy jego gęby. Brat. Dobrze. Brat! Brat! I brat! I! I! I! U! O! O! Ja mam przecież jeszcze córkę. Właściwie to ja mam tylko córkę. O! ONa. ONa. się liczy i ja! Jaka ONa. teraz jest? Oglądałem jej ciało, gdy miała lat około dwunastu. Zrobiłem głupstwo - wmówiłem w nią potrzebę wstydu. Powinienem być wyłączony z grona tych, którym ONa. nie ufa. A może ONa. strzeże swego jedynie dla siebie?. - Jeśli tylko dla siebie, to jestem wygrany - powiedział ON. - Jestem wygrany! - powtórzył głośno. - Ale, ale - mruczał jeszcze - jeżeli On. może sprawdzić twardość jej tkanek, jeżeli ONa. może czynić to samo - to już nie jest w porządku. Mało: to może być dla mnie straszne. Bo też jestem głupi! - powiedział ON. - Mit o niej, o żonie, o nim tworzyłem sam. Może nawet tylko ja jeden jestem jego wyznawcą. W takim wypadku byłoby jeszcze coś do uratowania, mało, ale zawsze. Kto wie? Kto wie? Może? Hm. Naprawdę nie wiadomo. Jeszcze nie wiadomo. Kto to może wiedzieć? Powinien być jednak Bóg. Potrzebny mi koniecznie Bóg. Jestem zdolny w niego uwierzyć. Może ja nawet wierzę? Kto to wie? Szkoda, że jest wszystko niejasne, że wszystko jest tylko możliwe.
ON. stoi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany, taki sobie. On przemówił:
- Ha.
- Słucham - powiedziała sekretarka naczelnego dyrektora przechodząca właśnie przez jego pokój.
- Ha. Ha! - rzekł znowu ON.
- Dyrektor do spraw handlowych prosi pana - oznajmiła kobieta lekko zdenerwowanym tonem.
- O. O. E. Ha! - powiedział ON.
Wzrok miał teraz pewniejszy i zdawało mu się, że widzi to, co chce widzieć, słyszy to, co chce słyszeć, czuje to, co chciałby czuć. ON. więc był pewniejszy siebie.
ON. stoi za biurkiem. - Spokojnie! Spokojnie! - mówi ON. do siebie - analizując po kolei, mądrze i gruntownie. - Może jeszcze uratuję się dla niej, a właściwie ją dla siebie. Ustawiając żonę w pewnym oddaleniu od niej, będę mógł próbować różnych sposobów zbliżenia się do niej. Wiem! - krzyknął ON. - jedyna metoda to poznanie. Szczegółowa analiza jej stanów psychicznych. Co lubi? Co ją denerwuje? Czego pragnie? Co przyprawia ją o smutek? Kogo nie cierpi? Powody. Powody każdego stanu. Kogo kocha? Kocha! - krzyknął ON. A głos jego kołatał się w pokoju i szczeliną ulatywał w koryto ulicy. - O-na-nie-mo-że-mieć-ni-ko-go-nie-mo-że-ni-ko-go-ko-chać-po-za-mną-ni-ko-go. Tylko ja. Po angielsku tu jest only I. Do d... - powiedział ON. urwane zdanie.
ON. stoi za biurkiem. Jest ciepły, dobrze ubrany, taki sobie. ON. nie wie, co ma robić. Każdy czyn w zamierzeniu inny, teraz jest inny, bezcelowy, niepotrzebny. ON. sterczał wyprostowany i myślał: o dniu wczorajszym, dzisiejszym, o sprawach dotyczących jego; myślał konkretnie o rzeczach: powinien córce kupić jedwabne pończochy. Ostatecznie nie jest już smarkulą. Chłopcy oglądają się za nią. Jej twardy, dziewczęcy biust kusi wyrostków. Dają do zrozumienia, że uważają ją za kobietę. Zapewne przy okazji, gdy wychodzą z klasy po lekcjach, niby to przypadkiem stają przed nią twarzą w twarz, wtedy ich oddech staje się szybszy, a oczy ich, rozbiegane, ustalają się w ruchu pionowym, ogarniającym całą jej postać. I podekscytowani mówią: - Jesteś kobietą. Jesteś kobietą pełną uczucia i melodii. - Wtedy j e g o dłonie lekko, trwożliwie, dotykają jej ramion, drżących jak gałąź osiki w gorący dzień.
ON. powiedział cicho: - Moja córka staje się kobietą i będzie mi coraz to bardziej obca.
Nikt go nie słyszał, a ON. czuł coraz to bardziej, że będzie musiał zmienić swoje postępowanie w stosunku do niej w domu. Nie będzie mógł już nigdy pójść z nią do kina. Będzie się lękał, aby nie szukać zbliżenia z jej dłonią, bielejącą na udzie w półmroku sali kinowej. Będzie musiał być obcy jej ciału, a do ducha zbliżać się gwałtownymi skokami tak, aby nie wyczuwała tego. Wiedział, że będzie, że przyjdzie taki dzień, żaden z jego dni. Nie będzie mógł przewidzieć zupełnie, który to z trzystu sześćdziesięciu sześciu. Od tego dnia będą się liczyli tylko oni: jej wybrany (On.) i ONa. ON. będzie oddzielony od nich. Lasy będą oddzielone od nich i jezdnia, i powietrze, którym oddychają, i woda, którą żyją, i ziemia, po której stąpają: będą sami. Wyobcowani. W samotności wielkiej, takiej, za którą tęsknią umierający, o której marzy ON. A ten smarkacz, poznający dopiero sztukę polską z okresu romantyzmu, podstawy trygonometrii, logarytmy i wykresy funkcji, będzie zbliżał się do niej. Drążył jej wnętrze jak kornik dojrzałą brzozę: mącił jej odczuwanie świata. Będzie rósł, aż stanie się olbrzymim dębem, nieskończoną łąką, pięknym księciem, najpiękniejszym chłopcem w klasie, na ulicy, na świecie; stanie się najgrzeczniejszy i najodważniejszy, pomimo że twarz jego będzie pokuta krostami wieku dojrzewania. Będzie poznawał przyjemny dotyk jej dłoni, najpierw przypadkowo, później lekkie uściski będą się stawały coraz bardziej zwarte, aż kiedyś przez dłoń pozna j e j włosy: ich miękkość, subtelność, długość i gładką ustępliwość. Jego dłoń będzie spływała po nich aż na szyję; spotka się ze skórą naciągniętą aż do mlecznego połysku. ONa. zadrży i On. będzie już wiedział wszystko. Stanie się mądry jak tysiącletni dąb, tak pewny, jak najmocniejszy mors po walce z rywalami; stanie się właścicielem jej krwi i ducha, dni przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Zadomowi się w niej na zawsze. Ich przeszłość od tej chwili stanie się martwa; wyolbrzymi się teraźniejszość i przyszłość. I kto wie, może to oni będą zdolni zrozumieć tak trudne zagadnienie czasu, z jego mdłą substancją o nijakim kolorze.
- Czasu, którego ja się tak lękam - szepnął ON. - Utracę ją dla jakiegoś gówniarza! Boże! Boże! - krzyczał.
Ogarnęła go fala złości. - I co ONa. mi jest winna? - wyszeptał. - Co ONa. mi winna? - powtórzył. Zrozumiał w niej i w nim swoja winę. Była tak ogromna, że przygniatała go. Uwolnić się mógł od niej tylko przestając o niej myśleć.
- A żona? - zapytał sam siebie. - Wymiera we mnie z dnia na dzień, Staje się bez twarzy, bez dłoni, bez oczu: jakaś inna. Zupełnie obca. To ja od niej czy ona ode mnie się uwalnia? - zapytał głośno.
Milczenie.
- No? - dodał pytanie, ale już mniej śmiało.
Milczenie. ON. skinął sobie głową i zrobił trzy kroki, ale niezupełnie przed siebie. Zdawało mu się, że otrząsnął się ze wszystkiego, co go dotyczyło, gdy był na poprzednim miejscu. Tak więc ON. zrobił trzy kroki i to niepewne. Właściwie to ON. zrobił dopiero dwa kroki i to niezupełnie do przodu, ale raczej ukośnie, tak że nie sposób wywnioskować, czy lękał się rzeczy znajdujących się przed nim, bo wtedy skierowałby swoje kroki w bok, czy interesowały go one, bo postąpiłby wprost przed siebie. A tak?... Jego zachowanie nie było jasne.
ON. stoi za biurkiem.
- Spokojnie - powiedział ON. i prowadził myśl dalej: .Przyjmijmy, że ONa. kocha kogoś z klasy. Powinienem zająć się tym wcześniej. Znacznie wcześniej. O wiele wcześniej: miesiąc temu. Nie, rok. A może i więcej? Kto to wie? Należy j ą powoli przekonywać, że to wcale nie jest taki piękny chłopiec, że są inni, może o wiele odważniejsi i grzeczniejsi. Tak. Ale to wcale nie znaczy, że ONa. nie będzie wtedy skłonna przyjmować zalotów innego. To jest jeszcze gorsze, bo ten pierwszy, wybrany po raz pierwszy, jest przeważnie źle wybrany. Należałoby raczej powolutku wypaczać jej zdanie o n i m. Tak. Ale jak?.
ON. stoi obok biurka. Jest ciepły, dobrze ubrany - taki sobie. ON. pręży się do jeszcze jednego kroku, ale nie wykonuje go. Napływa mu pewność do ciała. Okrycie maskuje go przed innymi - był anonimowym mocarzem pod koszulą non-iron, pod dobrze skrojoną marynarką. Dawniej nurtowała go wielka myśl, że jest mocny, zdolny do każdego czynu i wolny. Wybierał swobodnie między myślami. Wolność fascynowała go i uniemożliwiała mu ruchy, bo każdy nawet najmniejszy był zaprzeczeniem wolności, zdecydowaniem się na jedno, kiedy wszystko inne pozostawało wolnością. Wszystko inne stawało się niczym. ON. nie chciał tego. Zdecydował się na sztuczną wolność i wmuszał w siebie wspaniałość i niby-giętkość między rzeczami. Myślał starannie i segregował wybory: las i drogę; szparę między deskami i okno; sekretarkę i spinacz; córkę i zeszyty; niebo i osobę palacza z piwnicy; kwiaty i herbatę; miłość i stary tapczan; telefon i cyfry 30660; prostokąt drzwi i długą poziomą kreskę postawioną w tabeli z wykazem kobiet pracujących na produkcji, które już wykorzystały urlopy macierzyńskie; kawę i rurę biegnącą obok mostu; szpilki żony i duże piwo; włosy żony i stopnie schodów; stopy żony i liczbę 26775; broszkę żony i żarówkę; ucho żony i gładki sufit; dłoń żony i żarówkę; ucho żony i mumie egipskie; słowa żony i zegar; śpiew żony i krew; palce żony i paznokcie; palce i malowane paznokcie; żonę i żonę; żonę i...
Tak więc ON. był już zupełnie wolny. Miał prawo wyboru i nie czynił tego. ON. był wolny od (a może mu się tylko zdawało) lustra stojącego w rogu pokoju; od kosza stojącego przy szafce; od lasu niewidocznego; od katedry z wieżami siniejącymi za oknem; od morza, którego jeszcze nie widział w swoim życiu; od gór, które znał nieco; od radia, którego słuchał niemal co wieczór; od gwoździa wystającego ze ściany; od serwetki w kawiarni; od rzeki, w której się kąpał tyle razy z kochanką; od oczu dyrektora naczelnego, od żony, którą przestał kochać; od cór... (ON. zmarszczył brwi). Coś się w nim zatrzymało. Skurczyła się na nim skóra. Wyostrzył słuch.
- Jestem jednak wolny - przemówił ON.
Nikt mu nie odpowiedział. Właśnie cisza upewniła go o słuszności tego sądu. Więc dodał:
- Mam na imię R. N. N. C! I!
Cisza.
- To jestem wolny. Ja jestem wolny. Człowiek! - powiedział pewnym głosem i zrobił krok wyraźnie w kierunku okna. Otwartego okna. Zatrzymał się i widział: rozdartą ulicę z pędzącymi samochodami w szumie protektorów; płasko zakończoną wieżę katedry; sine oddalenie; dymy z kominów zaczesane wiatrem w poziomie; twarze (może mu się tylko zdawało?) córki, żony, kochanki i młodą, piękną twarz chłopca.
- Taki byłem! - powiedział głośno ON. i zrobił znowu krok w kierunku okna. Piąty krok, a drugi zdecydowany. Doszło go bicie serca. Niby był świadom, że ten trzeci zdecydowany i pewny krok w kierunku okna będzie jego ostatnim stąpnięciem wśród rzeczy znanych.
ON. stał w szeroko otwartym oknie. Wiatr targał jego włosami i rozchylał poły marynarki: chłodził pierś. Był oczarowany przedmiotami, które widział z oddalenia. Ogarniał je wszechpotężnym spojrzeniem sumującym jego rozproszenie wielości. Wydawało mu się, że przedmioty wychodzą wprost z niego i błyskawicznie odbiegają go, nabierając czarownej siności oddalenia. Był dumny, że to ON. je tworzy swoim spojrzeniem; przymknąwszy nieco powieki, z nieco drwiącym wyrazem twarzy chciał pewnym krokiem zbliżyć się do nich.

Klisza nr 5  
A jednak rzeczy są podobne
.Jak ja się nazywam? - myślał, wchodząc do wnętrza. - Ileż to mam już lat? - ile dużych kaw wypiłem? - ech, całowanie dziewczyn - ileż to ich było w moim życiu? - ile świąt, niedziel suchych z popiołem w uszach? - ile powitań, pożegnań? - ile snów głębokich? - ile skrzypnięć drzwi do pokoju matki? - ile burz z piorunami? (to ON. lubi) - ile kroków zrobiłem?.
Jeszcze jedno posunięcie prawej nogi i odezwał się do kobiety w białym kitlu: - Dzień dobry! - dbając o to, aby głos harmonizował z ciszą i stęchlizną korytarza.
- Widzenia z chorymi o drugiej - powiedziała ta sama kobieta w tym samym kitlu.
ON. przypatrywał się jej długo. Ich spojrzenia spotkały się, wiązały się ze sobą ściśle, doszukując wzajemnie pokrewieństwa. Bał się tego. O, jeszcze jak, ale nie zasłaniał oczu, bo wtedy zamknąłby swój lęk w sobie, zagiąłby się do środka, powiedział więc odważnie:
- Ja na leczenie.
Czekał. Drzwi skrzypiały długo. Jej oczy przesłonięte szkłami były mu niby-znane.
- Ach, tak! - usłyszał ON. wraz z pluskiem wody w łazience. Strumień spływający z kranu spokojnym laminarnym spływem wgłębiał go w ciszę. Rył w niej jak kornik. Te dwa wyrazy zakończone wykrzyknikiem rozdwajał, próbował do nich różnych znaczeń, a było to tak jednoznaczne: wykrzyknik i zaimek przysłowny - ach, tak! Nie było to pytaniem ani stwierdzeniem, ani zdziwieniem; ach tak! - jakby tak miało być, bo stało się to rytuałem.
ON. szedł za nią. Trzymał w ręce dokumenty i skierowanie. Podał jej to. Wzięła, może za szybko, jakby na ten ruch czekała. Końce palców miała chłodne i za wilgotne, co zresztą uzupełniało jedno drugie.
ON. rozbierał się: ściągał z siebie ubranie wraz zapachem własnej skóry. Stawał się szczuplejszy i mniejszy. Spojrzał po sobie i powiedział:
- Jak długo tak można jeszcze żyć?
- O! Pan znowu żartuje - odparła.
ON. prawie nagi, odwrócony do niej plecami, teraz już bez imienia, bez nazwiska, bez dokumentów, bez własnego potu. Rzeczy przejmował magazyn.
ON. pomyślał, że ona musi mieć naruszone próchnicą zęby, i wyczekiwał, kiedy będzie wymawiała zgłoskę, przy której potrzeba jak największego rozwarcia szczęk.
I oto był taki, jaki powinien być: wydłużony, nagi, na rozstawionych nogach: urzędnik kasowy.
Szpitalna koszula była bardzo luźna, powinno go to przyprawić o śmiech, ale pogładził się jedynie prawą, wilgotną dłonią po twarzy i nie znalazł w okolicach oczu i ust żadnych zmarszczek, jakie tworzyły się zawsze, ilekroć był wesoły; jak za lat, gdy matka mówiła coś o bracie lub psie sąsiadki, który sikał pod drzwiami wejściowymi.
ON. szedł teraz korytarzem cicho jak kot, w pantoflach i miękkich zarzucających się na nogi nogawkach pidżamy. Znowu duża sala, ciągnące się rzędem poręcze łóżek. Spod kołder wystawały nogi o stopach koloru parafiny, niektóre żółte, pocętkowane załamaniami fałdów skóry.
ON. był jeszcze pewny siebie: pamiętał wczorajsze rozmowy z biura; kawały, które opowiadał Jan, przeplatając je ciągle: .rozumiesz.; miał jeszcze w żołądku niestrawione piwo, bulgoczące mrukliwie; zaległy mu w pamięci kolory reprodukcji, jakie oglądał na zebraniu; głosy kobiece kontrastowały wysokim tonem z męskimi - był jeszcze sobą.
ON. układał powoli swoje ciało na łóżku, śledząc oddalającą się siostrę, jak znikała w ramie drzwi. Przyczaił się. Facet leżący na sąsiednim łóżku był o wiele starszy i to go uspokoiło: .Mam czas. - pomyślał. Stary zaczął rozmowę.
ON. milczał. Słowa, obnażając rzeczy i znaczenia pojęć, były mu jeszcze mało potrzebne, nienaturalnie obce. Co prawda patrzył na poruszające się usta Starego, ale nie odczytywał z nich dźwięków, ale jedynie obrazy.
WIDZENIE: Z zamkniętymi ustami wyglądał jak zdjęcie (kogoś znajomego z dawnych gazet); z otwartymi był zbyt pewny siebie jak dyskutujący, który przytacza najbardziej ważki i nieodparty argument; włosy koloru siwego; brak lewej dolnej piątki; czoło wysokie, ponieważ ciągnęło się jednym łukiem od nasady nosa aż do połowy czaszki; brak górnej dwójki; wyciągnięta ręka wyglądała jak ramię semafora.
Wieczór upewniał się po kątach: zajmował przestrzenie coraz bliżej okien. Siostry krzątały się po sali. Mlaskano językami: kolacja. Odczuwał przez chwilę chłód termometru, co szybko minęło; kłucie żyły w lewej ręce: zdawało mu się, że igła rozcieńcza się i płynie wraz z krwią aż do kręgosłupa, i tam naciska na każdy kręg po kolei, jakby dla sprawdzenia twardości.
Powoli rzeczy wsiąkały w mrok: stawały się coraz mniej materialne.
ON. plątał się między nimi jeszcze chwilę, aż zgasła ostatnia nocna lampa. Wtedy jego spojrzenie wyostrzyło się tak, że widział.
WIDZENIE: Swoje ciało pęknięte na połowę z przewodami kiszek, skurczoną komorą sercową, płat mięsa o strukturze żużlobetonu, co pociągnęło za sobą zaraz obraz pęcherzyków płucnych: białe pręgi kości i płynącą między tym ciecz, jak przeciskający się przez kamienistą glebę strumyk wody, zwisające strzępy jakby materiału puszystego i bajecznie kolorowego, które ociekały czerwoną substancją, co przywiodło mu porównanie do rozdartego ciała; ziarnistą powierzchnię białej ściany, z tym że wielkość i gładkość wzrastała wraz z oddaleniem aż do sufitu skośnie ułożonego, na którym ganiały się dwie duże muchy z lśniącymi odwłokami; zaraz za tym obrazem pojawiła się łąka, nieco podmokła, z rybami wijącymi się w trawie, których grzbiety połyskiwały w słońcu.
ON. leżał z ręką na ustach: ciemność była w nim, a ON. w ciemności - uzupełniali się jak słowa w dyskusji matki z synem o znanych sprawach. Chodziło jedynie o trwanie, o ten wysubtelniony do doskonałości lęk przed desygnatami - to jest ręka; to jest nos; to jest włos; to jest oko; to jest udo; to jest TO. I nie wiadomo, czy ON. był z tego zadowolony czy też nie, bo nie wykonywał żadnego poruszenia ciałem.
Wszystko uspokoiło się, wtłoczyło w nicość, wgniotło aż do jądra ciemności, tak że nie było nic widać ani słychać. Odczuwał jedynie lekkość pulsowania krwi, która płynęła coraz rytmiczniej, aż ustaliła się w normie. Po kilku głębokich oddechach zapadł w gęstą noc, w taką, jaka panuje w zamkniętej czarnej kuli. A organizm regulował natlenianie i procent soli w komórkach ciała.
Ranek był cichy i wilgotny, z kategorii tych, na podstawie których można powiedzieć, jaka będzie jesień. Czuło się ją w powietrzu, w każdym oddechu. Jest właśnie taki jeden dzień lata, który stanowi zapowiedź i wyznacznik jesieni, który można wyczuć, ale dopiero po długich przygotowaniach się; przez obcowanie i porównywanie opływu strug powietrza obok nas i rzeczy martwych.
ON, jak zauważył z zadowoleniem, był szczęściarzem: dostał łóżko przy oknie, co ma duże znaczenie w szpitalu. Wyglądając na dwór, nie mógł odnaleźć żadnego punktu orientacyjnego, według którego mógłby umiejscowić siebie w znanej mu przestrzeni miasta. .Zagubiłem się. - pomyślał ON., co nie było bez racji. Wstydził się pytać Starego. Zresztą, może nawet nie było mu wstyd, tylko czuł po prostu niechęć z rodzaju tych uprzedzeń, jakie ma człowiek pijany do trzeźwego, zwracającego mu uwagę.
Patrzył przez kilkanaście sekund w oczy Staremu i zauważył, że nie ma w nich nic oprócz ciekawości, a może pogardy.
ON. odwrócił się ze złością.
- Siostro, mgła się układa. Proszę pozamykać okna - doleciało z końca sali.
.Ptak się poderwał. - pomyślał, gdy wstała. Jego przedramię sterczało wbite w powietrze. Stygło z jej ciepła.
Chłodniało. W poziomie ramy zapalały się uliczne lampy. Migotały biało-niebieskimi ogniami, które drgały chwilę i ustalały się, nieruchomiejąc. Ich sine ogniska oddalały się i gęstniały. ON., odarty z ciepła, wgłębiał się w pościel. Czuł zapadanie się ciała. Rosło ono, olbrzymiało, nasiąkało ciężarem tak bardzo, że bał się poruszyć kończyną, by nie wprawić w bezładne, chaotyczne zagłębianie się do wnętrza leja, który otworzył się wprowadzony w kołowanie. Czuł chłodny wiew niby-powietrza, a może były to myśli-rzeczy, myśli-dłonie, które obejmowały mu przedramię. Sunęło to bezszelestnie, powłóczyście, bez szmeru, rzekłbyś: kościół podczas wietrzenia.
ON. stracił orientację. Wynurzał się jeszcze, próbował kontrolować, ale stawało się to coraz rzadsze w odcinkach czasowych, aż zatracił się w końcu zupełnie, by stać się jeszcze przez chwilę myślą-rzeczą, myślą gęstą, skondensowaną, pełną treści i znaczenia, aż osunęło się wszystko na niby-dno, ciężkie i lepkie, takie, na którym musiał już pozostać do czasu, gdy ktoś zupełnie mu obcy i daleki poda mu ramię jak drewniany drążek topielcowi.
Rzeczy i sprawy, które zawierały się wokół niego, tu, na sali, otaczały go i żyły wraz z nim. Ale i dawne, te sprzed dni kilku, mieszały się - sprawy, przypomnienia, aż nagle nagle pojawiała się myśl-meteoryt i myśl--dzień wielki i wtedy był - z nią.
Kilka mocnych uderzeń serca i tik powieki, znowu wracały myśl-dzień mały i myśl-teraźniejszość: Dzikie jezioro, nad którym spędził kilka dni lata z dziewczyną zgrabną, z uśmiechem jak woda, ze słowami: .Piaski są ciepłe i kruche, słońce tylko na nie świeci, fale, fale, fale, woda łaskocząca stopy jest chłodna.. Pogrzeb siostry ze świecami, wokół których kołowały ćmy, wpadając w ogień, i skwierczenie płomienia, zmącony kształt języczka, czerwonego i gorącego, i wszystko wracało do normy, do spokoju, do zaduchu trupiego, chłodnego, oddechy sąsiadów wydobywające się z woskowych twarzy tkwiących w przestrzeni, niby-myślących. Zastanawiał się nad tym.
Siostra wśród nich, a jakże daleka i inna niż zawsze, z żyjącymi jeszcze paznokciami i włosami, ze śmiercią zadomowioną już na dobre we wnętrzu. To był spokój i biel. Cisza i biel, życie i biel, śmierć i biel. Zajście w kawiarni: .Kurwa to mać, zawsze ci mówiłem, żebyś się nie pchał do tego, co robię..
Kilka uderzeń po twarzy i piekący ból usadowił się w głowie, obniżając się ku dołowi, zawładnął nim całym. Poczucie małej przegranej i wstyd przed innymi, że nie zemści się na nim z powodu własnej niemocy i słabości. Podróż do Szczecina, prawie pusty przedział, nieznajoma, którą obserwował uparcie przez kilkadziesiąt minut. Unikała jego wzroku, aż wreszcie jakaś stacja stała się początkiem nadziei: kobieta podniosła oczy, a potem długo i głęboko wpatrywała się w niego, zaś ON., chociaż stchórzył, uciekając spojrzeniem w bok, by zarejestrować krajobraz biegnący do tyłu za oknem, posiekany prędkością i wizgiem kół, ale zaraz wrócił i znów rozbiegły się spojrzenia. Od tej stacji żył już nadzieją. Jeszcze nie żądać od kilku godzin w pociągu kilku dni przyszłego życia, a może nawet kilku lat przyszłych. Podróż biegła coraz szybciej. Zmiany w przedziale: oficer piechoty zajął miejsce otyłego pana, który miał wpięty w klapę znaczek NOT. Potem słowa: .Czy pani jedzie w odwiedziny?., lekkie skinięcie głową, znowu pytanie, słowa zaprzeczania, gest zaprzeczenia. Stacja ciszy. .Już niedługo Dzień Zmarłych. Czy nie uważa pani, że ludzie, stojąc nad grobami, wyglądają, jakby myśleli - może to nie to, ale są poważni, skupieni?. Słowa zawisły bez odpowiedzi. Stacja. Wymiana twarzy w przedziale. Przecinanie biletów i znowu skupienie. ON. jakby szykował się do nowego ataku. Na co? Dlaczego czuł niepokój we wnętrzu. Skąd przychodził? Trzepotanie mięśni? Egzamin? .Jadę na egzamin.. .A z czego? Ze sztuki? To śliczne. - jego słowa. O tym już mógł coś powiedzieć. Był pewniejszy. Tak, sztuka: oto co pozostaje po człowieku. Dzieła sztuki. Dzieła: piramidy, Escorial, Villa Rotonda, wieża Eiffla, wschodnie mozaiki, Palazzo Ducale, Fidiasz, Holbein, jego .Złożenie do grobu., .Siewca. van Gogha. .Widziała pani ten obraz?. Jej oczy znieruchomiały: dwa małe ogniki. .Mały człowieczek zagubiony wśród morza źdźbeł i pochylonych kłosów, człowiek, jedna wrona. Może nawet jedno ziarno. Jedno źdźbło. Jeden ścięty kłos. A krajobraz z cyprysem? Cały obraz gorejący. Cyprys i krzewy gorejące wśród głazów. Ktoś zmącił niebo? Jak wodę wirującą za szybko z poruszającą się płytką stali. Kto zmącił spokój całego obrazu? Wprawił go w kłujący, bezwładny chaos. Może to powtórne tworzenie RZECZY? - i stworzył ziemię w dzień... i powiedział, niech się stanie światło.... Patrzyła teraz na niego. Rzucił jej słowa grające niepokojem. Wyłapała je. Zdawało mu się, że jej palce prostują się na kolanach. Sztywnieją paznokcie. Podniósł teraz głowę. Wyczekiwał. Był pełen zwycięstwa. Otoczył ich las. Twarz przy twarzy. Rzecz przy rzeczy. Duch przy duchu. Strach przy strachu. Stukały koła o spojenia szyn. Czas liczył się odległością. Stacja. To był przystanek wyczekiwania. Ciach, ciach, ciach - pociąg nabierał rozpędu. Odjeżdżali. Dojeżdżali. .Szybko zleciała podróż. - jej słowa. W nim usadowił się lęk: wysiada. Zaraz odejdzie. .Jeszcze kilka minut i trzeba się szykować. - jej słowa. Zaczął przygotowywać nowe słowa, by nimi zapytać, czy mogłaby się z nim spotkać. Obojętnie gdzie. ON. przyjedzie. Ale mieszał mu wszystko pęd i klekot kół. .Do widzenia.. Cisza. Do widzenia i podanie ręki. To była dłoń. Lekki dotyk ptasich skrzydeł. Spojrzenie i pusty korytarz za oknem. Poruszanie się cieni i gwizd lokomotywy. Czas. Czas pracował. Znowu ruszył z miejsca. Od tego momentu.
Wypadek na ulicy. Szelest protektorów samochodu, gwizd klaksonu, smród palonej gumy i słowa szofera: .Oślepłeś, bucu, czy co?. Piekła obdarta skóra. Wtedy silił się na uśmiech. Układ ust miał go ratować przed spojrzeniami, które go niemal dotykały, sypały sól na otwartą ranę. Trzask drzwiczek wozu i pokuśtykał w tłum, który go przed paroma sekundami potępiał. To był tłum zapoznany. Teraz wdarł się w tłum nieznany, obojętny. Mógł w nim kuśtykać. Msza w katedrze. To było niesienie w nieznane. Dal. Odczuwał to i poddawał się. Czuł się lekki, niemal boski. Zapach kadzidła. Ogarek ze świec. Palony wosk. Dalekie jak echo brzmienie męskiego głosu. Organy. Pokrojona światłem z witraży przestrzeń i zapach wieczności. Może przeszłości. Starzyzny. Zwykłych trupów, które parowały resztkiami wilgoci pod posadzką? Lep na ludzi, muchy. Widzi go jeszcze dokładnie, to widzenie prześladuje go. Kontemplował duży lep na ludzi powiększony kilkadziesiąt razy. Zawieszony nad ziemią. Kilka centymetrów nad jezdnią. Chwila. Pani w czerwonym płaszczu fika nogami. Jej głos. Wołanie starej dziwki. Plucie. Pan z parasolem. Pan z teczką w skórzanych rękawiczkach, elastycznych skarpetkach. Krzyki: .Puśćcie! Czego chcecie ode mnie?. A muchy. Bez krzyku. W niemej rozpaczy. Cicho. Bandyta, który zgwałcił panią M. .Kurwa wasza mać! Puszczajcie! Jak się uwolnię, to wam bebechy powypruwam!. - jego słowa. Szamocze się, przylgnął plecami. A teraz kierownik kawiarni. Pan S.: .Ludzie! Ludzie.. Skąpe .bzz. i obydwa skrzydełka muchy uwięzione. A może to było wołanie: .Muchy! Muchy! Muchy!. albo .Mucholudzie! Mucholudzie! Mucholudzie!.? Wystarczało kilka godzin i ostatnia sztywniała. W pokoju panował spokój, harmonia. Równowaga. Rozmowa z dyrektorem. Awans. To było głupie i nijakie. Co mu to dało? Zawiść kolegów. Szepty. Dwuznaczniki. .Słyszał pan podwieczorek przy mikrofonie? Nie!? Szkoda. Malinowski awansował.. Śmiech koleżanek... Spacer ulicą Powstańców Warszawy. Deszcz, drobne krople wcinały się w płaszcz i odkrytą głowę. Noc. Światło reflektorów. Refleksy. Odblaski. Neony...
- Już jestem! Nie mogę się od nich odpędzić. Każdy czegoś chce, jak dzieci. Zupełnie jak dzieci. Zwalam się z nóg.
Usiadła na krawędzi łóżka. Skrzypem układały się sprężyny. Podniosła jego przedramię. Były to dwie wspierające się belki i dwa ramiona. Wracał. .Ptak przyfrunął. - pomyślał. ON. był sam. Ona była sama. Wieczorne powietrze nakryło tę rzecz. Byli przedmiotami, które trwały. Czas zniszczył je przemianą. Noc, głuche dudnienie budynku. Tramwaje czasem przerywały je wzdłużnym ruchem, pędząc po szynach. Była już przy nim. Dołem ulice sadowiły się na dobre w mrok. Była z nim. Przylegała do niego. Oddalone drzewa szumiały. Trawiły zasymilowany dniem dwutlenek węgla. Odnalazł usta. Stukały kroki na korytarzu, milknąc. Odnalazł piersi. Ktoś chrapał donośnie. Ciche przekleństwo. Wyczuł ustępliwość. Pierwsze gwiazdy pojawiły się w ramach okna. Coś go osaczyło, zamykała się nad jego plecami. Jedna gwiazda, cztery, dziewięć. Czekał na inne. Rozgryzał usta. .Sól, krew!. - pomyślał.
- Siostro! Siostro! Siostro! - trzy wołania z boku, każde następne cichsze.
Wyrywała się, ale zawładnął nią. Szeroka jego dłoń opadła na rozwarte usta. Szybkie oddechy z boku. Ktoś ugniatał w sobie powietrze. Zdawało mu się, że mówiła, ale nie mógł zrozumieć syczących znaczeń. Nie starał się. Spełniał swoje życzenia - pragnienia i jej, i lat młodych, i lat przyszłych. Zaspokajał żądze innych - wrogów i przyjaciół. Noc rozparła się w sali. Znieruchomiał. Opływał spokojem i nasyceniem. Wypełniał go przesyt ni to szczęścia, ni upadku. Niemoc zawładnęła ciałem. ON. był ciemnością: niemy, mroczny, niezrozumiały, twardy. Leżała obok niego już z imieniem Maria, które dźwięcznie brzmiało. Był spokojny, wspaniały i czysty. Stary, wróg-świadek jego czynu. W spokojności jego lęk wysubtelniał. Stał się jasny i konkretny. Słyszał, jak odchodzi. Nawet nie wiedział, czy jest jej wdzięczny. Stygła pościel obok niego. Mógł zapomnieć w niemocy, że tu była. Zajął się teraz salą, ale stała się głucha i daleka, wypełniana oddechami jak uderzeniami papierowej rury. W tej smolnej masie mieścił się Stary. ON. otworzył szeroko usta i zdmuchiwał z siebie te czarne słowa-przypomnienia czy też słowa-rzeczy. A ciało jego stało się rzeczą; zatraciło wiedzę o sobie, płynęło coś głucho obok jego osoby - potok porozumienia czy też poznania ze Starym, z siostrą, z tymi, co teraz leżeli w mroku, i widział ich twarze w .widzeniu.; ich żołądki trawiły podane jedzenie w ciemności, ale raczej w tej, która zaległa we wnętrzu i była stała tak, jak przemiana materii albo spadanie deszczu, gdy już krople uformują się i zaczną opadać najpierw ruchem jednostajnie przyspieszonym, a później jednostajnym (co nie jest ścisłe, bo siła przyciągania zależy od kwadratu odległości).
ON. leżał. Wsłuchiwał się w ciszę, wsłuchiwał się w górę, w sufit aż do nieba, sinego jak na wschodnich obrazach i - cisza; wsłuchiwał się w kierunku swoich nóg po dwóch prostych równoległych: cisza; wsłuchiwał się w prawo, po bielonej ścianie: cisza. Zrobił ruch ręką i ożyło to, czego pragnął: samotność idealna wśród innych. Zerwał tym ruchem most nawiązany wieczorem ze Starym. To było pierwsze samotne wchodzenie w mrok. Przybiegły od ogrodu jak na zawołanie wraz z szelestem jakby mokrych liści czyjeś znane mu słowa: .Życie trwa siedem wiorst naokoło..
W korytarzu niczym w podziemiach brzęczał dzwonek. ON. wracał. Zdawało mu się wyraźnie, że pada deszcz, szumi, przeciekając przez gęste korony drzew, jakby drobny piasek osuwa się po gładkiej rezonującej blasze; szum wyostrzał się, przeskakując w coraz to wyższe szelesty, aż przeszedł w ciszę, co przyprawiało go o kłucie, nawet nie o wyraźne kłucie, ale o swędzeniokłucie pod paznokciami. Kilka razy zmieniał położenie na materacach: bez skutku. Jedynie centrum tego zwoju przemieszczało się wraz z ruchem, ale to go nie uspokoiło, wręcz przeciwnie - stał się jeszcze bardziej bezbronny i mały, bezsilny. Zaczął cichutko mruczeć. Tak jak stary człowiek, gdy przychodzi atak bólu w nerkach. Przez okno czy też z korytarza wpadło do jego uszu echo wycia: zwierzęcego, uczciwego, wyrywającego się aż z rdzenia pacierzowego, a mimo to słyszał złe słowa wymawiane z gniewem i lękiem, trzaskanie sprężyn. W końcu otwarły się drzwi; powietrze zostało wessane do wnętrza, twarde, letnie i wilgotne.
Czyjaś ręka, miękka jak roztopione masło, bez kości i skóry, leżała na jego głowie. Zdjął ją, jakby wraz z pytaniem:
- Gdzie ból?
Paliły się ogniska nocnych lamp. Poznał dźwignię ramienia: wpływało coś do jego wnętrza wraz z kilkoma sekundami czasu - uderzenia, albo były to tylko odgłosy bijącego serca. Ręka nieznana, podana mu z ciemności przez kogoś tkwiła w jego dłoni opleciona palcami - aż dziesięcioma, które wyssały z niej dobroć i litość, a może jedynie miękkość i pot obficie płynący przez otwory limfatyczne.
Chciał ujrzeć Starego, ale wymykał mu się za ciemną ścianką zmroku i był dla niego jeszcze bardziej niebezpieczny, przebiegły i nieobliczalny. Wnętrze potężniało: rosły góry. Otworzył szeroko oczy. Obrazy zamazane ustaliły się. Sufit pogłębił się wzdłuż ścian. Przyszło do niego imię: - Maria, Maria, Maria - powtórzył trzy razy. Nikt nie odpowiedział. Zapadał wolno w sen. Trwało jeszcze w nim kontemplowanie sprawy, ale słabło, stawało się niewyraźne, aż zamarło i usnął w kierunku do głębi.
SPOJRZENIE: Dwie równoległe linie szpar między deskami podłogi, za nimi Stary - twarz płaska jak trybowana w szarej blasze; jej ręka jeszcze bezimienna, nienazwana, ale jej; szereg łóżek ciągnący się do ścian; wydłużone nogi taboretów stykające się pod kątem prostym z powierzchnią podłogi; jej postać wciskająca się w ramy jego kąta patrzenia, który był stały, a jednak ona w jego spojrzeniu była raz wyraźniejsza, to znowu zamazana, mdła - jakby za mgłą; proste linie, same przecinające się pod różnymi kątami, w tej gmatwaninie jedyną plamą była twarz Starego; szyby ustawione tuż przy nim (nieomal tak, że utrudniały mu oddychanie); duże zmiany temperatury; dwie równoległe szpary obok stawały się coraz to bardziej zbieżne, wierzchołek ich zakreślał koło przy twarzy Starego; reprodukcje jak obrazy kleksami naklejone na ściany.
Krew płynęła teraz równolegle, jak prąd elektryczny w zgodnych kierunkach, wytwarzając przyciągające pole magnetyczne. Powoli wyczuwał twardość paznokci, miejsce ugięć, wypukłość żył, ustępliwość dołków dłoni, pewność łokcia, aż doszedł do gładzi, do wypukłości ramienia i szorstkości włosów pachy. ON. cofnął nagle jak oparzony swoje palce-ośmiornice, ale oto inne palce-ośmiornice chwyciły jego dłoń, obie dłonie. ON. miał teraz otwarte oczy, które były pełne czerwieni, i całował twardymi wargami te palce-ośmiornice, śliskie i wydłużone.
Na dworze było teraz ciemno jak na wiosnę w świerkowym lesie. Daleko gdzieś płoszyły mrok błyski łuku wytwarzanego przez pająki tramwajów. Słaby ich syk szył warstwę powietrza. W takie noce strach być samemu, bo ciemność przemienia się w RZECZ tak wielką i możną, że każda inna rzecz rozbije się o nią lub zostanie zasymilowana przez ciemne pory do wnętrza tej PRARZECZY, tak że nie zostanie nawet nazwa po niej.
SPOJRZENIE: Okno o wymiarach dwa metry na metr; szyby względnie czyste, teraz półotwarte; lakier miejscami odpryskujący, uwidaczniający szarą farbę podkładową; w górnej części rozpadające się chmury typu stratus, co wskazywało na dzień z zachmurzeniem zmiennym; w dolnej części grzebień dachów czarnych od fabrycznych dymów; zbiornik gazowni jak odwrócony stary garnek, osnuty pajęczyną żelaznych sztab; strzelista gotycka wieża z krwistoczerwonej cegły; dalej rzeczy osnute siwawą, opadającą mgłą.
ON. powrócił do poprzedniego zajęcia: szukał znanego mu przedmiotu. Ta wieża była niby mu znana, a może to słońce i warstwa mgły zasnuwające dolne partie masywu kościoła nasuwały mu wątpliwości? Postanowił więc odczekać jakiś czas, aż zmieni się kąt padania promieni i zniknie zasłona drobnych kropelek pary wodnej. Nie udało mu się: siostry wniosły śniadanie. Słowa-pytania, słowa-wyrzekania: szmer i stukot łyżek, mlaskanie. ON. starał się teraz przyzwyczaić, upodobnić do innych, aby zbyt nie .odstawać., jednak oni dalej zajęci byli sobą. Siostra podała mu talerz. Niechcący (?) ich dłonie zetknęły się. Kilka kropel cieczy popłynęło po jego ręce wzdłuż żył do łokcia. Ona ścierała to watą, przepraszając go słowami-obietnicami i rzekła:
- Ciężki miał pan wieczór, bardzo ciężki.
ON. chciał się przyjrzeć jej dłoni, ale ręka poszybowała okrągłym, pewnym ruchem w lewo, aż oparła się o zamek okna. Jego spłoszony wzrok niemający oparcia wkłuł się na moment w dal, ale zaraz cofnął się do powiek i znowu przesuwał po jej ciele, teraz już wzdłuż ramienia, aż zatrzymał się na białomlecznej szyi i nieco opadł, właśnie gdy schylała się, by podnieść leżącą na podłodze gazetę. Ujrzał jej piersi. Wyczuł na odległość ich miękkość, ustępliwość i okrągłość. Podniosła głowę, powoli, tak że ich spojrzenia spotkały się, a on, o dziwo, nie ustąpił, ale długo patrzył, później dalej, w głąb, jeszcze dalej, poza głębię, aż do drugiej głębi, jeszcze dalej, gdzie już nie wzrok widzi, ale czucie. Był o krok od odkrycia jej duszy, załamał się i wycofał. Może nie wiedział, że był tak bliski poznania, a może już nie miał siły, bo oto znowu padły słowa-myślenia, w które trzeba było się zaangażować.
- Wymęczyła pana ta noc. Widzę to po oczach. I nawet nie wiem, czemu, ale żal mi pana. Pierwszy raz słyszałam coś takiego, jakby krzyczał nie człowiek, ale jego zmarłe dziedzictwo, jego zmarli praojcowie, całe prapokolenia wkładały swoje siły w ten krzyk-rzecz. - Gdy mówiła, wiatr uchylił jej szerokiego rękawa i znowu ON. ujrzał skrawek jej ciała, ale ten za którym tęsknią mężczyźni. Poprawiła pozycję tak, że miał lepsze widzenie. On zaś zamknął oczy. Ciągnęła dalej: - Nawet krzyk w lesie, gdy wilk rozszarpuje człowieka, jest inny: krzyk-prośba, krzyk-rozpacz, może nawet krzyk-bluźnierstwo, a ten był jakby oddechem, stadem nocą w ciszy biegnących szakali, błyskiem ostrza w niezmierzonym zielonym kobiercu łąki. - Gdy to mówiła, ON. słuchał, ale nie tak, aby ją rozumieć, bo miał inne pojęcie o tym wszystkim, czym go zarzucała, mełł tylko w ustach dietetyczne danie i martwym, nic niewidzącym wzrokiem obserwował ruchy jej czerwonych, ładnie wykrojonych ust. .Czyżby to było moje .poznawanie.? - pomyślał. - Jeżeli tak, to niczego się nie dorobiłem - ani rzeczy, ani słowa (Tamte lasy skoszono, woda uniosła się parą do góry i chmurą spłynęła za horyzont, dokąd nie mam dostępu; piasek sczerniał.). Nie mam za czym tęsknić.. Siostra znów zarzucała go słowami-znaczeniami. Zagubił się w nich, oddalał, zatracał, malała jego zdolność rozumienia. A z sąsiedniego łóżka spojrzenie Starego. Stary. Stało się to już jemu imieniem. Wynalazł je dla niego, obdarował go nim jak jałmużną. Mocne skrzypienie łóżka i wracał. Wrócił.
- Żal mi pana - powiedziała. - Żal mi ciebie - dodała, nim ON. zdążył się zadomowić w jej myślach.
Leżał, nie odpowiadając. Nad nim rozpościerał się sufit, biały z pęknięciami, daleki. Zagubił w nim wzrok. Z boku po lewej stronie przeciekał kran: kap, kap, kap... Stwierdził twardość jej palców, ich podzielność, zdolność do uginania i powiedział:
- Wczoraj, wczoraj byłem chory...
Chciał już teraz mówić, wyrzucać z siebie kłaczące się zdania, pozbywać się ich, omotać ją nimi, zawładnąć tym, co było jej. Pojawiła się przeszkoda-mur - to była twarz Starego. Stary stawał mu się powoli wrogiem - był świadkiem narodzin jego pragnienia-żądzy. ON. podniósł się na łokciu. Pomogła mu przy tym skwapliwie, tak że czuł jej dotyk. Dotyk - miękki i ustępliwy, kruchość nagła. Ujrzał Starego - całego, może nawet takiego, jakim nie był.
Znowu poczuł w sobie gotową treść zdania dla niej, ale nie wypowiadał go jeszcze; Stary był mu za słabym wrogiem, aby go potępić chociaż słowem, dlatego powiedział coś jakby pytanie, ale nie było to zupełnie pytaniem, ponieważ brzmienie wskazywało na wykrzyknik:
- Kim on jest?!
Odwróciła teraz głowę (głowę jeszcze nienazwaną) w kierunku Starego. Pojawiły się dwie zmarszczki na jej czole, ale zmarszczki biegnące poziomo i nierównolegle, a zbieżnie do siebie pod małym kątem, niestykające się jednak, co zrodziło podejrzenie, że może go okłamać, dlatego czekał na jej słowa z rezerwą:
- Pracownik PZU. Zdaje się kasjer. Jego nazwisko zaczyna się na K., jakoś - Kolski czy Kocki, nie, nie tak. W każdym razie na pewno na K.
Poczuł do niego coś jakby sympatię czy przywiązanie, bardzo proste i trudne do określenia z jakiegoś powodu: może dlatego, że Stary był już współnazwanym.
- Bardzo ciężki przypadek - dodała z rezerwą. Zrozumiał, że nie zależy jej na nim, i to go trochę uspokoiło. .Może należy nieco do mnie? - pomyślał. - Jeżeli tak - rozumował dalej - takie gówno. Zwykłe ordynarne gówno, nie on mi będzie darował jej spojrzenia i dotyk dłoni, jej czas, który mi oddawała bez słowa skargi, i to rozchylenie fartucha, i wyciągnięcie ramion..
Zaczął się Starego lękać. Przychodziło to wraz z mrokiem czy mgłą, które napływały oknami. Przedmioty stawały się za mało wyraźne, aby mógł być ich pewien - wymykały mu się przed spojrzeniem. Zaczynały żyć oddalone, po swojemu. Choć były konkretne, same w sobie, stracił nad nimi władzę. Zapytał:
- Myśli siostra, że ten Stary na K. może mnie nienawidzić?
- ?
- Czy on może mnie nienawidzić?
Spojrzała po sali, jakby szukając mu wroga, i nie znalazła go. Jej twarz miał wyraz szczerego zdziwienia. Nieomal rozpaczy. .Dlaczego? - pomyślał. - Jedynie zapytałem. Przecież tylko zapytałem.. Chwyciła go nieco powyżej przegubu dłoni i już był przy niej. Nie potrzebował żadnego tłumaczenia czynu. .I czym ja mu jestem?. - pomyślał - może zbyt głośno, bo gdy skończył myśl - i za co? - powiedział.
- Człowiek, który pyta pyta drugiego o nienawiść, musi mieć w sobie wiele złego. Powinnam cię znienawidzić. Brzydzić się tobą. A ja? Podobałeś mi się, gdy zdejmowałeś koszulę. Jakbyś rozstawał się ze sobą. Gdy zrzucałeś rzeczy, stawałeś się coraz bardziej inny, aż zostałeś tym, czym jesteś.
- A.A.O.J.J - wykrztusił ON.
Starał się zrozumieć to, co powiedziała, ale kaszel Starego porwał mu skupienie. Miejsce, w którym owinęła jego dłoń, nagrzewało się jej ciepłem i było to uczuciem przyjemnym.
Ranek rozwiązał się siny i ciepły. Organizmy pracowały wzmożonym rytmem. ON. obudził się. Ramy okienne zawierały ten sam obraz: zbiornik gazowni, grzebień dachów, gotycką wieżę z czerwonej cegły. Przyszła siostra i ON. powiedział:
- O! U! U! Mario!
Usłyszała i bez słowa podeszła. Była tuż obok niego. Jakby dotykała go krążeniem krwi. W pozycji pionowej przy posłaniu jakby wyrastała z niego. ON. był ziemią, ona jej płodem. Głowę miała skręconą ku łóżku Starego. Powiedziała:
- Już go nie ma. Zmarł późną nocą, gdy spałeś. Doktor miał rację, mówiąc, że to trudny przypadek.
.Powiedziała wszystko - pomyślał - akurat tyle, ile potrzeba..
Łóżko Starego było puste.
- Ty jesteś już zdrowy - dodała - właściwie powinnam ci to powiedzieć wczoraj, ale przeczułam tę noc.
ON. pomyślał o dniu wczorajszym i zaczął się jej lękać, mimo że dotykał całego jej ciała. Zerwał się. Spojrzał na nogi, które drgały w kolanach. Nie był ich pewien. Wymijając łóżka, szedł sztywno na korytarz. Słyszał jej stąpanie za sobą i odwrócił się: chciał ją widzieć; bał się zaskoczenia. Starał się liczyć dni, które tu strawił, ale nie mógł. Coś mu plątało systematyczne myślenie.
SPOJRZENIE I: Pokój o wymiarach dwa metry na półtora; na ścianach wieszaki o mocnych hakach, obciążenie dopuszczalne do trzydziestu pięciu kilogramów; jedno okno w małej ścianie; szyby dwudzielne; oświetlenie jarzeniowe; taboret lakierowany na biało, półeczka na pantofle; podłoga wyściełana linoleum; zapach zbliżony do zapachu śmietników przy zakładach fryzjerskich; powietrze suche; temperatura około 21 stopni; much brak; względna cisza.
Był ubrany. Podała mu kartę zwolnienia z wykaligrafowanymi jego nazwiskiem i imieniem i powiedziała głośno, może za głośno:
- Możemy się spotykać wieczorem.
- T. T. Tak - powiedział ON.
- U mnie, wieczorem po szóstej.
- P. P. S. Tak - powiedział ON.
- Mieszkam sama. Okno wychodzi na rzekę. Wieczory. Żebyś widział deszcze.
- C. U. Tak - powiedział ON.
Byli już na schodach. Schodzili.
- Jutro niedziela. O szóstej, na Zbawienia 8.
- A. A. Tak - powiedział. - Tak, tak, tak. Tak - dodał.
Był już na ulicy. Usłyszał:
- Pamiętaj! Zbawienia 8, o szóstej.
Oddalał się szybko. Wczuł się w rytm własnych kroków. Ogladnął się; stała w drzwiach jak biały wiszący płaszcz.
Wróciło do niego powiedzenie Babuszki: .I takie o! I takie o!....
I cofał się, wpatrzony z miłością, rozczuleniem, może zdziwieniem w białą plamę na szarym tle gmachu.
Szedł. Nadleciał z gwizdem tramwaj, później samochód osobowy, jeden, drugi rower, piesi, motocykl, znowu rower. Spojrzał przed siebie. Prosta strzała gotyckiej wieży wbijała się w sine niebo i pomyślał: .A więc jestem tu, tu wśród rzeczy znanych. Rzeczy podobnych. Rzeczy bardzo podobnych.. I głośno dodał:
- KsK. A. Ft. A!

Klisza nr 6  
ON. zapoznaje się z rzeczami  
w poziomie
Nawet na pogrzebie siostry ON. myślał o córce. Patrzył na wydłużone łapczywie, bezkolorowe, zwieńczone ognikami świece. Zaduch. Gęsto. Woskowa twarz siostry. Ogarnęło go przerażenie, strach perwersyjny. Pierwszy raz. Widział w śmierci siostry życie córki. To była część ulgi. .Umrze! - rozmyślał. - Czy tak, czy tak - umrze, jak wszystko. Śmierć rozprostuje jej nagie ciało. Jej delikatną różowość. Suknia z obramowaniem czarnych koronek. Ta woskowatość martwoty. Brzydkie sztywne ciało. Sztywne udo jak kolumna. Córka. Jeżeli umrze, powinna być dziewicą. Bez niczego we wnętrzu. Tak jak ją stworzyłem. Nikt, tylko ja, niepokalana dotykiem. To jest coś większego. Własnego. Wielkość absolutna. Dopełnienie. Wspaniale. Żaden mój znajomy nie ma takiej córki - rozmyślał. - Tylko ja. Czy oni to czasem dostrzegają? Siostra. Martwa. Źle. Nigdy nie zauważałem siostry przy sobie. Nie bywałem u niej w szpitalu. Martwa jak wieża katedry. Oddalona. Żadna. Nie ma siostry. Brat przyklęka przy trumnie. Dziwne, że nigdy nie przyszła mi do głowy myśl, że ciało tak znacznie może się wydłużyć śmiercią, która zapewne daje jakieś ukierunkowanie zamierającym, stygnącym komórkom. Ciało wyciąga się..
Pokój wydawał mu się dziwnie mały, mimo że jeszcze trzy lata temu sam spał tu z siostrą, bratem i matką. .Gdzie leżał trup, nie powinni spać żywi. - Nikt? E tam. A stare domy? Dwory? Katedry? Tysiące w jednym. Stygli. Parowali. Wydłużali się od ściany do ściany. Ściany się zbiegły, rozchodziły się. Trup. Znowu życie. Rozbiegało się życie..
WIDZENIE: Twarze, twarze, twarze, przy nich stojące postacie. Dziwne. Trumna. Dębowa. Dobra trumna. Kto to wymyślił trumny? A kto wynalazł maselniczkę do wyrobu masła? Kwiaty. Półmartwe. A siostra ułożona w poziomie. Jedynie ona. Inni pionowo. Jak? Świece pionowo. Deski podłogi poziomo. Szpary poziomo. Kwiaty. Zapach naftaliny i starych szaf. Okno. Za oknem ciepłe powietrze. Drzewa. Szyba w oknie. Sufit. Biały. Dość poziomy. Ściany. Dość pionowe. Piony i poziomy. Matka. Płacząca matka, na czarno ubrana. Ubiera się na czarno na ważne uroczystości. Największe. W pokoju brak pieca. Wyniesiony. Ludzie. Twarze. Twarze. Brak miejsca na piec. Dziura w ścianie, gdzie wychodziła rura. Zimą pali się w piecu. Lato. Skwar. Twarze zostają otarte białymi chusteczkami przez właścicieli.
ON. dopatrywał się w tych ruchach gracji, ale też i teatralnej sztuczności - taniej pozy. Odwrócił się. Każdy trafia na swoją, każdy swoją. Twarze. Na twarzach pot. Bo to po twarzach poznaje się ludzi. Przeważnie. Metoda. Siostra też ma twarz: ani śmiech, ani płacz. Twarze: płacz z twarzy. Widok. Koniec jest jego widzeniem. Zabrany obraz ostatnim spojrzeniem.
- Ba! - wyszło z jego ust.
Zreflektował się w porę. Matka przeszła obok. ON. chciał coś powiedzieć. Ciepłe męskie słowo. Choćby: .Zawsze byłaś nam..... Ale to minęło. Wołanie. ON. uznał swoją jeszcze niejasną winę i usunął się pod ścianę. Do pokoju weszli mężczyźni. Ustawili się w rogach katafalku. Dłonie przy trumnie. Ruszyli. Postawili. Czarne wieko. Stukanie młotka. Ruszyli. Nieco zamieszania. .Ostatni raz przekracza progi głową ku przodowi. Koniecznie. Trzy razy uderzenie o każdy próg..
- W każdym starym, wiekowym zwyczaju jest nieco blagi. Nie uważa pan? A. E. F. f. - powiedział ON. do sąsiada, który nie był dokładnie ogolony (co go nieco zraziło).
Wtedy twarz sąsiada przybliżyła się do jego twarzy i niby usłyszał:
- Bll?
- To była moja siostra - ciągnął dalej. - Moja siostra i mój pokój, i moje łóżko tu stało, i moje buty czarne, eleganckie buty, i piec z ozdobnymi kafelkami, i tu się wszystko zaczęło. O. C. Ui. - mówił jeszcze ON., ale zauważył, że znajduje się w pokoju sam. Usłyszał wzmożony harmider na podwórzu. .Jeżeli wszyscy, to i ja. - pomyślał ON. i skierował się ku wyjściu. W sieni spostrzegł kocioł, w którym kiedyś utopił kota. To wydarzenie tkwiło nieodwołalnie w daleko odsuniętym od niego czasie, który zapewne już ustalił się w bryłę, i to nagłe rozdarcie przestrzeni przez pisk kota tkwiło szramą, głęboką skazą na powierzchni. Kocioł nieużywany zardzewiał. Kot - zmarł.
- Wyjątkowa przypadkowość obserwacji - powiedział ON.
Jeszcze resztka ranka pozostawiała nieco chłodu w powietrzu, ale czuło się już nadchodzącą spiekotę. Ruch powoli zamierał w ludziach, którzy jakoś nie wiedzieli, gdzie umieścić swoją postać, aby ustrzec się przed sztucznością. Rozmowy były prowadzone półtonem, niekiedy szeptem. To jeszcze bardziej nadawało im cechy nieprzystosowania się do sytuacji. ON. spostrzegł, że znajduje się na podwórzu swego domu, ale przecież w odosobnieniu. Sam, przed murem obory w ocienionym miejscu pełnym much. Bał się poruszyć. Orzeźwiający wietrzyk rozwiewał gazetę - magazyn ilustrowany - wystającą niedbale z kieszeni letniego płaszcza brata. ON. starał się odgadnąć tytuł. Nasunęło mu się zbyt wiele możliwości, by mógł z dużym prawdopodobieństwem orzec. Nie mogły mu pomóc ani krój czcionek, ani nawet zgrzytliwie czerwono-niebieskie zestawienia znaków graficznych. Czuł się nieswój. Stojąc na uboczu, nie brał udziału w ceremonii. Chciał znowu odnaleźć matkę i próbował sklecić jakieś przystające do tej chwili zdanie. Zdanie zawierające trochę określenia sytuacji aktualnej, wyrażające ból a zarazem pociechę dla matki. Teraz dopadły go wspomnienia, ale dotyczyły one matki, a nie siostry. Dziwne. O siostrze myślał z rozrzewnieniem. Stał pod murem i omal się głośno nie rozpłakał. Nie nad siostrą, nie nad matką, nie nad wspomnieniami, nawet - nie nad sobą. Nie wiedział, nad czym. Stał. Łzy napływały mu do oczu. Były chłodne, a gdy opadły po policzku do ust, poczuł ich słony smak i zrobiło mu się wstyd. Ta gazeta, którą widział, jeszcze bardziej wygnieciona, wydawała mu się teraz wyraźnym prowokacyjnym bluźnierstwem uczynionym przez jej właściciela.
- Rzeczy. Rzeczy. Rzeczy - wyszeptał ON. i ruszył energicznie w kierunku brata. Jego nagłe zatrzymanie się przed zgarbioną nieco figurą doktora wywoływało zdumienie. Brat oczekiwał na słowa. ON. patrzył chwilę na gazetę. Tak, to był .Świat.. Doktor zrozumiał: podszedł, bo interesował się tygodnikiem. Wygładził zgrabnie zgięcia, ale jego dłonie zostały mocno przytrzymane przez brata, który powiedział:
- Chyba powinieneś zdjąć płaszcz - i wymownym ruchem wskazał słońce. Doktor skinął potakująco głową. Złożył ramiona do tyłu. Płaszcz ześlizgnął się, szeleszcząc jedwabną podszewką. Gołębie na dachu goniąc się, gruchały. Gazeta leżała rozpostarta na nierównych cegłach podwórza.5 Wiatr kartkował ją niedbale: cały film zdjęć, znaków i czcionek. Wiele treści. Same wiadomości o ludziach i rzeczach. Kolor. Plamy barwne. Kartki. Znaczenia. Muchy opadły na gazetę. Całą chmarą. Bz. Bz. Bz. Bz. Gazeta. Można było zacząć od much: .bzu zapach pełzł... nad.. Właściwie powinno być: . zapach pełzł...., ale to nie byłby początek od much. Wiatr się powtarzał: kartkował od tyłu: osiemnasta strona z wierszem Kubiaka .Krasnoludki są na świecie., dziesiąta z nocnymi, ciemnymi zdjęciami Warszawy, siódma znowu z fotosami, zamazanymi... ON. skoczył przed siebie. Postawił czarny, lśniący but na okładce czasopisma. Powiedział:
- U. U. E. E. I. Ja. Ja. N. Ne. i. i!
Umilkł. Wiatr szeleścił kartkami. Odsunął wolno stopę, odsłaniał - głowa z kędzierzawymi murzyńskimi włosami, długa szyja; dalej: początek torsu; dalej: początek ramienia; dalej: brak; dalej: początek piersi; dalej: młode jędrne piersi; dalej: brzuch; dalej: pępek; dalej: biodro opasane obciśle przepaską z kokardą na boku jak perizonium; dalej: uda; dalej: nogi opierające się o pień drzewa.
ON. odnalazł na sobie oczy innych. Wprawiło go to w zakłopotanie. Tkwił teraz na wysepce gazety, nie mogąc się poruszyć. Zrozumiał, że musi tu osłaniać stopami bezczelność wiatru. Odwrócił się w kierunku, skąd napływało bardziej gęste powietrze i otwierając przesadnie szeroko usta, mówił:
- Moja córka. Córka. A martwa jest siostra. A martwa jest siostra - powtarzał.
- Martwa jest siostra...
Mówił coraz ciszej i wycofywał się w gęstsze roje much, w początek cienia, aż poczuł plecami ścianę. Muchy opadły na lśniące buty. Powieki opadły. Zapadał się w ostre, nerwowe bzykanie much. I, o dziwo, im był głębiej, tym bardziej czuł, że od wewnątrz rozluźnia się w nim jakiś węzeł. - Ohyda i sztuczność tkwi w zachowaniu ludzi. Tu. To samo dotyczy mnie i rzeczy. - Odetchnął. Zapach morza. Zapach sosen. Upalny ranek. Śmiech kobiety. To były perły opadające na wodę, na piasek. Kwilenie mew. Kłaczki obłoków. Opary mgły osuwające się w morze. Kolorowe kostiumy, unoszące się ciała na falach. Zapach ryb. Szelest wiatru w sieciach rybackich. KszSz. KszSz. KszSz - nadbiegały fale. Zapach mułu z dna zalewu. Zapachy. - Życie mogłoby upływać z zamkniętymi oczami na rozróżnianiu zapachów - kiedy to powiedział, stał się nadmorskim światłoburcą. Odetchnął. Wionęło gęstym ciepłym zapachem obory. Przypomniały mu się święta. Podpatrywał z siostrą krowy. Nigdy jednak nie mówiły. Pragnął je usłyszeć, ale jednocześnie lękał się swojego pragnienia. Wiedział, że nie wytrzymałby tak olbrzymiego lęku w sobie. Nigdy nie dowiedział się, czy krowy mówią - tak mało brakowało: nawet poruszały pyskami. Spokojnie, beznamiętnie, stale. Mógł przecież wydobyć się z nich jakiś głos, jeden wyraz. Już prawie słyszał. Dzwoniło w uszach. Siostra rozczarowana wstawała pierwsza. Ale one właśnie wtedy mogły się zdecydować i coś powiedzieć. Dobrze, że tego nie zrobiły, bo byłby to wyrzut. Zjadały tylko pachnący chleb. Siostra wychodziła pierwsza i pierwsza wątpiła, i pierwsza Martwa. ON. szeptał sobie: - Słuszna jest śmierć człowieka, ale to tylko urzeczowienie, o wiele tragiczniejsza jest śmierć rzeczy. Gdzie one przechodzą? Nie mogą zabrać ze sobą nawet nazw. To przecież...
- To przecież z rozkładu rzeczy zakwita człowiek. I. I. N. n. e. Tak Li. Li - powiedział sam do siebie.
- Dzień dobry panu - napadło go z boku wraz z trzepotem gołębich skrzydeł. ON. na nowo próbował odbić się od muru. Odnalazł twarz w otaczającej go przestrzeni. Tę twarz znał z widzenia. Oczy. Trochę rozbiegane, łamliwe. Jakby chytre szkiełka. Nos opadający na górną wargę wielkim ciężarem i czoło. Czoło z pionowymi zmarszczkami. Całość była znajoma. ON. strzepnął (zdawało mu się) martwą muchę z rękawa. Jakby się tym samym uwolnił od czegoś: niby już swobodnie, a jednak jeszcze bez pełnego zrozumienia i przygotowania odezwał się:
- L. T. Wi. ... - przerwał. Duża szczelina między zębami nieco pożółkłymi od nikotyny przypominała mu osobę zmarłego w szpitalu o nazwisku zaczynającym się na K. Kiedy tamte usta zostały zamknięte, wtedy ON. dokończył - ... tam pana.
- Będzie upał. Nie uważa pan? Będzie upał - skwierczało. ON. słyszał to jako deklamację. Widział jeszcze rękę wyciągniętą w poziomie z mankietem pasiastej koszuli, ze spinką z masy perłowej.
- A czy?... - zaczął ON.
Prawie doskonale czarna trumna odcinała się narożami od białej ściany rozjaśnionej słońcem. Płynęła. Przesuwała się majestatycznie. Siostra. Siostra. Barki czterech mężczyzn pochyliły się ku dołowi w pełni szacunku dla ciężaru. Trumna. Słońce. Ranek. Róg domu. Siostra. Brat. Cegły podwórza. Razem i oddzielnie. Muchy. Gazeta. Twarze. Gołębie. Głosy, których nie mógł rozróżnić. Brama. Siatka. Pień ściętej lipy. Cuchnąca woda sadzawki. Zielona rzęsa. Kury. Głosy, które rozróżnił: .dopiero po południu., .może być i kolorowe., .to ten w niebieskiej., .szesnaście wystarczy.... Ludzie. Trumna. Lipy. Droga. Trochę kurzu. Drewniany krzyż, kiwający się rytmicznie do przodu. Śpiew: .szczęęśliwy kto.... Wróble. Ćwir. Ćwir. Trumna w tle bzu. Czarna. Siostra. .Niechaj się niczego nie boi.... Trzask zamykanych drzwi. Zgrzyt zamka. Siostra. Teraz w poziomie, przecięta pionem pnia lipy. Droga. Wóz. Raz, dwa, czternaście gołębi. Siostra. Trumna. W tle ogrodu sąsiada. Mieczyki. Kawalerskie oczko. Zeschła śliwka. Chwasty. Chwasty. Łopiany. Liście jak ruchome parasole. Biała koniczynka. Niebieskie irysy. Trumna. Siostra na tle stogu słomy. Zakręt.6 Zniknęła. Zniknęli. Cisza. Cień obory go odbiegł. Gołębie gdakanie kury. Życie. Pszczoła. Krzesło. Dlaczego tu krzesło? Siostra zniknęła. Cisza. Ilustrowany magazyn. Jedna kartka. Kartka. Kartka. Kartka. Obrazki. Czcionka, pismo. Druk. Gorąc. Lekki ruch. Cięcie słońca po źrenicach. Plamka na spodniach. Cisza. Siostra. Pszczoła odbiła się od policzka. ON. poczuł ostre pieczenie płynące wnętrzem w kierunku żołądka. Z bólem wpełzło w niego zrozumienie, że został sam. Samotny. Wśród stada gołębi. Ruszył do przodu, zanurzając się w trzepot skrzydeł. Szara chmurka skłębiła się i łukiem opadła tuż za nim. ON. prawie biegł. Nogawki plątały mu ruchy. Aleja lip. Szerokie korony rysowały rozgrzane niebo niebieskie jak na wschodnich mozaikach. Zakręt. Ogród zwinął się wachlarzowatym ruchem w prawo, za niego. Biegł. Odnalazł zgonionym wzrokiem pochód. Nad nim błyszcząca czerń. Siostra na tle nieba, nad łanem koniczyny, zimnej zieleni. Obrazy. Zmieniające się ciągle w kompozycje. Patrząc z oddalenia na pochód w zmieniającym się tle, przypominał sobie film.
Teraz, gdy śpiew umilkł, niemy wąż podpełzał w upale pod małe wzniesienie. ON. stanął w miejscu. Nie mógł się otrząsnąć z wrażenia, że trumna płynie w powietrzu, unosi się nad głowami tłumu. ON. wyzwolił się od tego energicznym ruchem ramion: jakby odbił wiosłami wodę. Przesuwał się za pochodem. Dołączył do ostatnich czarnych postaci. Dopiero teraz odczuł wzmagający się upał. W oczach tańczyły mu obrazy cięte przez kolorowe linie, opadające zygzakami, plątające się w gęstwinie. .Trumna w tle olchowego lasku. Dziwne - pomyślał ON. - Przecież olchy nie rosną w dużych skupiskach.. Dobiegły go szepty i ciche rozmowy mieszające się z odgłosem kroków. Dobiegł go płacz. Matowy i niski, przerywany pochlipywaniem. Idący obok niego odwrócił się ku słońcu, przymrużył oczy, leniwe i szare, tkwiące w rozmamłanej twarzy i powiedział:
- Jest naprawdę gorąco.
Wachlował się prawą połą marynarki.
- Tak. To niesłychanie męczące. Ostatecznie pora żniw. Pszenica już w kopkach - pochwycił rozmowę pracownik opieki społecznej, wskazując przy tym na skoszony łan tryskający złotą ściernią.
Trumna w tle olbrzymich jak świerki konopi. ON. wciągnął powietrze. Zachłysnął się gęstym zapachem. Liczył metalowe maszty wysokiego napięcia. Trumna na szczycie wzniesienia na tle nieba, na którym pojawiały się pojedyncze białe kłaczki. Siostra na szczycie wzniesienia na tle nieba, na którym pojawiały się pojedyncze białe kłaczki. Przedmioty oddalone, wichrowane przez konwekcję nagrzanego powietrza wirowały.
- Dziwny przypadek - powiedział pracownik opieki społecznej. - Bardzo dziwny przypadek.
- ?
- Mówię, że bardzo dziwny przypadek, z uwagi na młody wiek. Tak mówił doktor. Jej brat.
- A tak. Tak. Ona ma brata. Tak, miała braci.
Spojrzeli na siebie.
- Tak. Dziwne przypadki. Kiedy się żyje, niby na uboczu, w różnych, oddalonych miejscach.
- Tak. U nich w rodzinie tkwiło coś dziwnego. Czy pan tego nie zauważył?
- Myślę, że dziwność tego przypadku była określona czym innym.
- Nie rozumiem, co pan ma na myśli. Czyżby to, że jej bracia...?
- No... tak. Trochę. Szczególnie starszy...
ON., otrzepując kurz osiadły na marynarce, słyszał rozmowę, jednak nie rozumiał, o czym rozmawiają. Wrony z furkotem nadleciały ukośnie z lewej strony od tyłu, jakby chcąc uzupełnić w ponurość obraz. Trumna spłynęła ze wzniesienia. Siostra spłynęła ze wzniesienia. Pochód zapadł się i zakrętem drogi opadł jeszcze niżej. Słońce warowało na niebie jak bezgłośny komentator. Podmuchy termiczne porywały teraz kurz z pól i niosły w górę, formując w pionowe słupy. Posuwano się coraz wolniej. Pieśń jak pozioma, miękka sieć opadała chrapliwą melodią na pochód.
- Jak pan spał? - zagadnął siwiutki szewc-staruszek idącego obok. - Nie było za gorąco? Co? Duszności? Nie było za gorąco? W te lipcowe noce brakuje powietrza. Napada to człowieka w środku nocy. Ugniata piersi. Później kotłuje się coś we wnętrzu.
ON. zauważył, że po jego szarych, długich wąsach ściekały krople. Wydawało mu się, że to łzy. Później, że to pot. Gdy obszedł staruszka tak, by słońce nie raziło go w oczy, zaniemówił. Znał tego człowieka. Jakby żywcem wyciętego z obrazu Pietera Bruegla .Ślepcy.. Ociemniały szedł bez laski.
- Te kroki, to jakby brzęczący zaczyn materii - powiedział do siebie. Był nawet dumny, że mógł wygłosić tę sentencję tylko dla siebie, że jego myśl uleciała w nagrzane powietrze i nigdy już nie będzie powtórzona. .Te zwielokrotnione postaciami kroki prowadzą przez krajobraz - krajobraz zapadający się w czerń garniturów i we wpływającą teraz w przecięcie lasku trumnę - wpływającą teraz w przecięcie lasku siostrę. Te kroki to elementy dosłowności śmierci. Niezaprzeczalna, spełniona do głębi rzeczywistość - zużywanie się ludzkiej substancji. Droga, stopy na drodze. Droga wcina się powierzchnią w przestrzeń. Przestrzeń w czas.. ON. powiedział:
- Wystarczy zagmatwana kokieteria świata: oszustwo rzeczy. A. U. C. C. c. c. Lub. Życie to naiwność przyjemności i spełnienie wymogów rzeczy. I. I. i. i. Och. Siostra. Matka. Córka. Brat. Żona. Ojciec. Znajomi. Koledzy z pracy. Znajomi z widzenia. Znajomi z opowiadań znajomych. Znajomi z pewności, że tacy żyją. Żyjący. Cały ludzki las. .Kroczący drogą las.. Trumna. Siostra. Płyną. Trumna jak czarny sztandar przedzierający się przez gęstą od skwaru maź powietrza. Las umilkł. Oddycha skwarem. Siostra powiewa. Siostra płynie. Siostra. Córka. Las się zagęszcza przed wejściem do WSI. Ogromne topole klekoczą liśćmi. Topole nazywane paplami. Stoją i paplą. Topole jak rozgadane baby. Wieczorami przetrzymują ciepło. Unosi się w górę. Porusza liście. Las wciśnięty między topole.
Las umilkł. Dolatywał grzechot kosiarki. Brzmiał jakoś nierealnie, sztucznie. Niezsynchronizowany z tym krajobrazem. Trumna na tle płotu.7 Siostra na tle płotu. Bruk. Wieś. Trysnęła w skwar nowa pieśń. Rozległa. Wypełniła krajobraz. Żar buchał. Uderzał pięściami gorąca w pierś. Pochód wydłużył się. Czas się rozrastał. Niebo rozdarte pręgą upału. Ogródki. Okna. Twarze. Psy. Dzieci. Zbiegające się boczne ulice. Prosta wieża kościoła. Pieśń ułożona nad brukiem. Pozostał mu w oczach szkic krajobrazu, poziomo: pola, rów, ściernisko, koniczyna, przejrzały owies, linia telefoniczna, lekko wyszczerbiony horyzont, łoziny, buraki cukrowe, łączące się podstawy chmurek, grzbiet naładowanego jęczmieniem wozu; pionowo: czarne postacie, słupy telefoniczne, pnie drzew, lekko ukośne spadki kopek zboża, oddalone domy i tryskająca nad nie wieża kościoła, daleki - prawie zjawa - maszt radiostacji. Później w ten szkic wkładał resztę, mięso krajobrazu: córka - żywa - porwana przez las ludzi. Jego córka, jego piękno, jego ból i rozkosz. Siostra - martwa - trumna - czarny symbol śmierci. Jego siostra. Całe życie obok. Martwa treść krajobrazu. Matka - żywa - płacząca. Był matce wdzięczny, że tak głośno płakała. Brat - żywe ciało - dobrze wymyte (brat miał dom z gorącą wodą i piękną wanną). Żywe ciało dobrze odkarmione. Ciało brata pokryte włoskami. Ciało już o tej porze dobrze opalone. Ciało brata wspaniałe, żywe, obleczone w białą bieliznę, dobrze skrojony garnitur. To był brat-doktor. Ciało, które dawało rozkosz kobietom. ON. przycisnął dłoń do piersi. Mdłości popłynęły ku górze. Pionowe mdłości w poziomo rozpostartym krajobrazie: PIONOWE MDŁOŚCI W POZIOMO ROZPOSTARTYM KRAJOBRAZIE: pionowe mdłości w poziomo rozpostartym krajobrazie: p-i-o-n-o-w-e m-d-ł-o-ś-c-i w p-o-z-i-o-m-o r-o-z-p-o-s-t-a-r-t-y-m k-r-a-j-o-b-r-a-z-i-e: p:i:o:n:o:w:e: m:d:ł:o:ś:c:i: w: p:o:z:i:o:m:o: r:o:z:p:o:s:t:a:r:t:y:m: k:r:a:j:o:b:r:a:z:i:e:, trzeba jeszcze iść. Stąpać. A gdy wejdzie już do wnętrza, może poczuje się lepiej. Opadną go gotyckie łuki i wilgotny chłód. Sit tibi terra levis.
ON. stał obok niej, z tyłu: ON. i ONa. Kościół był raczej mały.8 Organy brzmiały teraz powłóczyście i nisko. Zdawało mu się, że to nie dźwięki wibrują w przestrzeni zamkniętej architekturą, lecz ostre, metalowe opiłki, które wpadają do ucha i tam wwiercają się, przyprawiając go o ostre kłucie. ON. trwał. ONa. poruszała lekko ustami, zapewne modliła się. Organy zmieniły ton i powoli ogarnęła go senność, zalegając na nim jak ciepły koc. Ale oto organy wystrzeliły ostrym, wysokim tonem. Tamto prysnęło. Stał teraz prawie nagi i zawstydzony. Otoczony tłumem ludzi. Tony szybowały w górę nad ołtarz i dalej, w muszlę, aż przelewały się brzegami i wbijały w główną kopułę, wciskając się w kasetony. Ale to jeszcze nie było wystarczające. .To nie było oddalenie się ku górze - pomyślał ON. - Tym ludziom jest nieco lepiej. Oni prawie wierzą - a ja?. Dzwonki zadźwięczały ostro. Jego spłoszony wzrok przelatywał szybko po kolumnach ołtarza, aż zatrzymał się na bazie jednej z nich. I ON. już wiedział, że podstawą kolumny powinien być Bóg. Ustawić się powinien pewnie, możnie, jak monarcha wejść w granit i strzec jego konsystencji w każdym krysztale. Kolumna uosabiała mu Boga i nie mógł Go sobie już inaczej wyobrazić. Jego Bóg był podstawą kolumny, jej trzon wiarą wybujałą z Boga, a kapitel to było zwieńczenie, duch modlitwy wiernych. ON. otaczał wzrokiem kolumnę. Sprawdzał każdy kanel z ciemniejszą żyłką marmuru. .Bez skazy - pomyślał ON. - bez najmniejszej, zupełna doskonałość całości. To jest wielkość. To jest ogrom i moc.. Wzrok jego przemknął ku głowicy. Wpatrywał się aż do pieczenia pod dolną powieką: w granitowym abakusie poprzeczną cienką linią biegnąca skaza. I powiedział głośno ON.:
- Panie, Ty tu jednak być nie możesz. To miejsce nie dla Ciebie. Źle umiejscowiłem Twoją rozkosz.
ONa. widziała jego twarz, a ON. jej. ON. zastygł, prawie nie oddychając. Na przodzie zawisła jakby w powietrzu trumna. W poziomie: siostra. - Boże, ja prawie wierzę w Ciebie! Ujrzeć ją nagą. Teraz, kiedy jest tak niewinna. ONa. jest taka, jaki ja nigdy nie byłem. Boże, ja wierzę w Ciebie! Spraw to. Ty jesteś mocny. Organy grzmią dla Ciebie, krzak kadzideł przesuwa się w nawach dla Ciebie, dzwonki brzmią dla Ciebie, kolana gniotą się aż do bólu na kamiennej posadzce dla Ciebie, witraże gaszą światło w półmrok dla Ciebie, dla sprawy Twojej - szeptał ON. ONa. Zamknęła usta. Jej twarz mleczna i zaasnuta oparami kadzideł fascynowała. ON. czuł, że struga wody wcieka mu w koszulę. .Zupełnie jak w biurze. - pomyślał.
- ONa. będzie ofiarą mojej wiary w Ciebie - powiedział. Przyjął chłód płynący prawą dłonią od kraty po ramieniu do wnętrza. Ciemny i wilgotny prąd wpływał mu do klatki piersiowej i prostował jego postać. Siły wróciły, a wraz z nimi wizja: duża łąka, puszysta jak sukno. ONa. leżała na niej w tym miejscu, gdzie rzeka zataczała prawie koło (miejsce to nazwano kolankiem) wydłużona, mlecznobiała, daleka siność nadawała jej ciału blask cyny. Ten eteryczny ciężar obezwładniał ją zupełnie. Niemoc. Słodka bezgraniczna nieruchomość zaległa w niej zupełnie. Jej chude jeszcze nogi, wydłużone jego wzrokiem ciągnęły się daleko, stopy sięgały aż za pole widzenia. Jej ciało w spojrzeniu nie miało żadnych załamań ani cieni, a jednak widział ją bryłą, a nie powierzchnią.
Przypomniał sobie ZDJĘCIE. Pejzaż, który umiejscowił pod miastem: kopy siana, druty, wierzba, wikliny, zagon ziemniaków, chmury cirrus uncinus. ONa. leżąca w bezładzie, wspaniale wkomponowana w łąkę. Ta łąka to było uzupełnienie się doszczętne. ON. obejmował ją najpierw wzrokiem, później rozumem, aż doszedł do pełni odczuwania i rozpoznawał jej konsystencję palcami rąk. Trawa miękko łaskotała naskórek dłoni. Trawa zielona, puszysta wypełniała luki jego uścisku. Ten zwarł się z łąką pełnią męskiej wilgotności i zarozumiałości losu, i zdawało mu się, że ONa. ma twarz uśmiechniętą i że to była jego przyczyna.
Przyczyna wielka tkwiła w nim. Od niego się wywodziła w całości, wiedział też, że ta przyczyna w nim się zamyka, i że pozostanie w nim na zawsze, chociaż uśmiech zniknie. ON. lękał się, że jej postać wydłuży się do granic możliwości jego spojrzenia. Rozpłynie się w linii prostej i nie będzie mógł ogarnąć jej wzrokiem; że urośnie do końca wytrzymałości. Jej ramiona wyrastające liniami prostopadłymi, przecinające horyzont na dwie części, dalekie i nieskończone obejmą go. Zamkną się nad nim łukiem, a później w ruchu określą czaszę, szczelną i mocną jego i jej rękami.
Świeże powietrze sunące dołem między nogami ludzi wpadło z impetem i otarło się o jego postać z boku, co wraz z metalicznym i czystym dźwiękiem organów wyrwało go nagle z tamtego obrazu, a może nawet nie z obrazu, lecz z rzeźby tamtej przestrzeni.
ON. odciążył lewą nogę i pozostał przez chwilę w kontrapoście, wetknięty głęboko w huk piszczałek wabiących go ku górze: w rozkraczone dłonie sił dźgających kopułę pewnymi filarami wbijającymi się w posadzkę kościoła. Ksiądz wolnym krokiem zdążał ku schodkom kazalnicy; ministranci sadowili się na stopniach ołtarza, na czerwonym dywanie nieco zakurzonym, układając białe komeżki pod siebie, aby się nie pogniotły; ulica dudniła za boczną lewą nawą przemarszem kolumny wojskowej wracającej z ćwiczeń; ławki skrzypiały odciążone od rozleniwionych ciał wiernych; organy zamilkły, wypędzając ostatnie tchnienie mechanicznej dmuchawy z piszczałek; ONa. zmieniła nieco pozycję: ustaliła swoją figurę w antycznym kontrapoście i tak zastygła. Utrwaliła postać w chłodniejszym powietrzu wnętrza. ON. przygotował się na przyjęcie kazania. Kościół przez chwilę był wymiatany z tamtej atmosfery już starej i zużytej, należącej jeszcze do niego przez chwilę; ucichły kroki na skrzypiących schodach. Zaległa cisza. Cisza stała się zupełna i szczera.
Jego myśl zawisła teraz w gotyckim zwieńczeniu wieży. Dwie pólkule bezdźwięku zbiegły się ze sobą i zwarły hermetycznie, wypompowane zupełnie. Witraże cięły je i rozrzucały w tłum zagęszczony i twardniejący. Posadzka odpierała wzmagający się nacisk stóp ludzkich. Olbrzymie przypory tkwiące na zewnątrz bryły kościelnej pracowały w milczeniu. ON. wdzierał się do środka zrozumienia rzeczy. Był prawie owładnięty siłami przyciągania, które działały w różnych kierunkach, aż zredukowały się do zera. Ksiądz chrząknął. Milczenie zostało jeszcze pogłębione. Witraże pociemniały. Na zewnątrz światło zmniejszyło natężenie prawie do zupełnego zaniku. Tłum zafalował. Reszta ciepłego powietrza górą ulotniła się przez otwór, skąd zwisał olbrzymi okrągły świecznik z kilkunastoma żarówkami elektrycznymi imitującymi świece.
ON. widział - a może zdawało mu się - ludzi, jak gramolili się spod tego możnego, ciężkiego i twardego dźwięku - niczym owady, sprawdzając końcami palców jego konsystencję. Ale dźwięk trwał: osiadał pewnie tuż przy podstawach kolumn, w kanelach trzonów i załamaniach muru. Chwilami dźwięk cichnął, zwalniał swoje kleszcze, wtedy ON. i inni oddychali z ulgą. Była też sekunda narastania jego mocy, wtedy płaszczyli się na posadzce prawie jak kartki: byli już tylko powierzchnią, a nie przestrzenią. Później ON. słyszał wyciszanie się dźwięku: tony odlatywały w głąb, grzęzły w tkankach mięśni - asymilował je zupełnie, bezbłędnie, doszczętnie. Zdawało mu się teraz wyraźnie, że coś się w nim zawiązuje. Niby to znał - jakby początek bólu, kiedy był w szpitalu. Węzeł zacieśnił się. ON. rozpiął marynarkę. Przepychał się ku wyjściu, trącał stojących, mijał twarze należące przeważnie do garniturów. Krata, wieża, drzwi, prostokąt chłodnego powietrza. ON. oparł się o mur. Gotycka cegła, obok grób zakryty olbrzymią płytą granitu.9 Cisza. Ćwierkanie uganiających się wróbli. ON. otworzył twarz w kierunku nieba, skąd spadały duże, ciężkie krople. Słyszał trzask wyładowań elektrycznych i łomot przewalający się obok niego. ON. chciał powiedzieć coś dotyczącego deszczu, jego istoty. Gdy otworzył usta, do gardła wlało mu się nieco cieczy zmieszanej z piaskiem. ON. splunął prawie z rozpaczą na płytę i powiedział:
- Z, z, z tego. O! o. Gdy brać, to tak, albo gdy tak, O, O, i. L. L. Czemu wilgoć w górze? S. S. Psss. O!
I gdy już wydawało mu się, że nic nie doda do swoich myśli, usiadł, tak jakby chciał wyprzedzić mdłości pełznące ku górze.

Klisza nr 7  
Rzecz dźwigana  
w czerni wydała mu się wielką rzeczą
Męski odór w tym samym pokoju - w jego pokoju. ON. tkwi wśród innych w swoim pokoju. ONa. jest prawie przy nim. Ludzie ogarniturzeni na czarno. Brat jest w jego pokoju. Właściwie to brat też jest w swoim pokoju.
Jego OBRAZ I: ONa., ubrana skromnie: czarna obcisła spódniczka z sześciocentymetrowym pionowym rozcięciem z lewego boku. Dwie fałdy biegną od pasa ku dołowi wzdłuż uda, tak że uwydatniają miękkie ich ugięcie - dopełniają skrytą bryłę. Materiał farbowany .Pawiem.: gotowany przez piętnaście minut w roztworze i płukany aż do zaprzestania barwienia wody. Szeroki huculski pasek ze srebrnymi wkładkami i koralami, z klamrą połyskującą zaczepnie. Biała bluzeczka. Szeroki kołnierzyk o motylowym wycięciu wprowadza nieco romantycznego nieładu. Prawie połysk. Odbicia w koralach. Refleksy. Pod spodem komplecik trzyczęściowy .Cora., kolor czerni. Czerń to nie kolor. Katalizator kolorów. Komplecik kupiony w Modzie Polskiej o szóstej wieczorem za czterysta dwadzieścia siedem złotych. Figi z wplatanymi złotymi niteczkami, biustonosz z plastykowym zamkiem. Diamencik w złotej oprawie opadający między wzgórki piersi, poruszający się w górę i w dół wraz z każdym ruchem tułowia - wraz z każdym ruchem harmonii i gracji. Guziczki paciorkiem spadają ku dołowi: błyski, zaczepne kłucie światła. Zgraje promieni słonecznych przeskakujących niżej, niżej, aż po spódniczkę - ostatnie promienie słoneczne, jakie przedarły się przez gęstą koronę klapsy, której miąższ zatyka przy zjedzeniu połowy owocu. Włosy opadają wiórkami. Owal twarzy ograniczony ramami połyskliwego brązu. Płochliwe palce skubią ukośną fałdę obrusa. Jedną fałdę ukośną. Stopy zakończone lakierowanymi pantofelkami numer pięć. Obcasik-słupek. Kokarda - górne zwieńczenie. Całość za stołem. Żołądek prawie pusty. Zasolenie organizmu mierne. Ciśnienie: 130/90. Wr /-/ (ujemny). Deviatio septi nasi dextroversa. Tonsill. chr. purulenta. W tym wieku. Cienie nerek niewidoczne - przykryte treścią jelitową i bielizną spodnią. Zwapniały zespół pierwotny wielkości ziarnka grochu w lewym polu płucnym. Reszta bez zmian. HB 84%. Kąty przeponowo-żebrowe wolne. Urobilinogen w normie. Poziom bilirubiny w surowicy krwi: 0,69 mg%. Kwasota ogólna do 41%. W rozmazie: 4% pałeczk., 60% segment., 1% cezyn., 35% limfoc. Czas krwawienia: 60 sek. (met. Duce). ONa. Inni. Większość mężczyzn. Półotwarte okno. Jedyne. ONa., oddychająca. ONa., jego córka. Piękna, wrysowana w czerń garniturów, w katalizator kolorów. ONa., otoczona wieczorem i ciepłym, już nieco stęchłym powietrzem.
- Oo, znam to! - powiedział doktor. - Znam to z praktyki. Nie są to... nie były to gorzkie doświadczenia. Człowiek staje się bardziej szanowny, gdy go przyginać.
Usiadł. To mądrość. Nawet w tonacji jego głosu.
Doktora OBRAZ I: Brat: kromanionoidalnej rasy antropologicznej. Błądzący prawą ręką po udzie. Czarny garnitur. Urzędnik z Powiatowego Biura Projektów Budownictwa Wiejskiego armenoidalnej rasy antropologicznej cichcem przeliczający palce lewej ręki palcami prawej. Berberyjskiej rasy antropologicznej były ogrodnik: same róże w jego ogrodzie. Niezidentyfikowany zapach w pokoju mimo otwartego okna: uchylonego okna, chłodniejącego wieczoru. Jeszcze jeden, po przeciwnej stronie stołu siedzący litoralny typ antropologiczny. Smętny nerkowiec, przeważnie chodzący w meloniku. Przychodzi, kiedy już jest grubo za późno. Słonko opadające. Napoje: woda z cytryną, polo-cockta - słodki gnój do picia dla dzieci. Jeszcze niezakazany odpowiednim zarządzeniem. Litoralny typ antropologiczny pobrzękujący szklaneczką ze słodkim gnojkiem do picia, z wypłowiałymi od chronicznego reumatyzmu oczami, liczący kwiaty na ścianie - kwiaty z wapna...
- Bardzo - przemówił Urzędnik, przerywając doktora OBRAZ I - jestem ciekaw, jak długo stygnie ciało.
...nieruchoma sardynka pozbawiona niestrawnej głowy zakreśliła szeroki łuk na widelcu. Wpadła dokładnie w usta pożółkłe od tytoniu i dalej, za żółte zęby. Martwa sardynka, za martwymi zębami. Wspaniała zgodność...
- Och! - teraz ONA. przerwała OBRAZ I doktora, przeciskając się zgrabnie, z szelestem czarnej sukni, między oparciem krzesła a framugą drzwi. - Za dużo tego tematu.
...zestawienia stanów ciał żywych. Co żywe - do żywego, martwe - do martwego.
Rama odcinająca resztę krajobrazu. Gałęzie gruszy. Jeszcze jedna kobieta w towarzystwie: za stołem, za polo-cocktą, za czarnymi garniturami, za obrusem lekko przybrudzonym na załamaniach i fałdach, wśród kwiatów z wapna, wśród ścian z cegieł, wśród powietrza, wśród powietrza coraz bardziej wieczornego. Pogrzeb - śmierć siostry bratowej, ograniczona do tematu. Przedmiot zainteresowania...
- O, ci, którzy zajmują się - tym razem Smętny Nerkowiec przerwał OBRAZ I doktora - obmywaniem ciała, znają takie chwyty, że...
.Śmierć siostry. Śmierć osoby w rodzinie - pomyślał ON. - jest bardziej realna - prawie przedmiot, prawie rzecz, której nie sposób obejść. Trzeba się w to zanurzyć jak w wodę albo mgłę..
...potrafią rozluźnić mięśnie umrzyka jakimś uciskiem, na przykład gładząc powierzchnię grzbietu nosa. Tak, tak.
.Jest się w substancji, którą nazwano umownie: śmierć. - dalej rozmyślał ON.
Twarze zwrócone w kierunku doktora. Przechylona szklaneczka, z której ubywało wody mineralnej. Bąbelki powietrza w wodzie. Bąbelki wody na brodzie Ogrodnika. Na talerzu z czerwonymi owocami na dnie porcelany galareta: studzinina. Widelec w nią wgłębiony drgał bezgłośnie. Złocona rama ograniczała morski pejzaż z samotnym żaglem: .Bielejet parus adinokij, w tumanie moria gałubom...., u Ogrodnika uśmiech.
Doktor uśmiechnął się. Skierował twarz do niej. Szła w kierunku okna, na wolne miejsce. Wzrok miała utkwiony jeszcze dalej, jakby zamierzała przejść przez pokój i zatrzymać się dopiero w wieczornym powietrzu, hen daleko, gdzieś przed zapadającym słońcem. Skończony obraz.
- A wiecie, panowie, że - powiedział ON. - że... - mówił i wydawało mu się, że ONa. podciąga spódniczkę powolnym ruchem.
Jego OBRAZ II: Jej dziewczęce uda: świeże, okorowane pnie brzozy; pnie lipy, bo to drzewo o szlachetniejszym kolorze, i olchy, delikatnie różowiejące po okorowaniu. Wiosenny sok wypływający. ONa. na ustępliwym torfowisku, które ulega wraz z postawieniem stopy. Po odejściu - wraca. Ślad zatarty. Koniec pamięci łąki po człowieku. Czerwone ciałka krwi wchodzące pod pończochę, wyżej - pod komplecik: figi koloru czerni, katalizatora barw, wyżej - nad komplecik: omijają pępek, pod staniczek, nasycają ciężar rtęciową ruchliwością: lewą pierś, potem prawą, wyżej - szyję, do mózgu i wracają w dół. Udo odsłonięte aż po podwiązki: dziesięć groszy zamiast guziczka...
- O! - przerwał sobie OBRAZ II ON. Niedbałym gestem upominał córkę, aby usiadła inaczej. Zrozumiała.
- Myśleliśmy, że pan chce coś o duszy - powiedział Smętny Nerkowiec. - Bo wiecie, panowie, że ja wierzę w coś takiego; można to sobie nazywać różnie, kwestia umowy. Może to są tylko fale elektromagnetyczne. Ale coś pozostaje. One mogą sobie wędrować w przestrzeni przez ileś lat - odbijać się, nakładać, aż trafią na czyjś odbiornik-mózg i staną się przypomnieniem. Oczywiście, osoba-odbiornik musi być dostrojona do długości fali. Wtedy może trwać seans. Tak wygląda pomoc zmarłych.
- Wobec tego skąd obrzęd, który nakazywał wystawianie jadła na grobach? Robiono z cmentarza ponurą stołówkę - prawie ze złością powiedział Ogrodnik, odstawiając szklankę. - Skąd? - dorzucił w kierunku innych.
ON. oderwał się od OBRAZU i prawie z rozpaczą powiedział:
- Panowie, czy nie należy uważać, że śmierć rzeczy jest bardziej tragiczna niż śmierć... - przerwał i patrzył, jakby wybierał jeden z wapiennych kwiatów na ścianie. - Chyba, że przyjmiemy, że śmierć człowieka jest urzeczowieniem albo o! Ju. J. J. U. - ON. trzymał teraz oparcie krzesła. Nagrodzony płochliwym spojrzeniem córki wycofał głowę w kołnierz. Wrócił za córką do OBRAZU, gdzie ONa. była znowu osobą dramatu:
...zawsze roztrzepana: czajka. Jej płuca napełnione powietrzem: w górę, w dół. Trzepoczą piersi przy ruchu. Faluje biała bluzeczka. Ruch zamiera, wzrasta. Skręt tułowia. Je czereśnie. Gryzie miąższ. Przełyka. Ośliniona papka wędruje w ciemności przełyku. Perystaltyka prawidłowa. Kwasy żołądkowe zaczynają dzieło. To dostarcza energii. Noga założona na nogę. Daleki cień wciska się między uda. Matowy połysk pończoch. Refleks rozproszonego światła. Trójkąt cienia. Wszystko ciemniejące. Czereśnie oślinione w ciemnych sokach. Na twarzy nieudany spokój. Wonna, wiotka kiść włosów. Odcień skóry tak delikatny, skontrastowany wśród chłodniejącej srebrnej ciszy wieczoru z owocem czereśni. Ruch, kiedy przekłada nogę na nogę. Delikatne zaczerwienienie powyżej kolana. Trójkąt cienia znika i usadawia się wraz z zakończeniem ruchu. Duży krucyfiks z twarzą Chrystusa wykrzywioną grymasem bólu został jeszcze na ścianie wśród brzęku literatek z wódką i pustych szklanek.10 Kwiaty ze ścian stopiły się z niezupełnym mrokiem. Jej profil - żywy wizerunek matki, mogący sugerować, że zawarty w córce jest ten sam, co w żonie, gen infantylizmu, który zresztą naprawdę lubi. Nieco łobuzerski uśmieszek tkwi w układzie ust. To raczej układ ust czyni uśmieszek, a nie uśmieszek układa usta. Dłoń obejmująca kielich z wodą. Sztuczność. Dziecinność. Dzieci lubią pić wodę z kieliszków. Gwóźdź wbity przez mamę w drzwi. Gwóźdź z ozdobnym mosiężnym łebkiem tkwi powyżej sęka. Pokaleczona ściana nad obrazem: trzy próby wbicia. Oskubany tynk. ONa. gapi się w oczko pierścionka. Skromnisia. Pierścionek kupiony tuż przed wakacjami w Oriencie za siedemset osiemdziesiąt złotych. Piękny, duży kamień. Milknący w ciemności. Tyle razy o ciemnościach jeszcze przed ich zapadnięciem...
- A jednak - jego OBRAZ przerwał znajomy doktora, Oborski - dawny sąsiad z czasów studenckich - ja wolę uznać w śmierci coś tajemniczego, coś wielkiego, przerastającego możliwości zrozumienia i analitycznego rozpracowania - powiedział, szukając po omacku przełącznika światła. - To pozwala darzyć śmierć zabobonnym szacunkiem. Czuć przed nią olbrzymi respekt i zrozumieć jej nieuchronność. Przyjmując to, jestem zdeterminowany. I to uważam za przyczynek do nazwania się człowiekiem wolnym.
- O! LT! u! - prawie wrzasnął ON.
Spłoszyło go nagłe zapalenie się żarówki. Wszyscy mrużyli oczy. Plus jedna osoba. Plus jeden dyskutant. Wynurzyły się naczynia. Refleksy trysnęły w innych miejscach. Odbicia na szklanych przedmiotach. Drobne światełka na matowym obrusie. Kwiaty wypierzchły na ściany. Zrezygnował. Przełknął. Czuł, jak ucisk wędrował w przełyku, aż osiadł niżej.
- No, niby tak, no, niby tak - irytował się Ogrodnik. - A te cienie snujące się nad grobami w ciemne gorące noce? - ciągnął pytanie. - Ja często bywam na tym terenie-ogródku uprawianym przez grabarza. Sąsiadujemy ze sobą. U mnie róże, u niego przeważnie starzy: zawałowcy, nerkowcy, gruźlicy, czasem - topielcy, zżarci przez raka, wrzodowcy. Rzadko ktoś młody.
- Nie rozumiem konieczności tego wyliczania - przerwał mu doktor. - Smutna koniunkcja. A uniwersum nigdy nie zostanie wyczerpane. Smutne.
Doktor rzucił się na krześle. ONA. wyraziła mu poparcie wzrokiem. Ogrodnik zapadł się milczący. Litoralny typ antropologiczny dopijał kawę. Fusy osiadły mu na wargach. Nerwicowiec, który nie może odbyć normalnego stosunku z kobietą. A jednak dziecko było jego powodem. ON. jeszcze był wzrokiem przy jej udach, przy trochę szpiczastych kolanach. Ogrodnik wszedł w swój obraz:
Ogrodnika OBRAZ I: Czereśnie za wcześnie zerwane - straciły połysk. Ładna dziewczyna zjadła ich już około dwadzieścia deka. Smarkata, ale wygląd ma swawolnicy. Będzie z niej numer. Fasolki solone: zdrowe, świeże strąki przycięte przy końcach, dokładnie umyte, przechowane w całości albo pokrajane na części. Układane w słojach lub garnkach kamiennych, ciasno i mocno ugniatane, zalane wrzącą wodą-zalewą. Na 1 kg strąków - 1 dkg soli. Fasolka całkowicie zalana zalewą. Przykryta porcelanowym talerzem lub drewnianym krążkiem obciążonym ciężarkiem, np. słoikiem z wodą. Przechowywana w chłodnym miejscu. Tej potrawy nie trzeba dosalać. A ta, zapewne jej matka. Podobna. Ładna. Usta rozpustnicy, nabrzmiałe seksem. Namiętny, łysy facet. Głupie zdanie: .Rzadko zdarza się ktoś młody.. Czyściocha zabarwiona sokiem malinowym. Korniszony: malutkie ogóreczki wyszorowane, wykąpane w gorącej wodzie, opłukane, układane pionowo, warstwami; dodać przyprawy: koper, estragon, chrzan, suszone strąki ostrej papryki (lub świeże), trochę gorczycy, pieprzu i czosnku (lub inne przyprawy). Na jeden i pół litra przegotowanej wody - 20 do 50 gramów soli, 40 do 70 gramów cukru i litr octu sześcioprocentowego. Przełożone przyprawami jak ogórki kiszone, zalane gorącą zalewą. Pasteryzowane przez około 10 minut lub przechowywane w słoikach twist-off. Śliczna smarkula. Jej matka używająca kremu .Pollena. za osiemnaście złotych. Produkowany przez Lechię w Poznaniu; krem o szybkim działaniu, zawiera wyciągi z pyłków kwiatowych. Stosowany przy wiotczejącej skórze. Regeneruje ją i nadaje aksamitną gładkość. Szproty na widelcu. Srebrna skórka. Gwóźdź ze złotym łbem. Okno nieco uchylone. Duże kwiaty więdnącej kalii w siwym dzbanie. Kalia bez wody z dodatkiem mułu szybko więdnie. Lecznicze aloesy stoją w kącie. Olbrzymia agawa. Kwitnie raz w ludzkim pokoleniu. Trochę za rzadko. Złocona rama. W niej jakiś oleodruk z żaglem. Wymowne. Żołądki sycone w miarę upływu ruchów prawej ręki. Błyszcząca podłoga wypastowana pastą .Super buwi. w płynie za dwanaście złotych. Można dostać we wszystkich sklepach uspołecznionych na terenie kraju. Zapach wody kolońskiej .Miraculum.. Poczucie świeżości i zadowolenia. Zapiekanka po brazylijsku: Mognesca de Peixe: 60 dkg filetów z ryby morskiej skropionych cytryną, pokrajanych na porcje grubości 2 cm układamy na dnie natłuszczonego, żaroodpornego naczynia; 3 pomidory, 3 papryki i dwie obrane cebule pokrajane w plasterki, wymieszane i ułożone na rybie. Do smaku soli, pieprzu, 2 łyżki soku cytrynowego. Włożone do dobrze nagrzanego piekarnika, pieczone przez 20 do 30 minut. Ryż na sypko i surówka. Podane w porcelanowych talerzach. Delikatna porcelana. Kwiaty na dnie talerzy. Smaczny akcent...
- Tak! - wbił się w OBRAZ I Ogrodnika Smętny Nerkowiec, który kiedyś zaczął studia chemiczne. - Tak, tak. Jasne i oczywiste - ciągnął, ale już w celu upewnienia siebie w OBRAZIE.
Smętnego Nerkowca OBRAZ I: Osiem osób w pokoju z kwiatami. Opadające kalie. Męczeństwo kwiatów: droga krzyżowa kwiatów na ścianie. Szeroki brązowy zaciek na ścianie okiennej w kształcie żaby. Kamień wapienny CaCO3 prażony daje wapno palone Ca0: CaCO3 = Ca0 + C02. A samo gaszenie: Ca0 + H20 = Ca(OH)2. A gdyby tak pomylić bez prawa zachowania masy? Bzdura, coś jak 2 x 2 = 5. Wapnuje się nim ściany. Później zacieki. Wapno gaszone reaguje z dwutlenkiem węgla C02 zawartym w powietrzu, dając CaCO3. Kamień wapienny. Chyba: Ca(OH)2 + C02 = CaCO3 + H20. Plama: woda płynąca z dachu wypłukuje z dachówek drobinki brązu i osadza je na ścianie. Przy wypalaniu dostarcza się ciepła w piecach. Przy gaszeniu wydziela się ciepło. Woda aż wrze. A na ścianach znowu utwardza się w kamień. Powoli. Dwutlenek węgla z atmosfery. Ciepło z atmosfery, ale gasić się już nie da. Magiera w gaszonym wapnie gotował jajko. Głupia sprawa. Tego się nie da jeść. Fasolka - solona. Ogórki - korniszony. Czereśnie za wcześnie zerwane, w samą porę sprzedawane: ceny dające możliwość uzyskania największego dochodu z jednego drzewa. Później przyrost masy jadalnej nie rekompensuje spadku ceny owoców. Ekonomia. A ogórki czuje się przez tydzień w przewodach moczowych. Po wypiciu tych szczyn marki polo-cockta odbija się, jakby się jechało po kocich łbach drewnianym wozem. Żona brata doktora znowu nie takie cudo. Grube wargi jak z obrzękiem. Nogi tak. Ale nie same nogi. Córka - straszny wypłosz. Włóczy się z nią po mieście, aby nie zaszła w ciążę. W tym wieku. Łysy rozpustnik z widelcem w jamie ustnej. Mógłby wbić w siebie dziesięć szprotek przy jednym otwarciu gęby. Ktoś zawrócił do drzwi. Wszedł. Jeszcze jeden. Piwo perli się na szkle. Duże piwo. Radeberger Pilsner, Luxusklasse, Export, Gebrant und Abgefult im VEB Radeberger Exportbierbrauerei, Deutsche Demokratische Republik. W rogu R. Ładna nalepka. Dobre piwo. Pięść na stole i sześć piw. Ta jego córka z twarzą anioła. Ale nie sama twarz. Zresztą, reszta też. To tak. Kiedyś na łące z chłopakiem. Tuż przy .kolanku.. Zimna woda, a później: tu mnie boli, mamo, i czasem mnie ciśnie w dołku. Często lata się za urynałem. Rozkład ciała ludzkiego jest bardzo skomplikowany. Tyle pierwiastków; gnicie i utlenianie; najpierw oziębianie do temperatury otoczenia. Dziś w południe 34°C, teraz 21°C, nocą 14°C. Leży, nudzi się, stygnie, ogrzewa się, rozkłada, utlenia. Dziewczyna. Śmierć mężczyzny to jednak coś bardziej humanitarnego. Żona brata doktora ma jednak biust. Męska zabawka, a tyle problemów przysparza kobiecie: mycie. Pod biustem zbiera się brud, ilość brudu rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości biustu. Pusty talerzyk po czereśniach. Kilka pestek. Nie taka znowu brzydka ta smarkula. Doktor dobrze odżywiony z włosami o zdrowym połysku. Nie przepada za bratem, za tym łysym onanistą. Olbrzymia dziura w ścianie, a pieca nie ma. Wyniesiony na lato. Wróci. Nóż - brzdęk i na podłodze. Plama piwa na obrusie. Te ciągłe rozmowy przerywane przełykaniem pogryzionej fasolki, dobrze oślinionej dla ułatwienia trawienia. Dobry gospodarz własnego organizmu dba o niego...
- Dobrego wieczoru życzę wszystkim - rozdarł Smętnego Nerkowca OBRAZ I wchodzący Jajogłowy Kowalski.
- Z podziękowaniem, z podziękowaniem - powiedział ktoś, prawie nikt.
...pańskie oko konia tuczy albo i nie. Fasolka dobrze odżywiona dobrze odżywia organizm. Fasolka, ogórki, sałatka, czereśnie odżywione mocznikiem - 46% N, saletrą amonową - 33% N, saletrzakiem - 25% N, saletrą wapniową - 15,5% N, superfosfatem, supertomasyną, mączkami fosforytowymi, siarczanem amonowym, solami potasowymi i wapnem. Szkodniki zatruwa się truciznami; wszystkie te genialne świństwa wykańczają człowiekowi nerki. Kwiaty w doniczce. Kalie. Zwiędłe. Rośliny pobierają nawóz, który przenika przez ich błony komórkowe. Dopiero wewnątrz komórki (pod wpływem substancji noszącej nazwę ureaza) mocznik rozkłada się do amoniaku i ten zostaje wykorzystany przez roślinę do wytworzenia złożonych organicznych związków azotowych. Okno uchylone. Ta kobieta z kobiecością między ciałem a ubraniem. Ktoś wyszedł. Olbrzymia plama na obrusie. Cieknące piwo Radeberger - Luxusklasse. Plama na ścianie: żaba rozdeptana, zieleniejąca na obrzeżach. Czereśnie już są trawione. Ktoś wszedł: jego matka i matka doktora, i matka bohaterki dnia. Śmierć jest bohaterstwem dla wszystkich, każdy coś z niej ma: unosi się w górze, istnieje substancją lęku i niemożliwości. Czereśnie strawione. Pracuje jelito grube. Jednak ładna ta smarkula z twarzą-obrazkiem...
- Mamciu, dlaczego - przerwała i zakończyła Smętnego Nerkowca OBRAZ I ONa. - tatuś znowu nie kupił mi tych stukartkowych zeszytów w grubej oprawie?
Za oknami wieczór opadł niżej. Delikatny powiew wiatru fantazyjnie pofałdował firanki. Wilgoć przedostała się do wnętrza.
- Kupi! Jeszcze ci przecież kupi - odpowiedziała ONA., poprawiając wyraz twarzy na bardziej towarzyski.
ONA. miała wyraz twarzy bardziej towarzyski i usłyszała:
- Kupi!? Kupi!? Przecież już będą sklepy pozamykane - powiedziała ONa. z goryczą, a z rozkoszą widziała swój OBRAZ.
Jej OBRAZ I: Talerz z wiśniami, a na spodzie malowane owoce. Piwo. Stryjek już wypił trzy. Poplamiony obrus. Ojciec Romka, który nie przychodzi na wywiadówki. Zośka pisze do Romka, kaligrafując, długie listy i przesyła pod ławkami. Na pewno dostanie dwóję na okres z historii. A z kinem marudzi już przez miesiąc. Te dziesięć groszy ciągle uwiera w udo. Mama wpatrzona w stryjka. Głupio zagadał ten Ogrodnik o cioci. Ładne były te skarpety, które dała mi na urodziny. Tatuś nie lubi fasolki, nigdy nie lubił. Stryjek ma pobrudzony kołnierzyk koszuli i błądzący wzrok. Jutro znowu pójdziemy się kąpać. Roman jest już wspaniale opalony. Te jego nowe spodenki z Pewexu. .W okresie romantyzmu większość utworów literackich była poświęcona miłości.. Rechot całej klasy. Albo: .Tangens alfa to stosunek przyprostokątnej przeciwległej do przyprostokątnej podległej. - świetny ubaw. Tales jeszcze do dziś nie może tego zapomnieć. Ładne wzory rybek na firance. Szproty w oleju. Małe rybki bez główek poukładane poprzecznie w płaskiej puszce. Mama mogła włożyć tę czarną bluzkę z jerseju. Zapach wody kolońskiej .Miraculum.. Ogrodnik - gdzieś już widziany. Obrazek z żaglowcem Stefek maluje lepiej. Brzydkie ściany: zawsze w każdym domu kwiatki z wałka. To już zupełny wieczór - psy ujadają przy płotach. Okno lekko uchylone. Połknął prawie dwa opakowania drobnych szprotek: na puszce kowboj na koniu. Piwo. Tyle piwa. Tatuś kiedyś pijał litrami. Teraz już nie. Jesienno-wiosenne bóle. Bałagan na stole. Gdybym miała zeszyt, mogłabym odrobić te lekcje, a tak?... Jutro. Dziesięć minut wcześniej wystarczy; Iza ma zawsze, Jurek za nią robi; drugi rok politechniki; wspaniały wariat, ale wyprawiał na plaży; wieczorem rajdowe piosenki: .syn twój zgłupiał na potęgę, taki dureń syn twój jest.. Syn Niemena, przychodząc na świat, zawołał: .Dzi-wny je-est teeen świaaat.. Wtedy nad rzeką. Dobrze, że łoziny osłaniały widok. Strój w groszki. Teraz jest już za ciasny: uwiera pod piersiami. Zośka ma biust jak stara Blacharska. Myśli, że chłopcy tylko za tym latają. Ogrodnik. Została jeszcze piętka. Lubił piętki z lecytynowego chleba. Świeży, z grubą warstwą masła i miód, i mleko. .Delicyje. - jak mawiał wujek. Brzęczący nóż. Upadł. Ogrodnik je za czterech. Niezgrabny kaleka. A tam... - ONa. skończyła swój OBRAZ.
Jego OBRAZ III: ONa. ubrana skromnie w szarą spódniczkę z pionowym rozcięciem. Fałdy od pasa ku dołowi, wzdłuż uda. Miękkie ugięcia uwydatniające skrytą bryłę. Szeroki huculski pasek. Połyskująca klamra. Bluzeczka, kołnierzyk wprowadzający nieład. Prawie doskonałość w kompozycji. Odbicia. Refleksy. ONa. w kompleciku .Cora.. Figi ze złotymi niteczkami. Biustonosz - nie podtrzymujący, ale obejmujący piersi. Diamencik między wzgórkami - w .dolinie rozkoszy.. Błyski. Kłucia światłem. Światło odsłania uda, rysuje je dokładnie. Owal twarzy obramiony połyskliwym brązem. Palce skubiące róg obrusa...
ON. zdał sobie sprawę, że przecież ten obraz jest mu już znany, że powtarza go sobie wzrokiem. Zakończył więc swoje widzenie OBRAZU.
- Późno. Późno już - prawie zamknął jego OBRAZ III Smętny Nerkowiec. - Wieczór zapada nagle, prawie jak w tropiku.
- A. Albo... - chciał niby zaprzeczyć ON.
- Mamciu - powiedziała ONa. - Dlaczego nie idziemy do domu? Nie skończyłam jeszcze geometrii - mówiła ONa., wpatrując się w okno, w gęstą siność, prawie ultramarynę.
Rozbiegł mu się OBRAZ, nie było w nim spójności. ON. widział wszystko oddzielnie: stół, kieliszek, kieliszek, kieliszek z wodą, butelkę po piwie, puszkę po sardynkach, plamę na obrusie, okno, kolor w oknie, gwóźdź...
- To ja już będę państwa żegnał. Do widzenia. Do widzenia - kłaniał się na boki Smętny Nerkowiec. - Do widzenia i dziękuję. Do widzenia. Dziękuję.
Wyszedł. O jednego mniej. W pokoju dużo mniej. Inny obraz w pokoju dla obecnych w pokoju. Inne OBRAZY. Wszyscy tracili panowanie nad swoimi OBRAZAMI. Wstali. Harmider. Pożegnania. Podanie dłoni. Mlaskanie. Poruszony OBRAZ; poruszone OBRAZY. Kiedy ON. znalazł się na podwórzu wraz z innymi, popatrzył w górę. Zatrzymał na chwilę obrót głowy i pomyślał, że śmierć to właściwie nic wielkiego: proste przebywanie bez czynności i obowiązku myślenia. .Odczepcie się ode mnie, rzeczy - powiedział sobie cicho. - Odwrócona złotówka. I cóż w tym wielkiego? Siostra zmarła. Martwa. Nie żyje. Odwrócona złotówka: reszka, orzeł; pozostaje grzbiet. Na nim ząbki. Ząb-ko-wa-na-zło-tów-ka..
- Przykre - powiedział do niego idący z boku. Bardzo przykre. Najpierw naokoło, a później dotyczy to ciebie...
Nie! Nie!! - prawie krzyknął w zakłopotaniu ON., a chciał powiedzieć: .Niezupełnie pana rozumiem.. Po kilku krokach ON. wyzwolił się z przykrego wrażenia i w poczuciu bezpieczeństwa, że to zdanie nie dotyczy jego, szedł za córką.

Klisza nr 8  
Rzeczy, które zastał, wydały mu się znane
lub co najmniej widziane w innym pejzażu
Ilekroć ON. ostatnimi dniami wchodził do domu, był prawie zawsze podniecony - wydawało mu się, że to wypływało ze wzmożonego zaaferowania przedmiotami. Pamiętał co prawda, jak jeszcze kilka lat temu miewał tygodnie, a nawet miesiące, kiedy zwracał uwagę na rzeczy: liczył meble, ilość nóg wszystkich stołów i krzeseł, ilość gwoździ mocujących obicie fotela, grzbiety książek, żeberka kaloryfera, klepki podłogi, które ginęły pod meblami i jednocześnie sumował cyfry. Z cyfr starał się wyciągnąć jakieś wnioski; nie miał przygotowanego toku rozumowania, ale fascynowały go same cyfry - tkwiąca w nich magia możliwości. W pracy starał się odtworzyć obraz wnętrza pokoju. Nie było to łatwe bez rysowania. Druga szuflada od góry w jego biurku była zapełniona szkicami i rysunkami sytuacyjnymi jego pokoju, a jednak nigdy nie doszedł do doskonałości: do pewnego obrazu rzeczy w pokoju. Zastanawiał się nad tym. Po jakimś czasie zaniechał pracy nad tym problemem, który stopniowo powszedniał. Nawet zdawało mu się niekiedy, że było dziecinne z jego strony to ciągłe zastanawianie się nad tak błahymi sprawami. A jednak dziś, gdy wszedł do siebie o godzinie siedemnastej, może kilka minut po, wydawało mu się, że panuje tu nieład, który kiedyś już zapamiętał, mimo że przedmioty pozornie były na swoim miejscu, tak jak je pozostawił, wychodząc rano do pracy. Wyczuł jakąś świeżość sytuacji - coś, co właściwie tkwiło między przedmiotami. Nieuchwytne jak sama myśl o tym i, kiedy trzask zamka zamarł, ON. powiedział:
- Idea to myśl o jakiejś możliwości.
Pomyślał, że jeżeli jego życie składało się jedynie z wielu możliwości, to i tak było to życie stracone: nie zaznał wolności. ON. wyprostował się i stojąc naprzeciwko ciepłoszarej ściany, stwierdził:
- Wolność polega na możliwości nieczynienia wyboru.
Noc była świetlista, jakby rozjaśniona zorzą polarną: fosforyzowała przedmioty. ON. leżał na dużym łóżku ze skrzypiącą sprężyną w prawym rogu, tuż u wezgłowia. Był niby-zdrowy. Z pokoju żony dolatywał szelest spokojnego snu. Szpara w niedomkniętych drzwiach pokoju córki rzucała taśmę żółtego światła, które przecinało mocną kreską jego łóżko w okolicy okrytych kołdrą kolan. ON. chciał wykraść się powoli przedmiotom, które go bezpośrednio otaczały. Te dalsze, bardziej odległe uważał za mniej niebezpieczne, za takie, które mu nie groziły wprost - a przynajmniej ON. tak uważał. Sądził, że w swej chytrości wyprzedzi je, wyprowadzi na manowce, zagubi w swej drodze krętych myśli i przeinaczeń. Ale przedmioty połyskiwały narożami wyostrzającymi się aż do kłucia w mięśniach. Przedmioty rosły - może nawet nie całe, ale ich ograniczające linie, ostateczne granice masy. ON. zawsze wieczorami uważał, że jego mózg wtedy właśnie pracuje najsprawniej,
i w tych porach rozstrzygał najważniejsze kwestie życiowe: sprawy dotyczące jego i córki, sprawy brata i żony. Właśnie wieczorami, kiedy mrok się układał w szczelinach przedmiotów i załamaniach, w wąskich zaczernieniach, miejscu próżni świetlnych, ON. wpływał na przedmioty, rozsiadał się na nich swoimi myślami, a w ostateczności zdawało mu się nawet, że i ciałem, wyzbywał się możnego lęku przed nimi, one rozpływały się w bezkolorowości miejsca, w jakim je ustawił, gdy jeszcze były widoczne. Dziś jednak nie był zupełnie pewien, czy zawsze tak właśnie było. Pręga światła przecinała przestrzeń jego pokoju na dwie części. Ostrym cięciem rozdzielała wszystko, co się w nim znajdowało. Światło jak nóż wdarło się w świeży miąższ łagodnego i żywego, jeszcze parującego wnętrza ciemności. Ożywiało fragmenty całych organizmów, czyniło je kalekami, dawało życie jedynie częściom, poszczególnym mięśniom, a później pobudzało je do nerwowych skurczów przed jego oczami, i to go właśnie wyprowadzało ze zwykłej pewności siebie. Lekki wiatr wiejący jakby od przedmiotu do przedmiotu wzmagał się: gradient sił wzajemnego przyciągania wzrastał - może nawet ciało stało się rzeczą, bo wydawało mu się przez chwilę, że to parcie powietrza właśnie na nim się zatrzymywało, pod jego wpływem ciało stawało się próżnią, która się pogłębiała. ON. musiał ruchem ramienia opadającego na udo wyrwać się z niepewności gęstej i męczącej. Udo okryte elaną zamortyzowało upadającą masę. Zatrzepotało komórkami i zamilkło. ON. szedł. Ruch w nim zamierał zupełnie. Układał się częściami. A rzecz wielka rosła. Pęczniała nie w nim, ale obok niego, wypierała go z całego miejsca na łóżku. Wrastał w nią lub ona w niego - zatracał panowanie nad własnym ciałem. Rytm pracy organizmu stał się nierówny. ON. słyszał jeszcze, jak oddycha obok niego żona, ale ta już stała się rzeczą i złączyła się z inną, ingerując w przestrzeń, która go wypierała. ON., lękając się, sprawdził działanie strun głosowych i wydobył z siebie:
- A!
Dźwięk trzepotał zamkniętymi ścianami. Cichnął. Opadał. ON. starając się nie czynić hałasu, obszedł nocną szafkę. Uchylił nieco górny lufcik okienny. Zawias skrzypnął. Wydawało mu się, że żona otworzyła oczy i zaraz je zamknęła. Zbliżył się do łóżka. Oddech szeleścił. Miarowo. Zupełnie. Wyminął znowu zręcznie szafkę i usiadł na krześle. I nagle, właśnie teraz, nocą, wydawało mu się, że nastąpiła zmiana. Było tak, jakby nagle ktoś uderzył go czymś płaskim, z szerokim, mocnym rozmachem w pierś. Jakby wróciła mu nieznana, długo nieodwiedzająca go myśl. Bicie serca było jak nagły przypływ nadziei, wielkiej różnorodności możliwości - wszystko to zwaliło się na niego i opadł na siedzenie krzesła. Długo tak siedział i był tak nieskończenie długo wśród oddechów żony. Wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Łagodne, ciepłe powietrze napływało lufcikiem. ON. nie czynił ruchu, bo znowu wydawało mu się, że żona może go podglądać. Sam nie wiedział, dlaczego, ale bał się tego. Przygotowywał nawet różne, wariantywne odpowiedzi na wypadek, gdyby go zapytała, dlaczego tu przyszedł. Dlaczego nie śpi. Jednak żadna z nich nie wydała mu się wiarygodną. Postanowił odpowiedzieć wymijająco, że przyszedł otworzyć lufcik. Odszukał w mroku twarz żony. Umiejscowił nogi: nieco podkurczone. Odnalazł w sobie jakąś dawną, już wystygłą chęć dotknięcia jej łona. Nie wiedział, skąd to się wzięło. Ale czuł to w sobie: gładkość i ustępliwość miękkiego ciała. Doleciał go zapach włosów: puszystych, długich, opadających na pościel. Nie dostrzegał ich, ale zachwycał się ich splotami, układem i blaskiem.
ON. wszedł do pokoju wraz z klaśnięciem klamki. Zapadła się, zamykając i kończąc jego wejście. We wnętrzu pokoju odczuł siebie wyraźniej, i gdy okrycie opadło na poręcz krzesła, przypadła mu w udziale większa swoboda. Ten dzień zakończony gęstym mrokiem był ułożony prawie na dobre w jego pamięci, dobrze spełniony. Do klamry dnia brakowało niewiele: kupić córce zeszyty. Tak jakby dzień został niedomknięty i przeszedł w noc. Ta mała nierzetelność nie pozwoliła mu na delektowanie się miękkością oparcia fotela, ową delikatnością łaskoczącą naskórek.
Burczenie w brzuchu zlikwidował przez wykonanie dwóch głębokich wdechów i wydechów. Nie dziwiło go nawet, że tak ważne elementy jego dnia, jak ranek, południe, popołudnie i godzina czternasta dziesięć, zostały mu w pamięci niewyraźną smugą. We wnętrzu, tu, był sam. Nie odnajdywał w sobie żadnego obowiązku, a jedynie możliwości: same możliwości. Przeciągając się przed lustrem, nie odczytał swego odbicia; przypomniały mu się dni, kiedy to wystawał przed szkłem, stwierdzając: .Przestałem rosnąć.. Lękliwie uzmysławiał sobie, że jego postać jest już uformowana i ustalona raz na zawsze, że taki już będzie. Od tego czasu b y ł, wyczekiwał. Wyczekiwał na moment, kiedy spełni się coś, co będzie świadczyło o tym, że akuratność jego poczynań sprawdziła się. To mogło być owo dobro, o którym marzył w kościele. Dobro w rzeczy samej. Nie istniała żadna wymówka, rzeczy go już przeżyły. Były już większe od niego, były w pełni glorii: cave ne cadas. Upadek zawsze był możliwy. ON. utrzymywał, że nawet był konieczny. Powolne podnoszenie się mogło nadać świeżości. Czekał. Co siedem lat komórki w jego ciele zostawały wymieniane. ON. odnowił się więc już prawie sześć razy. .Przestałem rosnąć. Przestałem już rosnąć. - ni to rozpacz, ni zwłoka. Może początek radości? Kiedy przestaje się rosnąć? To trwa dzień, sekundę czy rok? Czy też jest to tylko przedzielenie: linia między szesnastą dwadzieścia sześć a szesnastą dwadzieścia siedem? Wzrost zatrzymany. Ustalone: metr siedemdziesiąt jeden. Kilogramy ustalone. Mija ten moment, przekracza się cichutko, bez szelestu granicę - hop i jest się daleko, daleko w starości. Czeka się. Będzie się więc już ustalonym wśród innych. Uznają go za przedmiot trwały. Takim zostaje się na lata. Odnoszą się do niego z szacunkiem. Ojciec, mąż, pracownik, sąsiad, znajomy, znajomy z pracy, znajomy z ulicy, znajomy znajomego: łysiejący mężczyzna. O miejscach się mówi: .Ten dąb tam jeszcze rośnie, tylko wtedy kora była mniej spękana, gałęzie bardziej strzeliście ułożone, nie było gniazd wronich i mchu po północnej stronie pnia.. Jadąc pociągiem, odczytał na murze parowozowni: konieckoniec. Opowiadał bajkę córce, jak jechał do stacji, która leżała za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami i nazywała się konieckoniec, a tubylcy nazywali się ludzieludzie. Ale. Pokój zamknięty szczelnie zapewniał mu jakie takie alibi. Zdejmując marynarkę, upewnił się co do portfela. Jego obecność na właściwym miejscu przekonała go, że w najbliższym otoczeniu panuje porządek. Zapadając się w skrzypiące łóżko, wyzwolił spod kołdry nieco stęchłego potu, którego wyzbył się rankiem.
ON. założył ręce za głowę. Ciało rozlało się mniej więcej równomiernie w poziomie. Odpoczywał; bezruch kojarzył mu się z wyczekiwaniem. .Odpoczywanie na coś.. Odgłosy miasta wolno cichły. Słyszał muzykę: nasiąkał nią. Do każdej komórki ciała wpływało kilka dźwięków, sadowiły się i trwały. Do pokoju z impetem wpadła ćma. ON. zastanowił się, co ją zwabiło: .Pewnie refleks na nocnej lampce.. Ręką odnalazł skazę na prawym udzie. Ilekroć leżał na wznak, dotykał jej bezwiednie. Ten dotyk to była jego pieszczota. Sam potrafił się wprawić w zachwyt nad swoją postacią. Czyż nie był wspaniały? Nawet teraz, tu, wśród nocy i ścian, i mebli: wśród rzeczy. Wielkie zobowiązanie nie zostało spełnione. Dzień spełniony, spęczniały obowiązkami, odłożony, bez klamry: .Tatuś nie kupił mi zeszytów.. Wymówka, która wystarczy, by zdegradować jeszcze jeden dzień jego życia. Pater, peccavi. Tak ojcze, to fakt. Odejście siostry i przyjście cierpienia: horror vacui. Jego życie to przestrzeń, trzeba ją wypełnić mięsem zdarzeń: wstawaniem, jedzeniem i myciem zębów, sprzątaniem łóżka i pantofli, wychodzeniem z domu, zdawkowymi uwagami, witaniem matki, całowaniem rąk, klękaniem przy trumnie, spacerem w kondukcie, ocieraniem potu, jedzeniem na stypie, powrotem do domu, oglądaniem miasta, jedzeniem kolacji, rozbieraniem się, układaniem do łóżka - i już przeżyło się jeden dzień więcej. ON. stwierdził, że z tego dnia wypadła żona. Jej wielka .wycinanka. nie była w nim konieczna. ONA. nawet nie była tłem tego dnia. A oto już noc. Tak więc i w nocy jej nie będzie. ON. ciągnął otwartą dłoń po udzie; włosy jeżyły się: pieszczota.
Przepełniała go wspaniała łaskotliwość: jakby jego wnętrze było wyłożone futerkiem. Powieki opadły: oczy zamknięte. Ciemność nie zmieniła się. Czerń włosów ciągnęła się smugą nad nim. To była ONa. Jej włosy - połyskujący płomień czerni. Widział to ZDJĘCIE, nieco wyblakłe, technicznie beznadziejne:
ONa. tuż za ogrodzeniem z drutu, na trawie, kilka pogniecionych kwiatów, koc z gotyckimi fałdami, pomięta sukienka, daleka pręga rozmytego horyzontu i gorąc dnia. Dalej spopielała ziemia. ZDJĘCIE obcięte na ząbkującej gilotynie, z podgiętymi rogami. ZDJĘCIE z ubiegłych wakacji. Dostrzegał nawet (gdy długo się w nie wpatrywał) karnację jej ciała. To była ONa. Starał się umiejscowić fragment zastanego krajobrazu w reszcie istniejącego w rzeczywistości. Chciał go odnaleźć w okolicach miasta. Drzewo liściaste, którego część korony i pień starał się sobie przypomnieć, było i tak za mało mówiącym świadkiem tego dnia. Wydłużone cienie świadczyły, że ZDJĘCIE zrobiono późną popołudniową porą w kierunku na północny wschód. Plama na pierwszym planie to zapewne lecący ukośnie do kamery wróbel. Jedynym wiarygodnym świadkiem mogła okazać się wieża kościelna, ale ta była zbyt oddalona od kamery i jej drugoplanowość nie wyszła w tak ustawionej ostrości wyraźnie. Czytelność została jeszcze zamazana dymem pochodzącym zapewne z niewidocznego ogniska. Zagon ziemniaków, kopa siana, niskie krzewy przemawiały raczej za miejscem nad rowem albo w pobliżu rzeki. Z gestu, w jakim zastała ją kamera, można było wnioskować, że zwracała się do kogoś. Zresztą, na tle zagonu ziemniaków była prawie wyraźnie widoczna rozcapierzona dłoń o smukłych palcach. Ręka jakby coś opuszczająca albo przygotowana na uchwycenie czegoś. Zarys dłoni nie mógł być spowodowany wadą techniczną. Należała do kogoś. Odciął ją pion kamery: pars pro toto. Być może przy innym wywoływaniu dałoby się jeszcze odnaleźć więcej interesujących go szczegółów. Film był o nie bogatszy. Uszczupliła je też gilotyna. Jeszcze jedna wada ZDJĘCIA to złe płukanie. Być może woda, której użyto do płukania, była już stara. Od dołu postępowało rdzewienie powierzchni. To tyle, co zapamiętał. Ilekroć oglądał je, zawsze odnajdywał nowe szczegóły. To był pretekst, aby ciągle do niego wracać. Czytał je z pamięci. Fascynowała go jej postać, rzucona jakby w pośpiechu i nieładzie w gorący krajobraz. Sztafaż już był. ONa. została tam wprowadzona. A jednak wszystko było tam dopełnieniem jej portretu. ZDJĘCIE leżało w ciemności na płycie nocnej szafki, pod podstawą lampy. Wystarczyło wyciągnąć, rozprostować rękę i odnaleźć je szeleszczące i łamliwe, nieme bielą rewersu. Anonimowość drugiej strony była zupełna. Siłował się jeszcze z sobą wyprężony pod pościelą. Wierzył, że dziś, po tak forsownym dniu uśnie. ZDJĘCIE zostanie ze wszystkimi szczegółami, dziś będzie nietknięte. Teraz, kiedy nie patrzył na nie, kompozycja wydawała mu się beznadziejna. Nie było wyważenia całości; jej postać jakby unosiła się nad fragmentem łąki (jeśli to rzeczywiście była łąka). Głowa za blisko prawego brzegu ZDJĘCIA, co dawało złudzenie, że zaraz uderzy nią o odciętą część krajobrazu. Poziome, grube, tuż przy kamerze napięte druty nadawały rytmów rozbijających całość. Za mało powietrza. Sztuczność gestu wydawała mu się rażąca. Krajobraz jak u holenderskich mistrzów morskiego pejzażu: jedna czwarta wysokości to morze, a reszta to niebo. Jednak nie od razu w oczy rzucały się proporcje. Ogrom nieba był przecież dodatkiem uzupełniającym całość ZDJĘCIA, jak zapach lasu, który właściwie mógłby omamić każdego przebywającego nawet na pustyni, byle tylko zamknął oczy i wykonał kilka wdechów. Odczucie wspaniałego fenomenu, jakim jest las, mogło być zupełne. To, co przypominał sobie ze ZDJĘCIA, wydawało mu się w t e j chwili propozycją do tworzenia prawdziwego ZDJĘCIA, prawdziwego PEJZAŻU Z NIĄ. Należało jednak wyważyć elementy. Intrygowała go ręka. Mogła należeć zarówno do dziewczyny, jak i do chłopca. Trzeba by być doskonałym anatomem, aby to bezbłędnie ustalić. Przy niej musiał być jeszcze ktoś. Ten skromny gest, w którym uchwyciła ją kamera, nie był gestem skierowanym do tego, do kogo należała ręka; świadczył za tym wzrok dziewczyny ustalony w nieco innym kierunku. Różnica była czytelna: około trzydziestu stopni. Tutaj nie ma mowy o pomyłce. Stanowczo wykluczył ją za czwartym sprawdzaniem ZDJĘCIA. Tak więc co najmniej trzy osoby. Dwie dziewczyny i jeden chłopiec. Istniały jeszcze inne kombinacje logiczne, jak: dwóch chłopców i jedna dziewczyna - ONa., albo: trzy dziewczyny. Wydawało mu się mało prawdopodobne, aby ONa. była tam sama wśród dwóch chłopców. Mało prawdopodobne było też, aby były tam dwie dziewczyny i jeden chłopiec. Dwie dziewczyny też nie mogły być same. Przecież gest dłoni skierowany był do trzeciej osoby. A więc - trzy dziewczyny. ON. zastanowił się i stwierdził możliwość zaistnienia jeszcze jednej kombinacji matematycznej. Uznał ją nawet za pewność: były cztery osoby. Jeżeli postać z ręką czyniła jakiś gest, na który ONa. nie zareagowała, to gest ten odnosił się z całą pewnością do osoby czwartej.
- A więc - powiedział ON. - dwie dziewczyny i dwóch chłopców, zapewne nad rzeką. Opalali się.
ON. odetchnął swobodnie. Wydawało mu się, że rozszyfrował akcję ZDJĘCIA. A może nie - akcję? Dramat ZDJĘCIA. Sięgnął po nie. Trysnęło spod klosza światło. Pojawiła się ONa. szkłem na papierze. ONa... Kontury jej ciała niewyraźnie obrysowane linią, która wydawała się puszysta i rwąca. .Ciało bardziej miękkie i ustępliwe niż uważałem poprzednio. - pomyślał ON. Przepełniało ją rozleniwienie i wielki bezwład. Mogło to być spowodowane upałem i suchością powietrza, ale mógł też znaleźć inne powody, równie ważne i możliwe, na które nie chciał się zgodzić; bał się nawet zauważać istnienie innej możliwości. Inaczej ułożone - zmatowiało. Poprawił je i ożyło. Poziomy prostokącik. Odnalazł szczegóły. ONa. była wielką całością: bryłą, do której dokooptowano resztę. Drobne krzewy oddalone od niej o około czterdzieści metrów. Nie mógł dokładnie ocenić skali odległości ze względu na brak linii perspektywicznych. Jedynie wąski pasek ziemi oddzielający zagon ziemniaków od rżyska okazał się teraz dróżką, za czym przemawiały dwie równolegle biegnące, słabo widoczne koleiny, które łączyły się przed dymem i ginęły w jego zasłonie. Krzewy były z pewnością wikliną dziko rosnącą i szeroko rozpostartą na otwartej przestrzeni. .Wiklinę można spotkać na terenach podmokłych: nad rzeką, na łąkach albo przy rowach, w których długo utrzymuje się woda. - rozumował ON., poprawiając ułożenie lewej nogi. Szeroka korona wierzby też przemawiała za słusznością jego rozumowania. Dwie strzeliste, ogołocone od dołu z gałęzi topole były oddalone, prawie rozmywały się w mgiełce szarej ziemi i wypłowiałych traw. ON. poprawił swoją pozycję. Lewą rękę miał zdrętwiałą od ciężaru głowy. ZDJĘCIE błysnęło odbiciem światła żarówki. Kłucie w oku zmusiło go do jeszcze jednego wysiłku: potarł lewe oko. Powieka podwinęła się, co go przyprawiło o silne pieczenie. Na palcach pozostały mu dwie krople łez. Był nimi zdziwiony. Pieczołowicie roztarł je na pościeli i tak osuszywszy dłoń, poprawił ZDJĘCIE na poduszce. Starał się, aby jego oszustwo nie stało się jawne, mimo że mogło być bardzo wyraźne dla każdego, kto zadałby sobie nieco trudu i przeanalizował jego zachowanie chociażby w minionym dniu. Nie chciał jednak łudzić się co do tego, że istnieje możliwość doskonałego rozszyfrowania ZDJĘCIA. Ostatnie dni wiodły nieuchronnie do tego, że będzie wieczorami analizował tę dwubarwną fotkę wielkości karty do gry, nawet mniejszą: rozmiaru obrazka, jaki dają księża, chodząc po kolędzie. Tak, tylko że w ZDJĘCIE wpatrywał się prawie z nabożeństwem, z delikatną lękliwością, że odnajdzie jeszcze jakiś szczegół, który zburzy jego całą, tak misternie budowaną, piramidę dociekań i wniosków. Nie był to jednak zachwyt, lecz instynktowna powinność, od której nie mógł się wyzwolić. Doszedł do tego, że dwa dni wcześniej chciał nawet powtórzyć ten jej zamarły gest, który raz wydawał mu się sztuczny, to znowu tak swobodny, jakby przynależny jej sposobowi bycia. Często powątpiewał w swoje oczy, w ich zdolność ustalania obrazów. Wszak to one myliły go coraz to innymi nowinkami o ZDJĘCIU, nie pozwalając ustalić sytuacji .rzeczywistej..
ON. spogląda na ZDJĘCIE. ONa. jest na nim wyraźna, leżąca w bezładzie, z prawą ręką ukrytą w trawie tak, że palce są niewidoczne; z kolanami w kierunku dolnej krawędzi. Wspaniałe łuki kolan, skóra naciągnięta aż do połysku, mięśnie uporządkowane tak, że nie znać ich zwojów, uda ciągnące się ku górze bez najmniejszej fałdki, mimo że leżała z lekko skręconym tułowiem, stopy - jedna na drugiej, ale nieco przesunięte w poziomie. Prawa pięta zakryta. Palce stóp poprzedzielane delikatnymi cieniami. Górą ciało jej ograniczone jest wyraźną linią owalu, po którym wiódł wolno wzrokiem. Harmonijne ugięcia - jeszcze jedna zachwycająca go wspaniałość. Uważał, że za wolno odkrywa tajemnice ZDJĘCIA, że pożółknie ono, upodobni się do dagerotypu i czas pochłonie jego sekrety. ONa. Kiedy ma ją na co dzień, dostrzega ją zawsze w ruchu. To ZDJĘCIE to jedyna możliwość, to szansa, kiedy ruch jest zatrzymany. Ruch w czasie zerowym. ONa. zapewne już śpi w swoim pokoiku, pod kołdrą z kopertą niebieskiego koloru, w gęsto siane czerwone, żółte, białe i zielone różyczki. Sen obleka ją całą; ruch jest tylko częściowo zatrzymany. W ZDJĘCIU widział ostatnią i jedyną szansę. Aby ustalić właściwości rzeczy, należy je poddawać doświadczeniu, kiedy są w bezruchu. Ruch nadaje im energii kinetycznej, która wpływa na różnorodność wyników. Ruch odbywający się w czasie wprowadza jeszcze jeden element, który należałoby uwzględnić w doświadczeniu. ONa. śpi: wgłębia się w kierunku do nocy. Wyzbywając się ruchu, staje się prostsza, bardziej zrozumiała dla niego. Prawie martwieje. Siność nocy wypełnia ją całą. Wyzbyła się skrytości na moment, kiedy promienie świetlne odbiły się od niej, a także od otaczających ją tam przedmiotów i trafiły na błonę filmową, ustalając na zawsze ten gest. Tak powstało ZDJĘCIE - jego szansa. Wstrzymał na chwilę ruch oczu i zamknął je. Widział fotografię, na której migotały czerwono-fioletowe plamy, co przypominało mu letnie powidoki, kiedy to po spojrzeniu na słońce zamykał oczy - żółte, niebieskie i fioletowe plamy nakładały się na siebie, wirując w obłędnym rytmie, albo majestatycznie zwalniały. Jednak teraz miał do czynienia nie z plamami, lecz z kubistycznymi formami. Ich przestrzenność uważał za niezaprzeczalną, tak że mógł odczytywać ZDJĘCIE perspektywicznie. Ostrość konturów przedmiotów wypełniających ZDJĘCIE była nienaganna. Drugi plan zaś tak czytelny, że dostrzegł nawet wydłużone liście wierzby, i z całą pewnością mógł określić jej odmianę spośród trzystu gatunków: salix caprea, wierzba iwa. Wyraźnie były też obrysowane małe obłoczki o słabo zacieniowanych podstawach. Te chmurki typu cumulus świadczyły o dobrej, słonecznej pogodzie panującej w ten dzień. Prawy górny róg był wypełniony rozmytą formą, to jakby zarysy części talerza. Rozpoznał je jako chmurki cirrus uncinus, sięgające dziewięciu tysięcy metrów, takie, jakie zwiastują zbliżanie się frontu ciepłego. Zrozumiał, że mógłby zwrócić się do Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego z prośbą o ustalenie, w którym dniu letnim ubiegłego roku w godzinach popołudniowych nadchodził front ciepły nad rejon miasta. Nie wyobrażał sobie, aby ONa. mogła znajdować się wtedy daleko od domu. Jeżeli nawet wagarowała, to nie udała się przecież na opalanie dalej niż w okolice podmiejskie. Ilość frontów ciepłych nadchodzących nad miasto mogła być ustalona. Eliminacja postępowała dalej: ilość frontów ciepłych zakrywających miasto w godzinach popołudniowych nie była duża. Eliminacja mogła iść jeszcze dalej: ilość frontów ciepłych napływających nad miasto w ubiegłym roku w miesiącach letnich (czerwiec, lipiec) w godzinach popołudniowych, nadciągających z południowego wschodu była już zapewne niewielka. Jeżeli się weźmie jeszcze pod uwagę, że kierunek wiatru został określony jako południowo-zachodni, a siła jego wynosiła dwa do trzech metrów na sekundę - to takich dni mogło być: jeden, najwyżej dwa, trzy. Tylko dlaczego w tak mało słoneczny czas ONa. wybrała się z kocem na opalanie? Miasto musiało znajdować się w obszarze podwyższonego ciśnienia, gdyż rzadko zdarzają się fronty ciepłe w mocnym budującym się wyżu, gdzie ciśnienie szybko rośnie. Wskazywało na to, że wyż musiał słabnąć i ciśnienie spadało. Wtedy człowiek staje się ociężały, małomówny, powolność ruchów jest jakby przypisana. Oczywiście, należało brać poprawkę na jej (i ich) młody wiek. Wpływ spadku ciśnienia na organizmy nastolatków mógł być znacznie mniejszy, ale należało go brać pod uwagę.
ON. przesunął się nieco w prawo. Odbitka błysnęła jak flesz i pozostała rozmyta, mleczna plama, która za chwilę nasyciła się kolorami. Powyżej połowy pocztówki wyraźnie widoczny był punkt czerni, co przypominało mu obraz Odilona Redona .Cyklop.. Obraz przesycony czerwieniami i ugrami, z zielonkawym niebem jak morska woda i jakby opadającym bezwładnie ciałem dojrzałej kobiety. Pozorny nieład kompozycji nadawał wielokierunkowych napięć konstrukcji. Ekspresja była wspaniała. Fascynujący punkt czerni w białej oprawie. ON. rozmiłowany w ciemności zapragnął ten obraz przedłużyć w trwaniu. Opadł torsem na poduszkę. Autor niewiele robił sobie z faktu, że pejzaż rzeczywisty z leżącą kobietą byłby zupełnie inny. Odgrodził jedynie falistą, poszarpaną linią trzy czwarte powierzchni w pionie: górna część to niebo, niżej, w głębokiej czerni z żółtymi i czerwonymi plamami, jakby na kobiercu z pogniecionych kwiatów: kobieta. Pełna, dojrzała, o aksamitnej karnacji: ONa. Dla niego ten obraz był więcej niż prawdopodobny. Dla niego ten pejzaż istniał. ONa. w nim była, mimo że nie znajdował linii wysokiego napięcia ani pogniecionego koca (przyjął, że plamy ugrów, czerwieni, czerni i żółci są łąką, kocem, sianem i zagonem ziemniaków). Kluczem do pejzażu była ONa. Dwa obrazy - w każdym inna. Zniewalający aksamit ciała, róż oblekający członki, cienie, zaciemnienia kolorów na styku linii. Pejzaż wyprany z drzew, z wypranym niebem jakby odbijającym akcję na ziemi. ZDJĘCIE I OBRAZ, OBRAZ i OBRAZ czy ZDJĘCIE i ZDJĘCIE?
Spadek napięcia prądu w przewodach: żarówka zamigotała jak łopoczący języczek świeczki. Spięcie gdzieś na linii albo ktoś podłączył duży odbiornik. ONa. podłużna, pozioma, czekająca na wypełnienie kolorem - taka na ZDJĘCIU. NA OBRAZIE w delikatnym ukosie, na rozbielonych żółciach, z głową opadającą na rękę ugiętą w łokciu. Chmura włosów płomiennych, rozwianych nad czołem, poszarpane linie konturów, ciężar napiętego brzucha. Ziarnista faktura farby. Rozkosz, jaką brał od kobiet, zawsze umiejscawiał w brzuchu, w metalicznym wnętrzu, odciętym od przestrzeni liniami załamań światła, szlachetnym obrysem kształtu, wcięciem w trójkąt cienia poniżej bioder i rozdwojeniem ud. Powielenie jedności: podwojenie jedności. A więc możliwości. Gdyby nie znalazł ZDJĘCIA - nie znałby moż1iwości. A gdyby nie odnalazł z pamięci obrazu .Cyklop.? Wspaniała rozrzutność pamięci. Męcząca rozrzutność pamięci.
ON. rozprostował zdrętwiałą nogę. Rzepka przeskoczyła mu z chrzęstem. Rozkopał pościel, gdyż zrobiło mu się gorąco. Mały pryszczyk wprawił go w zakłopotanie: wstydził się nieco, że jego ciało nie jest już tak doskonałe, za jakie je zawsze uważał. Te malutkie na pozór skazy stawały się bardziej dokuczliwe niż kłujące napady bólu w dołku w okresie wiosennym i wczesnojesiennym. Nie mógł porównywać swego ciała z ciałem ze ZDJĘCIA. Zażenowanie jego było tak wielkie, że starał się zmylić sam siebie, zmylić własne myśli, wprowadzić je na inny temat. Nie było to proste. Te drastyczne porównania wracały. Najprostsza metoda doświadczenia: porównania. ON. musiał zmienić pozycję ciała. Drętwota nogi ustąpiła. Żarówka zamigotała. Chłód owiał go całego. Wydawało mu się, że te szczegóły, jakie ciągle odnajdywał, mogły go zmylić, że jakiś błąd tkwi w jego rozumowaniu: błąd w samym założeniu, który czynił go bezsilnym. Otworzył oczy. Wielka kłująca jasność wlała mu się do wnętrza, i kiedy rozcieńczyła się tak, że mógł dostrzec naroża przedmiotów, zauważył biegnącą prawie po przekątnej ZDJĘCIA kreskę załamania. I gdy widzialność przedmiotów klarowała się, dostrzegł jeszcze inne załamania i pęknięcia lica ZDJĘCIA. ON. godził się na swoje znamię. Nie stawiał warunków. ZDJĘCIE ze skazami, których powodem był ON. Jego ciało ze skazami, których powodów dopatrywał się w sobie. Na ZDJĘCIU miał ją zastygłą i bezbronną, co pozwalało podjąć próbę ustalenia relacji: moje ciało - jej ciało, mój duch - jej duch, moja miłość - jej miłość; uogólniając: ja - ONa. Skazy mogły powiększyć błąd.
- Zamiast przybliżać się do rozwiązania, oddalam się, zygzakuję, macam, dotyk mnie myli - powiedział ON.
To, że powiedział zdanie ni to do siebie, ni to do otaczającej go kompozycji przedmiotów, nie było jego sukcesem. Nie wymagał od nich, aby one go zbawiały, nie mógł też zapewnić im zbawienia od wieczornego zagubienia. Na to był za słaby. Zbyt angażował się za dnia. Rzeczy śpią - ludzkość śpi. Lekko oddychają, aby obudzić się i któregoś dnia wyjaśnić mu akcję ZDJĘCIA. Pęknięcia, skazy, zadrapania: wandalizm. Każda wielkość zdegradowana. Majtki od dwuczęściowego kostiumu plażowego. Żona kupiła go zapewne dla niej na ciuchach. Ojca zawsze omijały przy zakupach. Odrzucała kokieteryjnie włosy, których mogła mieć dużo, dużo więcej. Ciągłe kłopoty z myciem. Smród po wodzie z żółtkiem. Biegała. Może legła wtedy zmęczona. Chociaż sztywność pozy nie przemawiała za tym. Chód miała piękny, kołyszący. Niedotrzymana obietnica.
ON. poruszony własnymi słowami poruszył się cały; poruszył łóżko; poruszył ZDJĘCIE, które opadło liściem na poruszoną znacznie mniej podłogę, która poruszyła jeszcze mniej ulicę, która poruszyła jeszcze mniej miasto, które poruszyło już w bardzo małym stopniu cały kraj, który z kolei poruszył, ale to już bardzo mało, cały kontynent, który być może w małym stopniu zadecydował o słabym drgnieniu kuli ziemskiej, co z kolei mogło wpłynąć na jej orbitę. ZDJĘCIE podległe sile ciążenia i siłom przyciągania. Minimalnie przyciągane minimalnie przyciągało. ZDJĘCIE było bezwzględne. Pokazywało tyle, ile w nie wlano światłem, ile wytrawiono kwasem. Obojętne i połyskliwe leżało na podłodze, rogami zachodząc na szpary między malowanymi na brązowo deskami.
ZDJĘCIE-prawda. ZDJĘCIE-tajemnica, ZDJĘCIE-plotka, ZDJĘCIE--świadek, ZDJĘCIE-dowód, ZDJĘCIE-OBRAZ. Jak pokryta rybią łuską zaszyfrowana wiadomość o jego córce. Mówiło jednoznacznie o zastanej chwili, o ułamku sekundy tyle, ile trwało otwarcie i zamknięcie przesłony aparatu fotograficznego. A przecież inne możliwości tkwiły rozwleczone w czasie godzin, kiedy słońce opalało. W letni, gorący dzień, gdy konwekcja powietrza trwała, gdy ruchy pionowe niosły nagrzane masy ku górze i zwieńczały słupy powietrza chmurkami typu cumulus. Więc jak...
ON. prawie z rozpaczą odrzucił ciało i opadł plecami na pościel. Znieruchomiał. Mięśnie rozpierzchły się, stawy rozluźniły. Bezbronny z odsłoniętym podbrzuszem. Poprawił ręką pidżamę między nogami. Uwierała go już długo; od razu poczuł wspaniałe odprężenie. Pogładził łysinę. Ta ilość włosów, którą miał na głowie wprawiała go w przerażenie - podobnie jak wtedy, kiedy stwierdził: .Przestałem rosnąć.. Albo dziś w kościele. Prawie był pewien, że widział Boga. Przysiągłby na swoje życie, dałby je w zastaw. A teraz... Nie jest już tego pewny. Kolumna - to był Bóg. A gdy zwątpił, gdy ochłodził się nieco, dostrzegł ją. ONa. była kolumną. Te uda ciągnące się hen, za pole widzenia, to delikatne rozdwojenie wypływające z brzucha, gra naciągniętej skóry, ruch pełznący po powierzchni, niknący w cieniu włosów (zawsze ciemniejszych niż na głowie). Tak. Chce. Pragnie, aby jedną noc ONa. była z nim. Obiecuje sobie, obiecuje jej, obiecuje Bogu, że nie będzie jej dotykać. Oddany, pewny, łaknący, nawet drżący z pożądania. Tak. Będzie leżał, oddychał i patrzył na nią. Musi patrzeć. Zawsze z żoną zapalał żarówkę. Ta sama nocna lampka. Rozkosz musi być wzięta po męsku, z otwartymi oczyma. Gdzie wstyd? Dlaczego?
Głęboka rysa na suficie. Odpryśnięty gips. Brzuch mu falował. ON. powiedział dla upewnienia siebie:
- Znacznie więcej ma ONa. z miłości do córki niż ja. Chciałbym ja ją urodzić. Wielka niesprawiedliwość Natury tkwi w fakcie, że urodziła ją ONa. Ja. Ja J. J. j. Powinienem jednak ja. Oszukano mnie. Oszukano mężczyzn, a ci durnie tego nie rozumieją. Uganiają się za dupami, aby im wyświadczyć przysługę. Kurwy to pojmują. Wielkość należy do nich. My jesteśmy potrzebni tylko chwilowo. .Daj mi to, Jasiu.. Skrzypiące łóżko, ocieniony lasek, pokój hotelowy albo, kiedy nie ma nikogo w domu, pokój kolegi. I, panowie, jesteście wolni. Nie do was sprawa należy. Nikły procent udziału. Wymusiliście na nas te pieszczoty. Tyle wam dać możemy - szeptał ON. - Nikły procent. Czego jeszcze? Czego jeszcze? Wielkość tworzenia należy do nas. A tak. A tak, do was - dodał ON.
Zamilkł. Budował obraz. To była ONa. w dzisiejszym, minionym, rozwleczonym aż do nocy dniu. Ten trójkąt cienia wcinający się pod spódniczką. Lśniąca skóra kolan, uda pod stołem zastawionym żarciem. Falowanie brzucha. Sprawdzał rytmiczność. Kwiat oddycha. Opadają piersi, mięśnie pracują pod staniczkiem. Pragnął wyzwolić się od pożądania. To było zbyt mocne. Uległ.
- Gdy będzie przy mnie - powiedział ON. - Gdy będzie przy mnie - powtórzył - tooo. O! O! o, o.
ON. zrzucił z siebie okrycie. Jego ciało lekko wilgotne, jakby otrząsnął się z wody. Brzuch przesłaniał mu perspektywę nóg.
Ranek. Telefon: mało dźwięczny sygnał dzwonka centrali. To był chłodny ranek. W nocy pogoda była wyżowa. Wyż skandynawski. Ciśnienie ponad 1040 hPa. Okropnie dużo. Ani chmurki na niebie. Dzwonek. ON. ociągał się. W połowie szóstego sygnału podniósł słuchawkę:
- Tak, słucham.
Ranek. Ani jednej chmurki. Same muchy. Prześladują go te muchy.
- Ja, oczywiście, ja - powiedział ON. - Tak, rozumiem, tysiąc. Dobrze. Tysiąc. Tak. Tak. Wszystkim ogromnie przykro.
ON. opędzał muchy.

Klisza nr 9  
ON. w rzeczach  
odnajduje  
nowe nadzieje
ON. wyczuwał już tę burzę, wyczekiwał jej od rana. Zanim słońce nagrzało ziemię do odpowiedniej temperatury, ON. formował ją w swoim wnętrzu okrytym marynarką z elany. Burza powoli, przez całe popołudnie zasysała siły, organizowała się wolno, planowo i z rozmysłem. Zwlekała aż do wieczora. Nie wysilała się na wysokie cumulonimbusy. Płoszyła ptaki i zganiała je w stada, układała gałęzie drzew, rozczesywała je, gładziła jeszcze w jasnym słońcu powierzchnię wód stawów, rytmicznie pochylała łąkę. To już. Już wtedy była burza. O tej porze, kiedy ON. zaczynał pojmować burzę, gorące słupy powietrza odrywające się leniwie od nagrzanych lasów nabierały rozpędu pionowego i obrotu wirowego, zgodnie z ruchem wskazówek zegara parły w górę, aż do warstwy kondensacji i płaszczyły swoje szczyty. Kolumny gorącego powietrza ustawiały się coraz głośniej, w coraz to regularniejszych odstępach, a ich podstawy stawały się coraz słabsze, wątlejsze; kapitele rozrastały się do potwornych rozmiarów kowadeł, poszerzających się w jednym poziomie nad ziemią jak szklane, grube płyty.
Chłodne powietrze z szelestem ocierania się na granicy ciepłego opadało ku dołowi, odbierało energię i parło w górę. ON. rozumiał, że taka cyrkulacja ciągle przyspieszana może trwać najwyżej kilka godzin: to musi się rozładować. Im później - z tym większą energią.
- To będzie wieczorem - zawyrokował.
Skwierczenie radia docierało do niego wyraźnie, nawet nie przez uszy, ale przez pory skóry, która dziś zmiękła, nasycona gęstym powietrzem, stała się nieco błyszcząca, co ON. zauważył, gdy zaciskał dłoń położoną na białym obrusie. Radio samo przestrajało się i słyszał teraz dalekie trzaski, to znowu wibrujące buczenie. Przywodziło mu to na myśl kiwającą się w tym samym rytmie postać starca pod kościołem, to znowu ostre wizgi i urywki wyraźnie muzycznych dźwięków; jeszcze kilka regularnych dudnień, tępych i pewnych, i jeden zrazu niski, potem przesuwający się w regularnej prostej w szeregi tonów wyższych dźwięk zawładnął nim i prowadził go dalej, wąskim korytem, szczelnie obłożonym ciszą, po bieli obrusa do przodu. ON. prostował nerwowo palce. Zdawało mu się nawet, że wydłużają mu się one wraz z dźwiękiem, daleko przed nim, że to one go prowadzą jak macki owada. Przez chwilę nawet poczuł coś jakby twardniejącą skorupę palców, ale było to niepewne i otrząsnął się z tego. ON. wstał. Przekręcił gałkę radioodbiornika .Fon. - o dwadzieścia pięć minut w prawo i do pokoju wlał się głos nieco aktorski, z opanowaną dykcją i intonacją: .... arz o-en-zetu u tant powiedział na wtorkowym posiedzeniu rady be... - ON. przekręcił gałkę w prawo jeszcze o sześć stopni - ...kańskie superfortece b-pięćdziesiąt.... - jeszcze w prawo i do jego uszu doleciała jakaś wschodnia powłóczysta muzyka. ON. wsłuchiwał się przez chwilę i lewą ręką powoli, z rozmysłem wyciszał gałką regulacji natężenie głosu. Przekręcił do oporu, i jeszcze z małym naciskiem, aż wyłączył obwód prądu. Głośnik zamilkł, lampy powoli stygły. ON. wyprostowany jeszcze tamtym dźwiękiem podszedł do okna, odsunął firanki z wzorami rybek: zajął się burzą. Zdawało mu się, że ona się uosobi; skryta za sinym horyzontem, płynąca plazma rozlewa się tam, daleko i mrocznieje. Sama ustawia sobie wyłupiaste oczy jaśniejące fosforem, ciężkim cynowym krokiem usadawia się między ukrytymi górami, by wieczorem wypełznąć, wznieść się w górę i opaść z łoskotem ku dołowi, nabierając piekielnego rozpędu w spadaniu. .To potrwa jeszcze najwyżej godzinę - pomyślał ON. - no, powiedzmy - sto minut, a potem się rozpocznie.. ON. skoczył do telefonu: trzy, dwa, cztery, zero, osiem. Milczenie. Krótki sygnał centrali. Trzy, dwa, cztery, zero, osiem. Odetchnął: jest! ON. usłyszał najpierw trzask i zaraz spokojny kobiecy głos:
- Halo, IX Liceum Ogólnokształcące. Słucham.
- Proszę pani - powiedział niepewnie ON. - Chciałem się dowiedzieć, do której dziś ma lekcje klasa dziesiąta .c..
- Dziesiąta .c.? - usłyszał pytanie.
- Tak, dziesiąta .c. - powiedział pewniej.
- Do dwudziestej.
- Do dwudziestej - powtórzył ON. - Jeżeli tak, to za późno. Stanowczo za późno - recytował do siebie. - A. Proszę pani. Proszę pani, czy mogłaby pani zwolnić moją córkę wcześniej? A. Tak. Tak. No, powiedzmy około szesnastej trzydzieści. A. Tak. Tak. Tak. Bardzo pani dziękuję.
- Halo! - usłyszał. - Jaka burza? Proszę pana. Pan chyba żartuje! Jeżeli córka boi się błyskawic, to koledzy z klasy mogą ją odprowadzić do domu. Halo!
Zaciskał dłoń na słuchawce, a lewą ręką ugniatał czarny kabel i słuchał.
- Mogą ją nawet odwieźć samochodem.
- Proszę pani, żadnego odwożenia. Zaraz tam będę. Niech pani zrozumie. Nie życzę sobie żadnego odwożenia! - wołał ON.
Słuchawka opadła.
- A - powiedział. - A. Tak. No tak. Odwiezie samochodem. A. A. Samochód. Jeszcze tego.
Wyszedł z domu. Spacerując, zatrzymywał się na skwerach. Obserwował, jak kłębiły się roje dzieci. .One muszą mieć w sobie bardzo mało zainteresowania człowiekiem, zaś wszystko, co tyczy się rzeczy, jest u nich bardziej rozwinięte. - pomyślał. Przyglądał się też innym poczynaniom ludzkim. Widział ich olbrzymią różnorodność, nieskończoną ilość wariantów, odmian, tak że obawiał się możliwości zagubienia wśród nich, co zresztą narastało w jego umyśle już od dawna, ale wydawało mu się, że istotna cecha jeszcze nie została ustalona, że są to na razie jedynie elementy, i to może nie najważniejsze, te, które nie decydują o sprawie, ale ją określają i to niezupełnie. To zwalnianie kroku, gdy zbliżał się do zbiorowisk ludzkich, nie wynikało bynajmniej z jego wewnętrznej potrzeby, ale było koniecznością innego rodzaju. Kombinował. Szedł coraz spokojniej. Wydawało mu się, że właśnie tak wypoczywa. Oglądał, a właściwie podglądał ruchy innych. Starał się ustalić, czy istnieje jakakolwiek prawidłowość, chociażby możliwość prawidłowości w ruchach. Czy dałoby się przewidzieć następny po kilku wykonanych uprzednio? To wskazywałoby na możliwość prognozowania zachowania się człowieka na dzień następny, na tydzień, na rok itd. Tak jak istnieje Biuro Prognoz Meteorologicznych przy PIHM, przy ulicy Lotniczej 14-16. Instytut Prognoz dla Dziewczynek, telefon 666-666. Instytut Prognoz dla Chłopców, telefon 777-777.
- Wtedy wiedziałbym, co ONa. będzie robić jutro, pojutrze. Byłbym pewny. Każdy dzień miałbym pełny jej obecności i własnych poczynań.
Zwolnił nieco kroku, aby się zastanowić nad ujemnymi stronami tej możliwości. Przeszedł ostrożnie ulicę, uskoczył przed samochodem i gdy wgłębił się w tłum, zrozumiał, że ma przecież jeszcze wiele czasu, że będzie musiał spacerować, przyglądać się rzeczom i ludziom. Nad miastem, chybocząc się, z terkotem silnika przeleciał samolot w kierunku zachodnim. Ktoś uniżenie go pozdrowił. Pokiwał na powitanie głową. Oglądnął się, by sprawdzić, czy to aby nie był ogrodnik, którego już od dawna nie widział. W kieszeni klekotała mu zapalniczka, której długo nie używał, ale przyzwyczaił się do jej srebrnego chłodu. Szedł. Wiatr chłodził miasto, wymiatając ulice. Czas mu wzrastał: od godziny pierwszej do pierwszej dwadzieścia siedem przeszedł obok witryny szesnaście razy. Grzbiety kolorowych albumów wypełnionych reprodukcjami połyskiwały prawie rybią łuską. HANS HOLBEIN MŁODSZY - to było jedyne. HANS HOLBEIN MŁODSZY - wystarczy. HANS HOLBEIN MŁODSZY - sina karnacja ciała Chrystusa. HANS HOLBEIN MŁODSZY - w słabym oświetleniu pokoju jego ciało stanie się małą bryłką, rzeczą przed utratą materii, aż rzecz się odmaterializuje i zostanie jedynie niemoc w jego twarzy, z napiętą skórą podgardla, później skóra zejdzie, zostaną same mięśnie, jeszcze czerwone, nasycone krwią, martwe, zastygłe; mięśnie rozcieńczą się w mroku, uwidaczniając kości bielejące fosforyzującym spokojem i tu dopiero zacznie się jego niemoc. ON. stwierdził, że ta reprodukcja musi być pogłębiona ciemnią, ale tło, na którym ją zawiesi, powinno emanować światłem. Dopiero wtedy ekspozycja będzie zupełna. Nazwał ją sobie umownie: prawidłowa. HANS HOLBEIN MŁODSZY - jego spokój nie był podobny do żadnego i nawet nie musiał być skupiony, gdy wcierał sinawy olej w płótno. Jemu wystarczyło dawne przeżycie, dogłębne zrozumienie, ale w chwili, gdy wcierał farbę, cierpiał. Już za to, że ten, którego malował, oszukiwał innych. Oni w niego wierzyli. HANS HOLBEIN MŁODSZY. Wołali: - .Ty będziesz nam królem, my Twoi poddani.. Uwierzyli w Jego niby-cuda, niby-rzeczy, niby-sprawy. A On? Dał się ukrzyżować. Cierpiał. Aha. Oni cierpieli bardziej. Zawiódł ich. Oni cierpieli, bo przegrali wraz z Jego śmiercią. Ile mieli z Jego cierpienia? A ile ze swego? I czy były podobne? HANS HOLBEIN MŁODSZY - straszny. Bo poszerzał klęskę. Rozpowiadał dziełem. Ludzie przywykli do tego, że Bóg przegrał. To było tak dawno: lat dwa tysiące. Zapomnieli. .Wierzę w Boga wszechmogącego.. A HANS HOLBEIN MŁODSZY - dlaczego? Siedemnasty raz - trzynasta dwadzieścia dziewięć. Siedemnasty raz: grzbiety książek oprawionych w szklisty papier; siedemnasty raz panienka za ladą z profilu podobna do jego córki. ON. przeszedł siedemnasty raz, właśnie wtedy, gdy dobiegł jego uszu gwizd lokomotywy z rejonu nastawni kolejowej znajdującej się po jego prawej stronie. Przyjął to spokojnie i zawrócił na dużej, wyślizganej płycie chłodnika, tak że gwizd wwiercał się teraz w jego lewe ucho, na które, jak mu się zdawało, nieco gorzej słyszał, gdyż zawsze podczas wsłuchiwania się zwiększały się szumy, tak że zakłócały odbiór. Osiemnasty raz - trzynasta trzydzieści jeden. HANS HOLBEIN MŁODSZY - prorok, który przepowiadał czas przeszły. Zapomniany. Może raczej: czas nieużywany. CZAS, który był funkcją prędkości i drogi. Prędkości przemiany materii. Rzeczy. HANS HOLBEIN MŁODSZY - może już wtedy? Farba była ustalona. Wymiar był odmierzony. Układ ciała - przemyślany. Profil twarzy - obrysowany. Załamania skąpego perizonium - utrwalone. Niemoc w jego ciele już uzupełniona aż do masochistycznego skurczu na twarzy, gdy myślał o tym, co go czeka. Dziewiętnasty raz - trzynasta trzydzieści trzy. Regularność się ustaliła: przejście od portalu domu do dużej płyty chodnika trwa dwie minuty, tak że ON. mógł z dużym prawdopodobieństwem określić swoją pozycję za tydzień, rok czy lat pięć, zakładając niezmienność układu i stałość rytmu. Tak więc ON. był dokładnie wymierzony, ustalony, ubrany, zdradzony, zawiedziony, z przeszłością zużytą i przyszłością do ustalenia i umiejscowienia między rzeczami, które tak dalece wpływały na cały układ, że można przypuszczać, że to właśnie one go determinowały. HANS HOLBEIN MŁODSZY - ten, który dał się ukrzyżować, przewidział wszystko. To właśnie On był prorokiem, a nie ci, którzy po nim. Wiedział wszystko o rozumowaniu tłumu, o niearytmetycznym sumowaniu psychik gromady. To był postęp geometryczny. Zaczynał się od krzyku: ukrzyżuj! A! Gdyby tak zaczęło się od krzyku: wypuść! Początek inny, wzrost nastroju po tej samej krzywej, a wynik? Trzynasta trzydzieści pięć - dwudziesty raz. HANS HOLBEIN MŁODSZY - konkretny: bo śmierć w nim była pewna, bo niemoc była pewna, bo rozpacz była pewna, bo kolor skóry był pewny, bo kamień przy dłoni miał wymierzalną udarność, wytrzymałość na nacisk powierzchniowy, bo tkanina z jego ciała mogła się drzeć w jednym kierunku. E. Dwudziesty pierwszy raz - trzynasta trzydzieści siedem. O. A. HANS HOLBEIN MŁODSZY - spokojny. Płótno było gruntowane gruntem kredowo-olejowym. Wysychanie - około siedem lat. Spokojnie. Siedem lat. I. Twarz nabierała koloru niemocy. Farba utrwala się przez lat około piętnaście. A później jej kształt staje się nieodwracalny. Spokojnie. Narasta siatka pęknięć na jego ciele. E. Na płótnie. Płótno to jeszcze nie ON. Znak. Dwudziesty drugi raz - trzynasta trzydzieści dziewięć. Czas snu wzrastał. ON. połapał się w tym za siedemnastym razem. .Same rzeczy - pomyślał ON. - Rzecz u cioci; rzecz u brata; rzecz u księdza; rzecz przed domem; rzecz w Azji; rzecz w wodzie; rzecz u żony; rzecz w powietrzu; rzecz w słońcu; rzecz Michała; rzecz kościelna; rzecz autora; rzecz w pudełku; rzecz mojej córki; rzecz Romana, rzecz w tramwaju. E, do dupy!... RZECZ W TRAMWAJU? - tramwaj to rzecz. Więc rzecz w rzeczy? Dalej: rzecz do kwadratu; dalej: rzecz urzeczowiona; dalej: rzecz ukonkretniona; dalej: rzecz dotycząca rzeczy; dalej: rzecz do rzeczy - a więc czas się nie może liczyć; dalej: rzecz w bezczasie; dalej: rzecz w bezczasie nie może mu podlegać; dalej: nie podlegając czasowi, nie może się starzeć; dalej: nie mogąc się starzeć, staje się wieczna..
- O kurwa! - powiedział ON. - Zrozumiałem. Jestem swego pewien. - Zatrzymał się.
ON. stał po drugiej stronie ulicy i wpatrywał się w portal szkolnego budynku. Szary i ponury gmach ustawiony równolegle do jezdni przypominał koszary lub magazyny zbożowe, do jakich wstawiono ozdobny neogotycki portal i doklejono gzymsy nadokienne, które zamiast dodać nieco lekkości ścianie, pogłębiły jeszcze ciemności i zaniżyły, i tak małe, otwory okienne. Kwadraciki szyb zapożyczone z baroku nadawały oknom więziennego charakteru. Nad tym wszystkim wyładowany gzyms wieńczący przygniatał całość pewnym ciężarem i ustateczniał bryłę.
W tej chwili zapewne rozpoczęła się przerwa, gdyż okna zaczęły się z trzaskiem otwierać i na ulicę buchnął gwar. Zdawało mu się, że ten hałas wali prosto na niego. Nie widział tylko strumieni, jak łączyły się w potok i pędziły do celu. Mimo woli przesunął się kilka kroków w lewo, jakby tym samym zmylił przeciwnika: pewnym uskokiem szablisty uratował się od zdecydowanego kończącego cięcia. Zdawało mu się nawet, że wśród głosów wyróżniał jej głos. Wsłuchiwał się. Teraz wyraźnie wyodrębniał jej i jego słowa. Może nawet On. i ONa. stali teraz obok siebie. Jego widzenie ustawiało ich naprzeciw siebie w teatralnej pozie kochanków. Otrząsnął się z tego. Nie podobał się sam sobie. Gwar wolno cichł, wsiąkał w chłonne ściany ulicy. ON. przyglądał się teraz nieco zakurzonym czubkom półbutów. Potem rozpiął marynarkę, aby wiatr wiejący wzdłuż jezdni mógł ochłodzić jego tors, i wsadzając dwa palce między koszulę a szyję, poluźnił ucisk krawata. Podskoczył lekko na prawej nodze, aby przyklejone spodenki gimnastyczne opadły. Jednak wciąż nie czuł się komfortowo. Jakiś przechodzień z aktówką pod pachą spojrzał na niego uważnie. ON. zrozumiał, że zachował się jakoś nie tak, jak powinien. Okna naprzeciwko ucichły zupełnie. ON. sprawdził czas: zegarek błyszczącym prostokątem ukłuł go we wnętrzu. .Zachowuję się jak smarkacz. - pomyślał ON. Z otwartych w połowie drzwi szkoły wybiegali chłopcy. Czekał. Zdawało mu się, że ONa. stoi za zamkniętym skrzydłem drzwi i obserwuje go. Jego spokojne ruchy straciły pewność siebie. Nie był już zupełnie przekonany o ich celowości: zdenerwowany naciągał rękaw marynarki na zwiniętą pięść, to znowu go przesuwał aż za przegub. Czynił to długo i sprawdzał ruchy rowerzysty oddalającego się w perspektywę jak w przewrócony graniastosłup. Udawał niewprawnie spacerującego chodnikiem i czuwał, jak chłodniało miasto. Wiatr wiał teraz bez zdecydowanego kierunku, może nawet wietrzył budynki w pionie. ON. sprawdził zegarek: stracił siedemnaście minut. Czekał i chłodniał. Miasto traciło kalorie. Zapomniał o burzy. Strzepnął z ubrania osiadłe nasienie ostu, które powirowało w bok i porwane ssaniem za samochodem znikło w kurzu, i nim zdążył przesunąć wzrok ku portalowi szkoły, zgubił moment, jak przeskakiwała przez próg, co jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że przez cały czas z ukrycia obserwowała go. To nawet w pewnym stopniu go ucieszyło i ruszył w linii prostopadłej do jej drogi. Koniecznie chciał sprawdzić wyraz jej twarzy, ale nie potrafił, bo wymachiwała ku niemu dłonią z jaskrawo białym zeszytem.
Była piąta po południu, jak ON. i ONa. (po jego prawej stronie) ruszyli po dużych płytach chodnika w kierunku ulicy Trzech Krzyży. Jej twarz była uśmiechnięta. Opowiadała mu szybkim, zdyszanym głosem o dzisiejszym dniu. ON. niby słuchał. Skręcili w ulicę Wolną, gdzie wzmagał się ruch kołowy i pieszy. ON. machnął ręką jakby za mijającym ich w tej chwili samochodem i powiedział:
- Zanosi się na ogromną burzę.
Gdy kończył zdanie, zrozumiał jego sztuczność i spróbował je poprawić słowami:
- Mam wiele czasu. Po tym szpitalu mam strasznie dużo czasu, więc wyszedłem po ciebie. Cieszysz się?
Powiedziała coś niewyraźnego, tak potrząsając głową, że proste, długie włosy zasłoniły jej usta i oczy i wyłapały dźwięki, a do niego doleciały jedynie jakby (co i tak ledwie zrozumiał): - A. A?
- A w ogóle to miałem powody, żeby wyjść po ciebie - dodał mocno. Jej .a. było początkiem jego zdania, zostało mu niemal narzucone. W pośpiechu skorzystał z niego, dopiero po namyśle zrozumiał, że powinien zdanie nie tak sformułować, powinno ono brzmieć mniej kategorycznie, ton jego powinien rozpłynąć się w tajemniczości zakończenia, które do końca niedopowiedziane tkwiłoby nad nimi zawieszone w kurzu ulicznym. To byłoby zdanie-znak. Ale w pośpiechu rozumowania nie udało mu się to. Szli więc raz przyspieszając rytm kroków, to znowu bez wyraźnego powodu zwalniając. ON. zrozumiał, że powinien ją wziąć za rękę. Uczynił ruch, tak że ich dłonie spotkały się: dotknął jej poniżej łokcia. Objął. ONa. pod pretekstem poprawienia paska w torbie wycofała ramię. Wydawało mu się, że ONa. patrzy na jego szyję. Zawstydził się. W ustach czuł rozgryzione ziarnko cytryny. Sprawdził skórę na karku, jakby miał obrzęk po mocno zaciągniętym krawacie. Przez spódniczkę z delikatnego, rzadkiego płócienka przebijał kolor niebieskich majteczek. Miała na sobie zapewne ten komplecik, który kupił żonie jeszcze siedem lat temu we Lwowie, kiedy to byli na wycieczce. ON. stwierdził, że to mogła być jawna prowokacja z jej strony; zapragnął zostać sam. Skinął ręką na taksówkę. Odjechała. Niebieskie majteczki. Pomagał żonie, gdy je wkładała. Lubił to. Sam ją rozbierał, aby odwlec moment rozkoszy. Wydawał się przez to sobie bardziej męski. Skręcił w ulicę. Skręcił w ulicę Podwale. Skręcił w ulicę Czystą. Skręcił w ulicę Tadeusza Kościuszki. Skręcił w ulicę Świdnicką. Skręcił w ulicę Podwale. Skręcił w ulicę Czystą. Skręcił w ulicę Kościuszki. Skręcił w ulicę Świdnicką. Skręcił w ulicę Podwale. Skręcił w ulicę Czystą. Skręcił w ulicę Kościuszki, gdzie spotkał staruszkę.
Staruszka była zgarbiona i ON. pomyślał, że można by jej postawę nazwać inaczej: głęboka starość, daleka starość, pewna starość, można starość albo nawet: zdecydowana starość, aby określenie było prawie aktywne i zupełne. I zaraz nieco uogólnił: gdyby tak dziesięć osób stanęło w tym wieku obok siebie, później sto, później tysiąc i jeszcze dziesięciokrotnie większa liczba - już byłoby się w samym środku starości: wewnątrz zdecydowanej starości. A tak? To mu wyglądało na rozcieńczoną starość, gdy babcia przeciskała się wzdłuż chodnika, tuż pod domami o wysokości średnio około czterech pięter. Przy pierwszym spojrzeniu na budynki stawało się jasne, dlaczego kobieta, przesuwając się, ocierała prawie o ich rustykowane dołem ściany: mogła w każdej chwili oprzeć się o niewygładzone załamania powierzchni, chroniąc się przed upadkiem. .O.C. Architekci przewidzieli wszystko - pomyślał ON. - Dobra, mądra robota ludzi nad rzeczą, która mogłaby być inna tylko w wypadku, gdyby sama powstawała.. I zaraz ON. pochwycił ten zalążek myśli, że gdyby rzeczy mogły się same organizować, bez przyczyny człowieka, to ta przewaga, którą posiada teraz człowiek nad nimi, przeszłaby na nie, a człowiek przejąłby rolę rzeczy:
- Byłby to więc człowiek urzeczowiony. O. O. O. A. Re... - powiedział za głośno ON. i podskoczył do przodu, co wyglądało tak, jakby przyspieszył w kierunku przystanku tramwajowego, ale było to błędne, bo tramwaj przed kilkoma sekundami odjechał. Widział tylko czerwoną ścianę drugiego wozu, kiwającą się na boki.
- Miałby szansę. Ale miałby szansę. Człowiek-dom, człowiek-rower, człowiek-zapałka lub nawet człowiek-świat; a na człowieku-świecie byliby inni ludzie-rzeczy. I jakby to? I jakby to? E? Starość rzeczy. Młodość rzeczy. A najdziwniejsze: wiek męski rzeczy. Dorastanie. Człowiek-szafa z człowiekiem-stołem kąpią się w człowieku-rzece. Ha! Ha! - śmiał się ON. - Ten numer odpada - dopowiedział sobie, bo zdawało mu się, że odkrył w swoim rozumowaniu błąd logiczny nazywający się: idem per idem. Szedł. Błąd mu się wyolbrzymiał tak, że osądził swoje rozumowanie jako idiotyczne, niemające sensu i zawiłe. Im jednak dalej odchodził od centrum miasta, tym pewność jego o błędzie malała, tak że dochodząc do miejsca, gdzie kiedyś zatrzymał się z bratem, skąd rozciągał się szeroki widok na podmiejskie łąki, przystanął i długo wpatrywał się w niebo, po którym wolno przesuwały się postrzępione cumulusy w kierunku północno-wschodnim. W jednej chwili zwątpił, okręcił się na pięcie o trzysta sześćdziesiąt stopni, aż piasek zaskwierczał wysokim tonem, i wrócił znowu do rozumowania o starości, ale zniechęcony trudnością pojęcia .pewna starość. po jeszcze kilku krokach zatrzymał się. Gdy oddech mu się ustalił, ON. zaproponował sobie temat, mówiąc:
- Teraz zajmiemy się łąką.
Rozpoczął od wyliczania w myśli dzieł największych twórców, którzy opisywali ją. ON. doszedł jednak do wniosku, że to i tak nie jest istotne, ponieważ opisy były przecież subiektywne, a jemu chodzi o prawdę absolutną, dotyczącą rzeczownika: łąka. ON. znowu się zniechęcił i powiedział:
- To rzeczy. To rzeczy...
Założył ręce przed siebie i recytował:
- Opracuję jednolitą teorię dotyczącą tych spraw... Rzeczy - dodał po chwili namysłu.
.I.U. Łąka. Czymże jest łąka - przedmiotem czy rzeczą? - rozumował ON. - Jednolitość musi dotyczyć też terminów. One muszą być ujednolicone, a dopiero wtedy. Słownik rzeczy - podobnych. Słownik rzeczy - konkretnych. Słownik rzeczy - wykluczających się. E. E. Zacząć od opracowania metody badań. Łąka - niby-rzecz składająca się z - tu ON. zaczął wyliczać części, które mieszczą się w pojęciu: łąka. Doszedł do wniosku, że podobne elementy składowe ma rzeczownik: ogród. Trzeba więc ustalić zasadę, według której będzie czynił podział na zbiory. - O. O. A. Może być przecież podział na zbiory według przysługujących rzeczownikom przymiotników, np.: starość. - Tu ON. długo myślał, tak że niechcący wyszedł już daleko poza miasto, gdzie nie było słychać szumu protektorów na jezdni, a wizgi tramwajów stały się mniej dokuczliwe dla uszu, i znowu znalazł błąd zasadniczy. - .Starość. to nie przymiotnik, lecz rzeczownik abstrakcyjny kończący się na .-ość., tak jak: miłość, lubość i inne, a odmieniający się tak, jak: kość, kości, kością. A jednak jest: stary, stara, stare. O. O. S. Starsza, jeszcze starsza. - Próbował zestawić teraz już przymiotnik z łąką: - Starsza łąka, jeszcze starsza łąka, czyli: stara łąka. Łąka staruszka. - ON. wyczuł ustępliwość podłoża pod nogami i zatrzymał się, ponieważ wydawało mu się, że ta niepewność może się nieco powiększyć, a wtedy nie będzie mógł czuć się bezpiecznie na tym właśnie rzeczowniku: łąka. - Rzeczy. Łąka. I.I.I.O. Jeżeli coś ustępuje, to przysługuje mu cecha rzeczownika abstrakcyjnego: ustępliwość. - Ale łąka zieleniła się przed nim powierzchnią gładką i oddalającą się od niego, i nieco z lewej strony, ponieważ po przeciwnej ciągnęła się ściana lasu. - S. S. To wszystko jest nieco gówno warte. - pomyślał ON. i powiedział:
- Wartość zaczyna się na swobodzie. Nawet nie na swobodzie, tylko na wolności. Wartość - wolność. E. E. J. U. - O kurwa, znowu te rzeczowniki na .-ość..
Zawrócił. Przyspieszył kroku. Prawie biegł.
ON. spotkał brata na ulicy Towarowej. Doktorowi wydawało się, że jest coś sztucznego w jego skłonieniu głową i uniesieniu kapelusza z półobrotu wykonanego na pięcie. Odkłonił się bratu i powiedział coś o jego swobodzie zachowania się i miłej powierzchowności - do czego zresztą nie przywiązywał większej wagi, a słowa te uważał za konieczny gest kurtuazji względem brata, którego nie widział już ponad dwa tygodnie. Doktorowi wydawało się, że wyczuł nieznaczne drżenie palców dłoni brata przy powitalnym uścisku.
ON. szedł ulicą wraz z bratem. Zdawało mu się, że już kiedyś w podobnych okolicznościach tędy zdążał, w tym samym kierunku. Nawet pogoda była tego rodzaju, wyżowa. Słońce dopadało ziemi: lekka mgiełka oddalenia nadawała przedmiotom nieco tajemniczości czy swobody w usadawianiu się wśród innych rzeczy. Jakąś niepewność wyczuwało się w usytuowaniu tych wymyślnych konstrukcji człowieka: ulic. ON. wyczuł to, ale nie dzielił się wrażeniem z bratem. Widział tylko wyraźnie jego profil odcinający się od białych powierzchni murów. Ulica zwężała się wyraźnie. Tłum gęstniał. Musieli teraz iść bliżej siebie. Ich łokcie obijały się co kilka kroków. Skręcili w prawo. Nowa ulica rozprysła się szeroko przed nimi. Słońce teraz mieli dobrze widoczne, czerwone, przekreślone w pionie masztem linii wysokiego napięcia. ON. zrozumiał nerwowość sytuacji i chciał coś powiedzieć. Coś zupełnie niezobowiązującego do dyskusji, ani nawet do odpowiedzi, coś w formie informacji. ON. stwierdził, że wielkość pomieszczenia wpływa też na organizację pracy mózgu. Szeroka jezdnia działała destruktywnie na jego rozumowanie. Zadania, jakie szykował dla brata, wydawały mu się za trudne, to znowu za błahe i brzmiały według niego jak tani wygłup. Szli.
Witryny sklepowe stawały się coraz uboższe. Jezdnia opadała ku dołowi. Jasność znikła. Nagle przed nimi z bocznej ulicy wypadł człowiek. Pochylony ku przodowi biegł przed siebie przez jezdnię. Zatrzymał się przed nimi. ON. wziął brata za ramię, aby go zatrzymać; wyczuł drżenie w jego ciele. Stanęli. Mężczyzna przed nimi znieruchomiał. Zdawało im się, że wpatrują się w siebie. Twarz nieznajomego nadymała się, czerwieniała, aż przez pęknięte usta trysnęła struga szczerego śmiechu. Odwrócili się. ON. miał teraz ręce splecione za sobą i wykręcał pojedynczo z trzaskiem palce, w końcu powiedział:
- A.
Doktor nie rozumiał, co brat chciał przez to wyrazić. Brzmiało to jak zaczepka rzucona w jego kierunku. Szli. Śmiech za nimi jeszcze trwał. Sytuacja stała się tragicznie nerwowa. Doktor stwierdził, że brat już raczej nic nie doda do swego .a., i trącił drzwi kawiarni, czyniąc gest zaproszenia. Bez słowa znaleźli się we wnętrzu. Buchnęło w nich tanim winem. Przy barze wrzało. Znajomy barman ukłonił się usłużnie. ON. pokazał umownie: dwie setki. Wypili. Patrzył w skupieniu w kieliszek, jakby wyczekując, aż alkohol zacznie działać i jego ciepło udzieli się jego głosowi. Knajpa była obskurna. Zawilgocone ściany upodobniały lokal do sutereny. Nie wiadomo skąd czuć było moczem. Z głębi doleciało:
- Doktorze! Doktorze! - krzyczał mały człowiek w skórzanej marynarce o wyglądzie szofera.
ON. odwrócił się. Patrzył zdziwiony. Czuł na sobie wzrok brata. Doktor obserwował go. Mężczyzna o wyglądzie szofera, wyraźnie pijany, podbiegł do niego wraz z butelką spirytusu i, nalewając już w ruchu, wołał:
- Za uleczenie żony! Boże, co ja mówię! To za uleczenie żoneczki-kochaneczki. Nie odmówisz doktorku-amorku. ON. skrzywił się. Twarz brata była też rozciągnięta grymasem, którego nie rozumiał, dlatego wziął kieliszek z rąk szofera, podniósł wysoko i powiedział:
- Za zdrowie żoneczki-kochaneczki.
Wypił. Ogień ogarnął mu wnętrzności. Mały człowiek pocałował go w rękę i potoczył się w głąb sali. Gdy wychodzili, ON. trącony drzwiami, powiedział:
- A. Szcz... - nie dokończył.
Śmiech, który zgubili, wchodząc, grzmiał teraz jakby w pustym, akustycznym pomieszczeniu. ON. otworzył szeroko usta, w które wiatr rzucił świeże powietrze, wilgotne, nasycone szarzejącą już mgiełką wieczoru. Nawet nie zauważyli, że weszli w mrok. Uliczne światła ustawione szpalerem po obu stronach jezdni zapalały się, migocąc. ON. zaczął rozmyślać o ciemności, o ogarnianiu przez nią przedmiotów, o tej nagłej dziwności, jaka ich zaskoczyła, gdy weszli w nową ulicę skręcającą w głuche peryferie miasta. Cichło. Czasem do stuku ich kroków dołączało się skwierczenie radia lub dalekie wizgi tramwajów rozświetlonych łukiem z pantografów. Ustalił się prosty rytm. Niepokój opanowywał powoli rzeczy, które mijali: zaparkowane jakby w nieładzie samochody, tuż przy krawężnikach, tak że niemal ocierał się o nie bezszelestnie, witryny okienne ustawione prostokątami ram w polach wysokich ścian, słupy zwieńczone jarzeniówkami, rozbudowane portale starych domów, wielkie płyty ułożone nieregularnie w chodniku, obelisk, na którym rozlepiano afisze i plakaty z zamazanymi kolorami. Rytm jego kroków zmieniał się zależnie od wielkości rzeczy, do której zdążał. Kroki dopasowywał tak, by przy każdej stąpnąć prawą nogą. Wtedy uderzał mocno, by blaszka buta zadźwięczała. Nasycony niby-rozumieniem spotkanego przedmiotu kierował wzrok przed siebie, daleko, szukając nowego punktu zaczepienia. Starą rzeczą przestawał się interesować, bo rzecz-nowa, jakby rzecz-odnowienie, pochłaniała go, przyciągała siłą wprost proporcjonalną do masy, a odwrotnie do kwadratu odległości, tak że szybkość zbliżania była zależna od odległości i od masy. Przyspieszając, zostawiał brata nieco z tyłu, gdyż ten szedł równomiernym krokiem z lewą ręką w kieszeni spodni, a prawą poruszał, wymachując przed siebie, by tym samym ułatwić sobie spacer.
Doktor zauważył, że ON. dziwnie się zachowuje. Obserwował go z zainteresowaniem. Starał się, gdy byli w zasięgu światła latarni, dokładnie zaglądnąć mu w twarz, ale obawiał się, by ON. tego nie spostrzegł, gdyż wtedy nie byłby pewny szczerości jego gestów. .Dziwne - pomyślał - zachowuje się jak dziecko, które biega od przedmiotu do przedmiotu oczarowane ich innością. Obmacuje je, sprawdza twardość, powierzchnię, fakturę i własności dotykowe. Poznaje je, jakby uczył się ich na pamięć, by odejść z jedną ręką wyciągniętą przed siebie, a z drugą jeszcze na rzeczy niedouczonej, niezapamiętanej do końca, i wraz z ostatnim muśnięciem końuszków palców ze smutkiem w oczach oddala się od niej, najpierw wolno, a potem coraz szybciej i szybciej, zdąża do innej, aż oprze się o nią - i tak wciąż od nowa. Dziwne. ON. ma jednak wiele z dziecka. - myślał nadal doktor, sprawdzając, dokąd idą.
Umiejscowił się dokładnie: ulica Nowego Testamentu, mniej więcej pośrodku, tuż przy mleczarni. Szli dalej w dół ku peryferiom. Nawierzchnia stawała się coraz bardziej nierówna. Kamienie wystawały teraz pojedynczo, wybiegając przed nich połyskliwą powierzchnią grzbietów. Kroki stawały się nierówne i nerwowe. Słyszeli, jak wiatr ocierał się o poszarpane dachy domów. Szli. Zmrok gęstniał przed nimi. Doktor cieszył się z dokonanego odkrycia i był pewny, że będzie mu ono przydatne. Sądził, że pomoże mu zrozumieć zachowanie brata przez ostatnie kilka miesięcy. Śmiech, który słyszeli, stał się im dawny, ginął za nimi, obojętniał. Doktor jednak chciał jeszcze coś powiedzieć, co dotyczyłoby tamtego człowieka, ale gdy przechodzili obok jasnej latarni z rtęciówką, zrezygnował, kiedy zobaczył skupioną i napiętą twarz brata, jego dłonie wprawione w ruch wirowy, jakby starał się ułożyć mądre i zaskakujące zdanie, jakby pomagał sobie w tym rękami, jakby zgarniał słowa i układał je w zwroty logiczne i nie do zaprzeczenia. Szli. Okolica stawała się coraz bardziej pusta. Okna rozświetlone jedynie żółtawym blaskiem, jakby we wnętrzu paliły się pojedyncze świeczki. ON. potknął się. Wyrównał. Pochylony ku przodowi korpus, poruszył wargami bezgłośnie, oparł się o brata, ale zaraz cofnął ramię. Zatrzymał się, przechylając majestatycznie na boki. W końcu powiedział:
- Nnnie - i zrównał się z bratem.
Doktor ustawił się w mroku. ON. jakby stracił orientację przestrzenną: przemieszczał się po linii zygzakowatej, nie przesuwając się do przodu, z twarzą skierowaną ku zachodowi. Dobiegało ich szemranie zwężonej w tym miejscu rzeki płynącej przed nimi szerokim zakolem. ON., idąc przed siebie jak lunatyk, widział tę szeroką, płaską, zieloną łąkę. Zdawało mu się, że ona jest w nim. Ta miękkość i zapadliwość podłoża też wywodziła się z niego. Wchodził w nią, do jej wnętrza. Mijał jeszcze coraz niższe domy, kilka słupów z lampami, sklep rybny, kiosk i kilka samochodów zaparkowanych na noc tuż przy krawężnikach. Mijał, ale nie widział ich. Otarł się nawet o naczepę wielkiego stara, ale nie czuł twardości jej drewna ani nawet okuć żelaznych. Teraz ON. już tylko szedł. Wchodził w wielką łąkę bez rzeczy, gdzie tylko ona sama w sobie rzeczą była, wielka i można, z subtelną mgiełką radiacyjną wiszącą na jednym poziomie, idealnie rozciągającą się warstwą o grubości około pół metra.
Doktor został nieco z tyłu. Widział, jak ON. - jego brat - z oczyma utkwionymi daleko przed siebie, kroczył majestatycznie, płynął w nieznane. .Zagubił rzeczy - pomyślał doktor. - Zagubił je zupełnie czy też ich nie zauważa? Prze przed siebie. Może do rzeczy największej, do rzeczy MATKI?.
- Dziwne - powiedział do siebie doktor. - Trudne do zrozumienia, a jednak wydaje mi się to bardzo proste. Jakaś prawda powszechna, ogólnie obowiązująca, a jednak mająca w sobie jakiś mały ukryty błąd. Błąd więc też jest powszechny i dlatego trudny do wykrycia. Gdy zakończył recytację logicznego ciągu, byli już za miastem. Zdawało mu się, że zrozumiał brata, i powziął decyzję, ażeby mu to powiedzieć. Przyspieszył. Zrównał się z nim i chwytając go za ramię, demonstracyjnie powiedział:
- Zdaje się, że wiem. Może nawet jestem tego pewien: twoja fobia dotyczy rzeczy. Tak, rzeczy i tylko rzeczy. Przedmiotów. - ON. otrząsnął się i jakby przerażony wykrztusił:
- Tttooo...
Doktor milczał i czekał na resztę zdania, ale ON. wchodził w nadrzeczny chłód i wilgoć w milczeniu, tak że wypowiedziany sąd tym samym został podważony. A doktor nie wiedział, że ta początkująca niepewność rozprzestrzeni się na inne problemy dotyczące brata, jego rodziny i spraw z nim związanych. Roztrącał piersiami mgłę, parł do przodu z pewnością pijanego. Opary mgły wprawione w wir kłębiły się za nim tak, że nadawały jego wyglądowi nieco niesamowitości, pozie - nieco gestu teatralnego. Gdy znaleźli się w miejscu, gdzie grunt zaczął lekko opadać ku brzegowi rzeki, ON. wyraźnie przyspieszył. Doktor nie był jednak pewien, czy wynikało to z celowego przynaglania kroku czy też ON. poddał się sile przyciągania ziemskiego i nie spostrzegł, że opór maleje. Teraz szedł równym krokiem, zatrzymał się dopiero na lekko urwistym brzegu, który dalej ciągnął się szeroką, piaszczystą plażą. Wiatr, który łagodniał, gdy szli jeszcze ulicą miasta, zamarł zupełnie. W korycie rzeki zbierały się gęste opary mgły, gdyż woda nagrzana w ciągu dnia oddawała teraz ciepło, odparowując je w atmosferę. Doktorowi zdawało się, że brat jakby powiedział:
- O. O. U. Luu...
ON. zdejmował kapelusz powolnym ruchem, jakby chciał ochronić głowę przed nagłym ochłodzeniem. Rozbierał się. Ściemniało zupełnie. Nieopalony tors harmonizował z łysiną. Ubranie czerniło się kupką pogiętego koloru na trawie. Słabe, rozproszone światło dolatywało do tego miejsca i nieco rozświetlało gładziutką płytę wody, na której czasem pękały drobne banieczki powietrza unoszącego się z dna; wtedy fale rozchodziły się koliście i malejąc nikły przed dotknięciem przybrzeżnych zarośli.
ON. wskazał ręką na wodę i, biorąc rozmach, skoczył. Chlust został stłumiony, nim ON. wynurzył głowę na powierzchnię. Zaskoczenie doktora było zupełne. Analizował zachowanie brata. Próbował zestawić je z różnymi teoriami powstawania i rozwijania się fobii. Żadnej jednak nie był pewien. Brakowało czasem tylko jednego elementu dopełniającego. Nie była to fobia. Fascynowała go przestrzeń. .To musi dotyczyć rzeczy - pomyślał doktor, gdy spostrzegł, że brat oddala się od brzegu coraz bardziej. - Jeżeli rzeczy - to jego zachowanie w środowisku ich pozbawionym musi być inne - rozumował dalej. - Różnica powinna być widoczna i łatwo zauważalna. Nawet bardzo łatwo.. Doktor przypomniał sobie, że brat nie wypowiedział dziś jeszcze ani jednego pełnego, jednoznacznego zdania. Porównywał jego obecne zachowanie do tego sprzed kilku lat, ale nie znalazł punktu zaczepienia, stwierdzając, że to musi być coś nieopracowanego jeszcze naukowo. .Rzeczy go z pewnością fascynują, ale to nie jest jeszcze dowodem. One determinują jego zachowanie, ale on ma w sobie elementy jeszcze innej choroby. Może nawet nie - choroby. Nie. To musi być coś ciągnącego się od dzieciństwa. O! - uczenie się rzeczy. To dotyczy każdego napotkanego przedmiotu. Niekontrolowane przyspieszenie. Ta radość na twarzy, gdy odkrywa w przedmiocie nowe, nieznane mu cechy. To musi dotyczyć rzeczy.. Z tym upewnieniem się czekał powrotu brata. Dolatywały go tylko pluski wody. Chłód wieczorny jakby się wzmagał. .Gorzej jest - kontynuował doktor - że to w nim gęstnieje.... Nie dokończył rozumowania, gdyż usłyszał z lewej strony dudnienie ziemi i zobaczył brata. Zdawało mu się, że dostrzegł uśmiech na jego twarzy, ale nie był pewien, bo ON. poruszał głową w rytm wolnego biegu i nie zatrzymując się przy nim, oddalił się o kilka kroków. Kiedy w końcu wrócił, powiedział:
- O. St. U. Ii. T. T. T.
Wykonywał ręką szerokie gesty. Podskoczył, co wydawało się doktorowi konieczne do otrzepania ociekającej wody. Zatrzymał się. Niepodzielnie pochłonął go ten pejzaż. Wiało spokojem, emanował od niego chłód i bezruch, jakieś wspaniałe dostojeństwo. Wszystko się w nim zatrzymało, umilkło. Jakby właśnie tylko z tego miejsca istniała jedyna możliwość oglądania go: kontemplacji tego PEJZAŻU ze ZDJĘCIA. Przepyszna panorama z NIĄ, obraz z NIĄ. Przez chwilę wydawało mu się, że mógłby sobie wytłumaczyć, skąd bierze się ten spokój, jakby zaduma pejzażu, prawie jego metaliczność, ołowiany ciężar przedmiotów w nim się znajdujących. Jedynie to ostre draśnięcie fotografii było zgrzytem w tej harmonijnej całości. Wszystko, co dostrzegał na ZDJĘCIU, zatrzymało się. Być może upewniało się w otoczeniu, w którym przypadek pozwolił mu się znaleźć. Tak, jakby PEJZAŻ ten był budowany z rozmysłem i na zawsze: tak, jakby miał skamienieć; tak, jakby ON. miał go oglądać z jednego miejsca; jakby linie perspektywy, których było niewiele, zostały na zawsze ustalone; tak, jakby za PEJZAŻEM, za ZDJĘCIEM była jeszcze dodatkowa głębia - może ruchliwa i swobodna, może zastygła aż do skurczu w kryształ, zakrzepła w bezruchu, przesłonięta wierzbą, zagonem ziemniaków, wiklinami, trawą i snującym się wieczornym dymem. Zdawało mu się przez ułamek chwili, że znajomy mu jest taki układ rzeczy w pejzażu - taki układ przedmiotów na ZDJĘCIU. Dawno, dawno, w dzieciństwie, ale nie było to zdjęcie (z tego okresu życia ON. nie posiadał żadnych pamiątek), tylko chwilowy, żartobliwy układ, nawet było w nim ciało kobiety czy dziecka - reszta wyglądała identycznie: linia wysokiego napięcia, plama ptaka, zarys dłoni. Gestu nie pamiętał. Nosił to w sobie. Dopiero dziś, teraz wyzwolił z siebie OBRAZ. Jedyny, jaki zapamiętał, jaki przyswoił sobie: to był jego obraz. Może siność, zimna siność przepełniała go, zespalała z PEJZAŻEM? Jakby ten sztafaż w nim leżał i stygł latami. Wrócił w czasie o ten ubytek przestrzeni, jaki został zużyty, aby spłowiał tamten PEJZAŻ, zwolnił rytm rozumienia i zapamiętywania szczegółów. Dziś zwaliło się to na niego. Oparł się. Nie rozumiał jedynie, na czym miała polegać tragedia zapomnianego pejzażu. To ZDJĘCIE z pękniętą politurą, gdzie była ONa., rozumiał doszczętnie: czuł. Ale tamto? Idem per idem... .Tak niczego sobie nie wytłumaczę. - rozumował ON. Gdyby tak można odsłonić jeszcze metr pejzażu w prawo: ciąg dalszy dłoni - rebus rozwiązywalny. Uproszczenie akcji tragedii, możliwość określenia ról granych przez osoby w dramacie, ich aktorstwa. Mogłoby się okazać, że dramat jest tylko farsą, że jedna osoba jest dramatyczna, skomplikowana, a reszta to bluff, ordynarna szarża, wypinanie ciała na powietrze. Tak jak mawiał kolega z pracy: .Pan jest aktorem, tak? Jeżeli tak, to pozwolę sobie zapytać: aktorstwo? Cóż to za zawód? Czyżby polegał na powtarzaniu tego, co ktoś napisał? Aktor? Człowiek z mózgiem jak naleśnik, z mniemaniem o sobie, że gdy gra Hamleta, jest większy od Szekspira..
- H. Hej. He. Gdzie ja je... U. U. Albo. I. Już się z. Z. Tego mostu, który powstanie... No. To ONa. Wiem, wiem, wiem, wiem, wiem, i, i, i wiem - powtarzał ON. - idąc - jak mu się zdawało - w stronę miasta.

Klisza nr 10  
Dwa przebudzenia:  
Jej i jego  
- początki dnia
ON. wstał z łóżka. Muchy zaraz opadły to miejsce, z którego przed chwilą korzystał. Jeszcze ciepłe od jego oddechów. Grzały się senne i zmęczone. Zgarnął je koszulą, ale wróciły. Opadły znowu to miejsce, które przed chwilą było tylko jego miejscem, ale stygło i stawało się samodzielne. A rzeczy głuchły. Wodził po nich wzrokiem. Starał się ich na nowo uczyć. Od wczorajszego wieczoru upłynęło około dziewięć godzin, a już stały mu się obce i niezrozumiałe. Ale odsyłały go po kolei do siebie nawzajem. Każda rzecz proponowała mu następną, stojącą tuż obok, o wyciągnięcie ręki, nawet jeszcze bliżej: o połowę wyciągnięcia dłoni. Wyczuwał, że kpią z niego. Spokojnie zaprzyjaźnił się z widokiem za oknem. Proponował sobie nowy dzień. Jeszcze niby wesoły, sprawdził umiejscowienie katedry w znanym krajobrazie. Przyswoił go sobie już dawno, gdy tylko sprawdził, że siność zwiększa się wraz z oddaleniem. I wykoncypował sobie, że sytuacja może istnieć odwrotnie, że siność dodaje oddalenia. Sprawdził jeszcze ruchliwość mięśni i zadowolony z siebie nucił wracającą wciąż powłóczystą i rozciągłą w czasie wschodnią melodię. Wszedł w chłodną framugę drzwi. Łazienka otoczyła go wilgotnymi, połyskującymi kafelkami ścian. Zwierciadło przyjęło jego postać odbiciem po drugiej stronie. Zatrzymał ruch ciała. Tkwił ciągle jeszcze w tych samych miejscach pojedynczo zdwojonych. Chłodna woda skapywała z kranu w muszlę i rozpękała się na drobne, kłujące brzuch drobiny. Ręką roztrącił wilgotność i niby powiedział: - Brzyt - (koncentrował myślenie nad dalszym ciągiem zdania, gdyż zaczął nieco za wcześnie, gdy jeszcze nie miał skończonej logicznej całości) - wo moja!11 Męskość moja tkwi w tobie. Twoje ostrze kuszące i sprawiedliwe.
Przestał. Wydało mu się to dziecinne i płaskie. ON. powiedział głośno, z naciskiem:
- Hamlet przy goleniu.
Ta jeszcze nocna powolność stawania się rzeczy drażniła go. Wydawało mu się, że to wszystko powinno mieć większą prędkość, szybszy rytm, że powinno lecieć i wracać. ON. zaczął wykonywać ruchy kończynami. Skapywanie wody stało się przez to jeszcze szybsze. Strumień wciąż przybierał inną formę, aż ustalił się w spokojnym laminarnym spływie. Idealna cisza w pokoju córki. Podobna w pokoju żony. Ta druga nie należała do niego. Nigdy nie będzie. Już trzy lata temu stała mu się obcą ciszą. Nie jego. Brzytwa jest jego. Zawsze była mu przynależna. Od lat. Od dni. Wielu.
Stal kusząca, z ostrzem jak przecięcie przestrzeni, tkwiła mu w dłoni. Obejmował ją pieszczotliwie; z tkliwą delikatnością łaskotała naskórek. Ta pewność zawarta w jej wnętrzu była mu mało znana i rodziła w nim lekką obawę, że to, co było mu dotychczas wielkie, może okazać się fałszem. Ta degradacja wielkich przedmiotów wydawała mu się już od dawna możliwa, ale nigdy nie wykraczała poza granice prawdopodobieństwa; zbiór był nieuporządkowany. Brzytwę trzymał przy prawym policzku.
ON. zauważył w tym geście coś teatralnego, a i poza, ułożenie ciała też były sztuczne, tak że skrzywił twarz i właśnie z tym grymasem przypominał ojca. To wspomnienie przywołane tu, w łazience, wydało mu się nieprzyjemne, a nawet uciążliwe. Odbicie: pryszczyk. Zadrapany. Kolor krwi. Określenie proste. Kran. Kap. Kap. To woda.
- O! U. U. JU - powiedział ON.
Rytm wzrastał w postępie geometrycznym: woda. brzęk. jego odbicie ustalone po niby-drugiej stronie. powietrze. muszla. jeden oddech. drugi oddech. wdech. wydech. wdech. okno. chmurka. woda. kap. kap. ci... dzyń. dzyń. to-a-le-to-wy-pa-pier. to-a-drzwi. to-a-ra-ma. ra-ma. ma-ma. cór-ka. córka. kar-tofle.
- CÓRKA - powiedział ON. i wszystko zostało zatrzymane. Nie robiąc hałasu, skradał się do pokoju córki. Nasłuchiwał. Cisza. Przez otwarte okno w jego pokoju dolatywały go odgłosy dalekich rzeczy. Uchylił drzwi. Ukazała się część obrazu: poręcz łóżka, nocna szafka, zamknięte okno z kropelkami rosy na szybach. Wszedł w cały obraz: ONa. leżała w nieładzie. .Rozrzucone mięso - pomyślał ON. - Noga, kolano, szyja, ręka, palec, brzuch, oko, oko, nos, ucho, głowa, u-do, u-do, u-do, u-u-u-d-o-o-o, piersi, piersi, pier-si, pier-si, u-do.. Usiadł. Ciężkość zaległa w nim metalem. Stołek lekko skrzypnął. Jego brzuch osunął się ku przodowi, wlał mu się prawie między nogi. Wykrzywił twarz. Jakby się odsunął od siebie. Chciał być tuż obok brzucha. Nie tak blisko. Widział, jak ONa. oddycha lekko i rytmicznie. ON. pomyślał, że mógłby ją teraz dotknąć: wlec dłoń od palców stopy, wyżej, po kolano, jeszcze wyżej, udem aż do biodra, rozłożyć dłoń na brzuchu, sprawdzić pulsowanie krwi. Czuł drżenie ramion. Nerwowe ruchy głowy przeszkadzały mu w ciągłości obserwacji. Ustępliwość nagła zapadła w nim ciężarem. Biel ścian uspokajała go powoli. Wstał. Był tuż przy niej. Jego ręka ułożona na poduszce wydawała mu się obca. Przesunął ją o kilka centymetrów ku niej. Strumyk łagodnej, ciepłej oliwy przepłynął mu po plecach.
- Ty. Ty! - powiedział ON. - M. M. MA. O. - szeptał cicho. Naprężył się. Przyciągnął do siebie dłoń. Na poduszce została ciemna plama potu. Czekał. Oddychał. Martwiał.
SPOJRZENIE: Widział ją jako dziwną rozkosz. Ani rzecz, ani pojęcie. Coś, czego nie był zdolny określić: piękny zapach, pieszczotę łaskoczącą naskórek, smak słodkawego źdźbła owsa czy pierwszy podmuch wiosennego ciepłego wiatru. Był wewnątrz tego. ONa. rozkwitła na pościeli. Wyniośle wydłużona. Ułożona w harmonii członków.
Kłucie w boku przypomniało mu o sobie. Jak po długim biegu. Pościel pomięta. Podstawa łóżka. Guziki jej pidżamy. ON. podszedł do niej i z rozpaczą pogładził ją po udzie. Zamknął oczy i cofał się schylony do drzwi. Wrócił do łazienki. Odkręcił kran z ciepłą wodą. Długo moczył dłonie. Nacierał mokrym pędzlem zarost na brodzie i twarzy. Spojrzał na szklaną płytę. Delikatnie otwierał brzytwę, powiększając kąt rozwarcia. Wynurzało się ostrze z osłony, nabierało pewności i twardości. Uśmieszek pojawił się na jego twarzy. Dziwny: takiego nie zauważył u siebie nigdy wcześniej. Gdy ostrze biegło równolegle z obsadą, przyłożył je do dłoni i delikatnie przesuwał. ON. szybko stygł - prężył korpus. Skórę na brzuchu miał teraz wyciągniętą - bez fałdów i przegięty był ku tyłowi. Wstrząsnął nim dreszczyk. Słychać było brzęk metalu padającego na porcelanę umywalki. Krew zbierała się w zagłębieniu dłoni. Poczuł wielką ulgę, jakby rozsupłał się zaciągnięty w jego wnętrzu ciasny węzeł bólu. Radosny, z lekkością w mięśniach spacerował po łazience. Słabe pieczenie tkwiło w zaciśniętej lewej dłoni. Skierował się pewnie do pokoju żony. Z trudem dojrzał ją w słońcu. Chciał się wycofać. Przypomniał sobie podobny obraz w pokoju córki. Ogarnęło go lekkie zmęczenie i tkliwość. Długo przyzwyczajał wzrok do oślepiającego blasku i, gdy wydobył z niego całą postać żony, usiadł wygodnie w fotelu, rozglądał się ciekawie po wnętrzu. Poznawał jakieś detale: zamknięcie okna, sęk w parkiecie, elegancką butelkę po drogim winie, bieliznę żony, jej włosy rozrzucone w nieładzie - ale całość była mu obca. Krew przeciekała mu między palcami i wydawało mu się, że w ustach ma sucho. Chciał więc sięgnąć po szklankę z wczorajszą herbatą, nachylając się ku przodowi.Usiłował wstać. Ociężałość jednak nie pozwoliła mu wykonać tego ruchu. Podparł się dłonią o róg tapczanu. Jednak i to nie pomogło. Opadł znowu na fotel. Cienka warstwa mgiełki okryła przedmiot, słońce już nie raziło źrenic. Czerwona plama wykwitła na prześcieradle, rozcieńczała się, aż straciła wyrazistość zupełnie jak w poczekalni dworcowej. Wtedy nie spał dwie noce. Ociężałość spływała do kończyn ku dołowi. Wydawało mu się to przyjemnym łaskotaniem, to znowu zniewalającym do bezruchu bólem. Nie mógł się zdecydować na wyczerpujące określenie tego zjawiska. Dostrzegał wyraźnie cienie sadowiące się na dobre między przedmiotami. Jakby nieład w ich ustawieniu był powodowany, związany przyczynowo z tkwiącym w nim zmęczeniem. Zwątpił w swoje rozumowanie. Miało być proste i niezawodne. A takim się nie okazało. Potrącił nogą taboret. Wydawało mu się, że pamięta, jak kiedyś jako dziecko siedział na tym taborecie przed ojcem i kiwał nogami. Ojciec był wtedy jeszcze wszechmocny, olbrzymi, mógł powodować początek dnia albo go zakończyć wieczorem. Przynajmniej ON. był o tym przekonany. Ten taboret z głęboko rzeźbionym ornamentem pozostał. Zawarł w sobie te chwile obcowania z ludźmi.
- Uczłowieczył się - powiedział ON.
.Taboret się uczłowieczył, a ojciec urzeczowił. - prowadził dalej rozumowanie ON., ale już z głową dużo, dużo niżej - prawie że wciśniętą między kolana. Przysunął nogą taboret i z zamkniętymi oczami, prowadząc dłoń po jego rzeźbie, odczytywał geometrię ornamentu. Znał ją na pamięć. Czytał. Czytał...
- Przychodzi rzecz i mierzwi mi pamięć - powiedział ON., gdy dłoń zatrzymała się na drzazdze. Czuł lepką ciepłą ciecz wypełniającą wgłębienie. - Rzeczy, które obcowały z ludźmi, nie są już rzeczami! - stwierdził. Przesunął się nieco do przodu i gdy jego środek ciężkości wykroczył nieco poza krawędź podparcia, runął wraz z przewracającym się taboretem. Wielka lekkość wypełniała go całego i ostatnim odebranym przez niego wrażeniem było unoszenie się ku górze.
W pokoju łoskot. Wszystko opadało. ON. leżał z brzuchem wspartym na nogach taboretu. Pięknie rzeźbionego, z ludowym ornamentem, dębowego taboretu. Kwiaty na ścianach w pokoju żony już nie kwitły. Kryształy jeszcze milknąco dźwięczały za szybą w szafie. Łoskot opadł wraz z kurzem. ON. był w teraźniejszości - meble: stół, łóżko, szafka, nocna lampka, tapczany, fotel - te przedmioty były przesiąknięte teraźniejszością. Jakby nigdy już nie mogły być częścią historii ani przyszłości. Wrosły w teraźniejszość. Istniały. Były naturą teraźniejszości, tak jak ON. przewieszony przez taboret z bezwładną głową na dywanie. Gdy wrzask dotarł do uszu żony, obudziła się. Świeżo owiana snem zerwała się i krzyknęła:
- Jezu! Jezu! Jezu!
Przerażenie było tak wielkie, że nie czyniła ruchu. Jakby przybył jeszcze jeden mebel do jej pokoju - ON. z czterema nogami: ON. - taboret i ONA. - ustawiona wśród innych mebli - ustawiona w pionie. ONA.?
Pokój. Ten sam pokój. Ich pokój. ONA. pamiętała: tu był początek ich miłości, jej trwanie. Teraz stała ONA. - wyrośnięty mebel w ich pokoju. Tu był początek ich miłości. ONA. - pionowy mebel. Jeszcze piękny, smukły, budzący pożądanie mężczyzn na ulicy. Tu był początek ich miłości. ON. wsparty kilkoma podporami. ON. - mebel. Meble: stół, łóżko, szafka, nocna lampka, tapczan, fotel. Przerażenie wśród mebli. Przerażony mebel - ONA. Bezruch. Wszystko opadło, tylko kurz oświetlony poszerzającą się pręgą złotego światła majestatycznie parł ku górze. Czerwony kwiat rozrastał się szeroko na pogniecionej bieli.
- R. R. R. r. - starała się powiedzieć wysokim tonem ONA., stojąc nad nim. Jej wzrok rozchybotany przeskakiwał z przedmiotu na przedmiot. Plama lęku rozlewała się, wsiąkała w chłonne sploty płótna. Wielkie pole czerwieni rosło. Kurz ułożony w złoty stożek opadał. Wszystko opadało. Słyszała jego chrapliwy oddech układający się dołem, tuż nad podłogą, między dnami rzeczy. Oddech był stały, prawie równomierny. ON. - brzydki i zbyteczny. ONA. - piękna, dumna nad nim. Wspaniały mebel. To już żadna miłość. Przerażenie nad nim. ONA. nad jego wyczerpanym ciałem. ON. jakby rozdeptany, rozgnieciony, połamany taboret: mdły, nijaki, biedny, uwolniony od siebie, nasłuchujący. Cztery razy zaczynała jego imię. Cztery początki końca jej miłości. Plama przestawała być lepka. Jego krew odparowywała, krystalizowała się. Czerwone ciałka traciły barwę. Jego osiemdziesiąt osiem procent hemoglobiny; jego duma - jego osiem i pół minuty krzepnięcia; jego B Rh plus (dodatni), jego Uretherolitriasis dex.; jego morbus ulcerosus duodeni - jego zaburzenia przewodzenia śródprzedsionkowego, zaburzenia przewodzenia śródkomorowego, cechy dextrogyrii; jego OB 10/25, 5/13; jego erytrocyty: 510000/ml; jego czas krwawienia: dwie minuty i pół; jego sód we krwi: 135 mlq/1 - z tym leży.
Ktoś uderza kijem o bramę: bam, bam, bam - coraz rytmiczniej. Coraz muzykalniej. Lekki odcień wstydu czy cierpienia usadowił się na jej twarzy. Mebel-mąż nadal leżał i oddychał. Będzie musiała ukrywać to przed córką. Stała tak, jak nad porzuconym wieczorem ubraniem, do którego jeszcze należało kiedyś wejść, które nie straciło jeszcze zupełnie przynależnej mu funkcji i wartości wymienno-handlowej.
Pośród porannego spokoju cienie jego pidżamy na podłodze. Układ fałd. ON. Lęk rozchylił lekko jej usta i palce stóp i rąk - jakby się tam sadowił. Jak w obrazie: martwa natura i ich dwoje. Nie. Jeszcze - martwa natura i ONA. jedna. A jednak pusto. ONA. nie może zrozumieć sytuacji, obrazu. Jakby ON. zagłębiał się w podłogę. Jej mąż: bezsilny, płaski, leżący. Zamach na nią, na spokój, na cały ranek, na różowy ranek. Dotknęła rozwianych, zmierzwionych, opadających w nieładzie wokół jej twarzy włosów, ale te były zbyt ustępliwe i śliskie, aby dodać jej zdecydowania czy choćby odwagi. Dopadła ram okiennych: poszerzona szpara, rozwarte okno: przestrzeń, a w niej miasto, domy, ludzie, szyny, drzewa. Jakby zdążali ku niej. Chwilowo zajęła się nimi. Byli obcy, różnili się przeważnie twarzami, ubiorem i ruchem, poza tym - jednakowo odlani w formie wewnątrz kobiety. Gołąb ukośnie przeciął przestrzeń. Cień mignął po ścianach, zdążył za lotem ptaka.
ON. poczuł ostre pieczenie dłoni. To był jego powrót do wnętrza pokoju - do żony. Pierwszy jego powrót po dwunastu minutach i dwudziestu siedmiu sekundach. Kawałeczek z tarczy zegara. Nieznaczne przesunięcie małej wskazówki. Próba wolności. Techniczna próba uzyskania wolności i powrót. Podciągnął lewą kwitnącą dłoń na pierś. Czerwień o nieregularnych zarysach zlewała się z trójkątem wzoru pidżamy.
Za oknem ludzie szli. Prawie wszyscy w kierunku. Może chcą wejść w nią? Przypomniało to jej perwersyjne określenie: .wszyscy mężczyźni pragną wejść we mnie.. Tak. Teraz była przepełniona odrazą do niego. Leżący mężczyzna-mebel. To właśnie z nim. Nie była tego pewna, czy córka to część jego czy tego zafajdanego magazyniera, który stoczył się na dno. Ale nim się stoczył, był w niej. Był ogniem jej wnętrza. Kilka razy, kiedy była bliska płaczu, omal nie powiedziała mężowi o tym. Zresztą - nie była pewna. Nikt nie rozsądzi. Stoczył się na dno - picie wódki, bicie dzieci to jeszcze nie dno. Ludzie tak mówią. Wtedy ten Stefan Wysoki, uczeń szkoły przyzakładowej, nad wyraz wyrośnięty, którego ojciec posiadał młyn, olbrzymi sad i samochód marki Rolls-Royce, delikatnie wsuwał dłoń w jej dłoń. Było to tak zniewalające. I jego olbrzymia figura - zapewnienie rozkoszy, którą znała. Podniecało ją, że on nic o niej nie wie; to było pociągające, zniewalające, olśniewające, zbliżające. Pozwalała mu dotykać wnętrza dłoni wnętrzem dłoni. Ten dom jeszcze stoi, nawet ornament z czasów secesji przy remontach nie został zdarty. Z okna widziała tylko schody, trzy okna i połowę drzwi wejściowych z dębowego drewna. Drugie piętro; ostatnie drzwi na lewo. Wąski tapczanik, ciemność rozświetlona światłem rtęciówki z ulicy. Na sali muzykanci ordynarnie fałszowali polkę. Głupi, prosty rytm. Ubóstwo. Niby wielkość muzyki ludowej.
- Tak, Tak. To była twoja wina - powiedziała cicho ONA. - Zawsze cieszyłeś się, kiedy ubierałam się jak smarkula. Robiłeś ze mnie podlotka. A ten dureń, wysoki dureń, uczeń szkoły przyzakładowej wziął mnie za starszą koleżankę - powiedziała to tak, jakby chciała, żeby słyszano ją właśnie w tamtym domu z secesyjnym wystrojem, i poprawiła ramiączko biustonosza.
Po kilku dniach przypomniała sobie, że tamtego wieczoru nie odezwała się do niego ani słowem. Poczytała to sobie za powód do dumy: nie wziął mnie ze słowami na ustach, ale milczącą. Wydawało się jej, że to może być częścią batalii obronnej.
ON. jeszcze niczego nie słyszał, dźwigając korpus nad taboret. Wielki wstyd tkwił w nim. Już nie pamiętał, która dłoń leżała na udzie córki.
ONa. leżała w łóżku. Już około godziny od chwili przebudzenia. Rozleniwienie wypełniało ją zupełnie. Przez lekko uchylone okna przeciekało świeże powietrze, kłębiło się we wnętrzu pokoju, ocierało z ledwo słyszalnym szelestem o przedmioty, wciskało w przewężenia między nimi i zabierając nieco snu i omdlenia oraz ciepła udzielonego im przez nią w nocy, wypływało górną częścią szpary. Cyrkulacja trwała. ONa. odrzuciła kołdrę koloru lekko niebieskiego, pogłębionego teraz przez sine, czyste jak na wschodniej mozaice niebo - co nadawało powierzchni pościeli nieco orzeźwiającego chłodu. Długie, smukłe, różowe nogi odkryte zostały tym teatralnym ruchem. Przyglądała się im z cieniem radości usadowionej na dobre w niej. Zaczęła od stóp, które leżały w nieładzie, zakończone ząbkowaniem paznokci. Odetchnęła, może nieco za głośno, i potarła prawą stopą lewą łydkę. Poczuła słabe, płynące ku górze łaskotanie; uśmiechając się, ponowiła ruch. Ręce miała jeszcze wolne, niezajęte żadną pieszczotą. Były to jej ręce - posłuszne i długie, ze zgrabnymi palcami jak u Madonny. Włosy, w których tkwił zapach wczorajszych perfum wcieranych przez mamę, pogniecione, śliskie i błyszczące, łagodziły tarcie głowy o pościel. Przesunęła się nieco w kierunku nóg, tak że dalsza część ud została odsłonięta. ONa. patrząc na nie, niby powiedziała:
- Omm.
Ton jej głosu był raczej opadający tak, że rozcieńczył się w szeleście; odsłoniła biodra i nagle z niby-zawstydzeniem, z rozpaczliwą pewnością narzuciła koszulę na siebie. Wzrok jej zabawiał się teraz tym, co działo się na zewnątrz. Ale ruch powietrza zmalał prawie zupełnie, ponieważ różnica temperatur spadła do zera. Siność malała. Dachy za oknem nabierały realnych wielkości oddaleń. ONa. mogła już z dużym prawdopodobieństwem określić, w jakiej odległości od niej się znajdowały. Była już siebie bardziej pewna. Niezawodność zwiększała się. Odparowała z niej senność. Zegar na szafce pracował rytmicznie. ONa. stwierdziła, że ten spokój, który był w niej jeszcze przed chwilą, ulatnia się wraz z wymianą powietrza. Niepokój narastał. Podejrzewała, że to za sprawą jej wczorajszej awantury w klasie. ONa. starała się zająć czymś innym, czuła lekką odrazę do swego ciała. Może to nie było zupełne, ale bała się go. Jeszcze przedwczoraj, pamiętała to po kolei (a wzrok szerokim łukiem wrócił na okrytą postać z dokładnie zarysowanymi wypukłościami ud, może nieco wydłużonymi w kierunku okna): sala gimnastyczna, gdzie zawsze czuła się tak swobodnie, twarze i postacie koleżanek; nogi koleżanek; nogi i ramiona Zochy, wylewające się z szortów i koszulki; sprawdzanie własnych i nieco radości z tego powodu; ostry gwizdek nauczycielki; zapach potu własnego i koleżanek; słowa o włosach .chciałabym mieć takie. - znowu nieco radości; gra w siatkówkę; gwizdki; hałas; krzyki z powodu przegrywania partii; upadek; a później krew; oczy koleżanek; już tylko same oczy koleżanek; oczy i pieczenie policzków; oczy i brak swobody w nogach; wnętrze ubikacji i chłód wiejący z muszli; chlupot i szum wody.
- Iii, tam! - powiedziała ONa. Właściwie krzyknęła.
Rosło to w niej od wczoraj. Nie rozumiała jeszcze, co, skąd się to wzięło, nie znała jeszcze jego cech, nie wiedziała, jak się bronić. Raz miało to charakter czysto fizyczny, to znowu tylko psychiczny. Pełne sprzeczności w samym zarodku - istniało, rosło, łaskotało w gardle, to znowu płynęło gorącością wzdłuż ciała - poddawała się bezwolna i słaba. Niezdolna do obrony. Ruchy jej były akceptacją, przedłużaniem tego stanu, gdy gorącość znikała, a pojawiały się obrazy: kwiaty przesłaniające horyzont. To była ta druga forma inwazji, jeszcze trudniejsza i większa, gdy w ciemności nocy przychodziły obrazy, tak nagle, że zaciskała mocno uda, składała ręce na piersi, dłońmi obejmowała twardy biust i zastygała, jakby zakrzepła ze wzrokiem skierowanym w głąb wydłużonego leja: wyczekiwała. Wtedy pojawiała się gorącość. Płynęła leniwym ruchem wzdłuż żył, nabierała rozpędu i mocy, by skłębić się w jednym miejscu i promieniować do najdalszych zakątków ciała. Zdawało się jej, że ciało w jednej chwili stygło. Nie czyniła ruchu. Bała się: bo wtedy przybywały formy, ich wielka różnorodność, nieskończona rozmaitość pojawiała się jej przed zamkniętymi oczyma. Nie wiedziała, czy je widzi czy też czuje. Zagubiona, słaba - leżała i nasłuchiwała jakiegoś zbawczego dźwięku, który by ją wyrwał ku sobie z odrętwienia. Ale przedmioty milczały. Ich bezwładność była tak wielka, że ONa. musiała sprawdzić siebie ruchem całego ciała na łóżku, aż usłyszała zbawczy skrzyp sprężyn i, już umiejscowiona między dźwiękami a przedmiotami, szeroka jak pościel, długa jak deski podłogi, zamierała. To wszystko napływało owiane tą spokojnością poranka; było złagodzone refleksami już wyraźniejszych kolorów tak, że wraz z realnością przedmiotów malał jej lęk. I właśnie teraz, gdy odsłoniła się cała, gdy wzrokiem doszukiwała się perspektywy wzdłuż nóg ciągnących się ku oparciu łóżka, z wybiegającymi kostkami kolan, pojawił się w jej myślach On. Znała go już od trzech miesięcy. Bo jeszcze wcześniej nie dostrzegała go. On. nie był tym, kim stał się dla niej podczas długiej przerwy. Później, przez kilka dni nosiła go jak obraz. Zapoznawała się z nim wtedy w widzeniach. Czuła jakby On. przebywał w jej wnętrzu. Lekcje były długie. Przedmioty przejmowały nieco z jego cech. Były nawet dni, gdy wybierała między nim a nimi, bo dokładność rozeznania została zakłócona. Aż zrozumiała: zyskała pewność, gdy On. dotknął spoconą dłonią jej szyi. Nie pamiętała już nawet, jak wtedy krzyknęła. Zdawało się jej, że to nie był krzyk, ale szelest, szmer czy też coś na podobieństwo tych zjawisk.
Teraz leży na łóżku. Zupełnie naga. Jej dłonie znowu jak w chwili przebudzenia krążą wokół ciała, które wydaje się nieco dziwne: bo jakże tak? Leży. Ono leży. ONa. leży. Przedmioty wystają obok niej. I może co prawda, kiedy tylko zechce, uruchomić część ciała, ponieważ jest ono jej posłuszne, ale jednocześnie czuje coś, jakby zalegało w jej wnętrzu, a było jej częścią, ale jednocześnie i było samodzielne, tak jakby na wpół podlegało jej, a reszta wymykała się spod kontroli. Należała do niego, do ojca, do matki, do kogoś. Rozpoznawała tę niezupełność oddania się komuś. Jego dłoń miała coś z ojcowskiej, tej, którą wyczuła w kinie.
ONa. siedziała w klasie. Dokładniej: ONa. siedziała w sali o wymiarach siedem metrów na pięć na cztery metry, w której było jedenaście ławek szkolnych, jedno biurko, jedno krzesło i jeden taboret, a na nim miednica z niezupełnie świeżą wodą. Na tablicy w prawym rogu była zapisana data: szesnasty, trzeci, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty piąty - z jednym błędem interpunkcyjnym. Poza tym: trzy mleczne żarówki wiszące na wysokości głowy najwyższego chłopca w klasie, ściany zamalowane na kolor lekko brązowy, trzy okna o wymiarach: metr siedemdziesiąt razy dwa i pół metra, deski biegnące poprzecznie do długości sali. Biurko z drzewa sosnowego z okładziną dębową o podłużnych słojach. Szuflady biurka i prawe drzwiczki z powyrywanymi zamkami. Płyty biurka i ławek poplamione atramentem koloru przeważnie niebieskiego.
ONa. siedziała w ławce. Dokładniej: ONa. siedziała w ławce umiejscowionej w rzędzie pod ścianą; była to ławka czwarta, jedna z najwygodniejszych, bo z odgiętym oparciem i z zakrywanym kałamarzem. Przyjemna ławka. Nie myślała o niczym, co mogłoby znów wywołać obrazy, które przesuwają się przed oczyma, jakby na matówce aparatu fotograficznego. Widziała je niewyraźnie i nawet nie starała się ich kojarzyć z innymi ani zestawiać razem. Rzeczy za oknem osiadały w siności powietrza. A rzecz wielka - gotycka wieża katedry - wystawała nad warstwą smogu, który wisiał nad miastem. Nakrycie wieży tkwiło ostrym zwieńczeniem w czystym powietrzu i odcinało się od reszty, sprawiając wrażenie niedawno wykończonego. ONa. wpatrywała się w tym kierunku. Czuła, że coś z niej wybiega ku tej największej rzeczy, że coś wpływa w nią od tej największej rzeczy linią, falą czy też toczy się drobnymi kulkami. ONa. odczuwała wielkość rzeczy tkwiących za oknem, jednocześnie rozumiała, że rzeczy, które jej niemal dotykały twardością naroży, istnieją ponad nią: że władają przestrzenią ją otaczającą, którą czynią lepką, ciężką, że wylewają się mackami za okna klasy i łączą z rzeczami oddalonymi - twardnieją do wysokiej potęgi, wrastając w podłoże coraz mocniej, gdzie upewniają się w swej możności.
Rzeczy wydawały się jej żywe i ograniczające ją w swobodzie. ONa. zadrżała. Może było to wynikiem spadku temperatury otoczenia, a może przyczyna tkwiła w zmianach rzeczy. Pocierała długie i chude, opalone na ciemny brąz ramiona. Gęsia skórka powoli znikała. Jej dłonie wędrowały po sukience z kaszmiru, błądziły po biodrach, aż zetknęły się z twardym, dziewczęcym biustem. Zamarła. Chwilę trwała nieruchomo, aż usłyszała dzwonek oznajmiający przerwę. Dłoń zwierała się wszystkimi siłami aż do wystąpienia piekącego bólu i szelestu materiału ocierającego się o siebie. Spotkała czyjś wzrok; mięśnie i jej wszystkie komórki rozluźniły się zupełnie; ramię opadło na płytę ławki: to był matowy stuk i to ją wyrwało ku zrozumieniu czyjegoś głosu.
- Oho, ona dzisiaj jest drewniana.
ONa. szukała źródła głosu. Ściany osypywały się z kruszejącej kredy.
- Nawet .Patyczek. nie potrafił jej rozweselić.
Jej wyprostowane ręce przesuwały się po ławce i zgarniały w kierunku z lewej do prawej kurz z jej powierzchni.
- A bo to jest tak: klasa to nie łąka w zakolu rzeki...
ONa. rozumiała to zdanie i opanowało ją gorąco. Skręcała się w konwulsyjnym ruchu barokowej rzeźby. Postacie obok niej przesuwały się w nieregularnych odstępach czasu. Dźwięki rodziły się i zamierały w kleszczach szpar przedmiotów.
- Ojcze. Mój ojcze. Jesteś mi Ojcem i początkiem - powiedziała cicho, wpatrzona w ciemną politurę stołu. - Ty mi jesteś... ja wypłynęłam z ciebie. Nie wiesz nawet, kiedy to się stało. Jestem prawie zawsze przy tobie, obok, a nienawidzę cię prawie serdecznie. Nawet nie za dłonie, nie za oczy i nie za łysinę; nawet nie za kłótnie z matką. Nienawidzę cię przez to, że dorastam i odchodzę od ciebie w spirali. Wypłynęłam z ciebie ciemną rzeką. Widziałam twoją dłoń w kinie: blada, wydłużona, drżąca. To była twoja dłoń - wiedziałam dobrze. Twoja dłoń przybliżona ku mnie. Spoczęła na twoim udzie i zastygła. Twoja dłoń jak część mojej. Zatrzymała się. Wiem jeszcze coś. Wiem jeszcze coś - szeptała ONa., przenosząc wzrok na uda uwydatniające się pod szkolnym fartuszkiem - jeszcze twarde, dziewczęce bez warstwy tłuszczu.
- Wiem. Wiem - szeptała gorąco, przenosząc rozbiegany wzrok z przedmiotu na przedmiot, z konturu na kontur tak, że wszystkie rzeczy tworzyły jedną gęstą całość. Gubiła się wśród nich. Bezradna z wypiekami na twarzy. - Zrozumiałam to dopiero miesiąc temu i dlatego cię nienawidzę: za tę gorącą strugę w moim ciele, która pojawia się, ilekroć jesteś przy mnie. Ta gorącość jest ciemna i zła. Jakby wypływała z ciebie. Bierze początek w tobie: skąd ja wypłynęłam. Moje uda są białe. Bielsze od porcelany. Ty mi jesteś ojcem. Ty mi jesteś... Ty mi jesteś opiekunem. Ty mi jesteś żywicielem. Ty mi też jesteś tym, który mnie potępi (może już potępił?). Wiem! Wiem! - prawie że krzyczała ONa. Gwar, który dotarł do jej uszu. Jeszcze go nie słyszała, ale czuła. - Wiem! Niemal jestem pewna. Twoja dłoń była nie biała, ale szara jak kamień, jak deska w korytarzu. Pod dłonią było twoje udo. Palce zaciskały się na nim. Pot spływał ci po ciele. Męczeńska ciecz. Wiem! - szeptała ONa. - Twoje udo składa się z tkanki mięsnej, tak jak i moje, ale jest inne: ciemne i złe; ja go nienawidzę. Nienawidzę każdej twojej żywej komórki ciała. Bo ty jesteś początkiem zła we mnie. Dałeś mi tę rozsadę już w pierwszej myśli o mnie. Dałeś mi ją męską dłonią. Podałeś ruchem pewnym i monarszym. W pierwszym spojrzeniu w oczy matki wetknąłeś mi to, co teraz rośnie we mnie. Wiem. Wiem - prawie że milkła ONa. - Jestem pewna. Wiem jeszcze coś! Coś, czego boję się wiedzieć! Nie chcę. Muszę o tym nie wiedzieć.

Klisza nr 11  
Jeszcze jeden dzień z jego  
dni,kiedy ON. próbuje zgłębić istotę rzeczy - jego zwykły dzień
Ten dzień był dla niego zwykłym dniem. O ósmej rano w biurze zdał sobie sprawę, że to będzie jego najzwyklejszy dzień. Różnić się mógł średnią temperaturą, zachmurzeniem albo opadami. To ostatnie wydawało mu się bardzo wątpliwe, ponieważ posiadał jakieś rozeznanie meteorologiczne. O godzinie dziewiątej kierownik pracowni zagadnął go:
- Czy pan już skończył te wykazy?
ON. napadnięty pytaniem przesunął segregatory na półkach i w szerokim półobrocie odpowiedział:
- O! O! o. Prawie już. Prawie.
Kierownik opuścił jego pokój, jakby go to przestało interesować, jakby pytanie zadał tylko tak sobie, zamiast .dzień dobry..
.Jeżeli tak, to dobrze. - pomyślał ON. Zadzwonił do Biura Prognoz Meteorologicznych, gdzie pracował jego dawny dobry przyjaciel z lat szkolnych. Był w świetnym humorze:
- Z diagramu termodynamicznego, który ci zaraz objaśnię, wynika, że o godzinie zero zero zero zero zet, czyli u nas o pierwszej w nocy, temperatura na wysokości zero metrów wynosiła plus osiem stopni według skali Celsjusza, temperatura na wysokości tysiąca pięciuset metrów wynosiła minus trzy stopnie według skali Celsjusza, temperatura na wysokości trzech tysięcy metrów wynosiła minus cztery stopnie według skali Celsjusza, inwersja od tysiąca ośmiuset metrów do dwóch tysięcy trzystu metrów, na dole inwersji temperatura wynosiła minus trzy stopnie według skali Celsjusza, a na górze inwersji - plus zero przecinek pięć stopnia według skali Celsjusza, wiatr dolny w kierunku trzysta dwadzieścia stopni o sile dwóch metrów na sekundę, na wysokości tysiąca pięciuset metrów wiatr z kierunku trzysta dziesięć stopni o sile trzynastu metrów na sekundę, na wysokości trzech tysięcy metrów wiatr z kierunku trzysta pięć stopni o sile szesnastu metrów na sekundę, na wysokości siedmiu tysięcy metrów temperatura wynosiła minus trzydzieści dwa stopnie według skali Celsjusza, równowaga do inwersji stała, wyżej obojętna, ciśnienie wynosiło tysiąc dwadzieścia przecinek cztery milibara z tendencją średniego wzrostu. Prognoza na ranek: zachmurzenie duże, z tendencją wzrostu siły wiatru, chmury pięć ósmych stratocumulusa z podstawą tysiąc do tysiąca pięciuset me...
- Ale - przerwał mu ON. - ale nie o to. I! I. mi chodzi o! o. o. To. Jeżeli. U.
- Dobrze. Dobrze - słyszał ON. wyraźnie w słuchawce. - Objaśnię ci diagram - ON. słyszał też śmiech. Wesoły i zawiesisty śmiech przyjaciela. - Jedna odcięta diagramu przedstawia temperaturę w stopniach Celsjusza, dodatkowa skala podaje temperaturę w stopniach Fahrenheita, dwa - jako rzędna występuje pe do potęgi ka, gdzie pe jest ciśnieniem w milibarach i ka równa się a duże er przez duże ce, pe równa się zero przecinek dwieście osiemdziesiąt sześć, trzy - prosta przebiegająca z prawej strony od dołu do lewej do góry przedstawia adiabaty dla powietrza suchego według wzoru: delta równa się duże te w nawiasie nad kreską tysiąc pod kreską pe nawias zamknięty, to co w nawiasie do potęgi ka minus dwieście siedemdziesiąt trzy kropka szesnaście kropka cztery, poziome skale liczbowe przedstawiają w dekametrach geopotencjalnych odległości pomiędzy następującymi powierzchniami izobarycznymi: tysiąc pauza osiemset pięćdziesiąt przecinek osiemset pięćdziesiąt pauza siedemset przecinek siedemset pauza sześćset przecinek sześćs...
- Dobrze - powiedział ON. - Dobrze. Ju. Ju. Ju. To by... Ale pogoda... - dodał z rozpaczą.
W słuchawce przez chwilę skwierczało, jakby niewyraźny sygnał centrali, i znowu usłyszał:
- W punkcie czterdzieści dziewięć stopni szerokości północnej dwadzieścia stopni długości zachodniej temperatura przy ziemi o godzinie zero zero zero zero zet wynosiła osiem stopni według skali Celsjusza, a na wysokości tysiącu czterystu osiemdziesięciu sześciu metrów temperatura wynosiła plus trzy stopnie według skali Celsjusza, wiatr z kierunku zero trzydzieści pięć stopni o sile pięć metrów na sekundę, chmury altocumulus i altostratus, opady ciągłe, ciśnienie z tenden...
- Ju. Ale. - Bo. T. T.
- Na Grenlandii panował słaby mróz - na wschodnim krańcu było minus dwa stopnie według skali Celsjusza, mroźny wiatr z kierunku zero dziesięć stopni o sile siedmiu metrów na sekundę, padał ziarnisty śnieg, ciśnienie tysiąc pięć przecinek pięć milibarów - doskonała widzialność pozioma pon...
- A! A! Pf - powiedział ON.
- Dobrze, stary, dobrze, możesz jechać. Trochę słońca dopadniesz. Przy odrobinie szczęścia ono ciebie. Być może braknie ci powietrza. Lepiej tam niż w biurze. Możesz się zrywać. Pozdrów ode mnie tę najładniejszą, a klepnij te najszersze biodra. Cześć.
- A. Noooo - powiedział ON. z ulgą.
Zgarnął wszystko do szuflady biurka. Zeszyt. Stukartkowy. Zeszyt. To ten. Pogładził szorstki grzbiet. Zatrzasnął szufladę. Odkleił gimnastyczne spodenki od ciała i ruszył. Nie spotkał nikogo znajomego, żadnego człowieka, do którego mógłby cokolwiek powiedzieć. Prawie uszczęśliwiony wsiadał do tramwaju. Zadowolony liczył przystanki. Blondyna. Szerokie biodra... .Powinienem dotknąć szerokich bioder. - pomyślał. Wygrzebał z kieszeni fragment starej gazety. Zachwycił się meandrem-przerywnikiem między ogłoszeniami: .Starsza, kulturalna pani z gotówką pozna miłego pana bez nałogów w celach matrymonialnych. Venus g 368701, a volkswagen do sprzedania po 30 000 km, telefon 267-75.. Końcowy przystanek. Warkot samolotu. Wysiadł. Przeszedł. Rozebrał się. Wstąpił w skwar.
ON. leżał na plaży dudniącej od gorąca. Powietrze aż grało od głosów. Naokoło niego przesuwali się ludzie: prawie nadzy. Zalatywało zepsutymi rybami. ON. pomyślał, że w otoczeniu prawie nagich ludzi czuje się jeszcze bardziej niebezpiecznie. Ludzie są za mało urzeczowieni, by mógł traktować ich jako coś stałego, coś, czego zmienność mógłby w granicach dużego prawdopodobieństwa przewidzieć, określić w przybliżeniu - przygotować możliwość obrony. ON. obserwował przemieszczanie się pstrokatych strojów kąpielowych. Zapach ryb. Zapach wruszonego bagna. Stroje poruszały się rytmicznie. Stwierdził, że rytm strojów był uwarunkowany krokami kobiet. Nie przywiązywał do tego większej wagi. Słońce jak miecz gorącym cięciem oddzielało lustro wody od powietrza parzącego i owiewającego ciało, kurczące się z rozleniwieniem jak korzeń tkwiący we wnętrzu. Słońce. Zapach ryb. Zapach gryzionej łoziny. Kostiumów przybywało. Kostiumowy rytm zagęszczał się. Wyraźnie. Potężniał. ON. uzgadniał z sobą sytuację, kiedy mógłby znowu... Ciała wilgotniały. Wilgoć w ustach, wilgoć na skórze, wilgoć głęboko w glebie. Suchość rosła w powietrzu. Kostiumy wilgotniały. O godzinie dwunastej trzydzieści sześć spojrzał na zegarek: kłucie w oczach od refleksu szkiełka. Mdłości podpełzały wyżej. Wydawało mu się, że nie przetrzyma jeszcze godziny, jak to sobie zaplanował: oglądać plażowiczów - stwierdzić podobieństwo z córką. Widział jedynie pstrokate kostiumy. Gdzie ciała? Zanurzone w owiewkach. Wiedział o nich. Wystarczyło odczytywać wzrokiem układ fałd na brzuchu - za brzeżkiem slipek ciągnęło się ciało. ON. powiedział:
- Ciąg dalszy pięknego ciała za brzeżkiem majteczek. Przyjemność na stronie następnej.
Ułożył się wygodnie we wgłębieniu ziemi i patrzył w parzące jasnoniebieskie niebo. Przychodziło mu do głowy wiele myśli. Jednak nie miał ochoty ich segregować - przepływały i ginęły. Za wszelką cenę chciał się wyłączyć. Nie mógł. Rozumował, że kobiety muszą mieć dużo więcej z miłości, ponieważ wtedy leżą i mogą patrzeć w niebo, w nieskończoność. A mężczyźni? Ech. Ziemia. Jak gdyby obejmowali wraz z miłością ziemię. .Dobrze - pomyślał. - Dobrze. Stać ich na to. Stać nas na to - poprawił tok rozumowania ON. - to bardziej po męsku.. Ukradkiem spoglądał na pulsujące brzuchy dziewcząt. Falowanie skóry narastało. Wilgoć na brzuchu umiejscowiła się w okolicy pępka. Dziewczyna usiadła w kucki. Biodra wykwitły szeroko - wspaniałe. Kula słońca pięła się łukiem ku górze. ON. oniemiały leżał. Parował. Wgłębiał się w mękę. Obserwował: piękne ciała falowały. ON. postanowił, że nie będzie się angażował: będzie tylko beznamiętnym obserwatorem męki wśród piękna.
Odchylił głowę w prawo. Fale nadbiegały z daleka. Każdy punkt wydawał się ich początkiem. Wykombinował, że to oddalenie jest ich miejscem powstania. Patrzył na grzbiet od strony brzegu poprzedzony grzywą, sunący w jego kierunku: najpierw zanikała grzywa, później grzbiet; pojawiał się nowy grzbiet i nowa grzywa; przedłużał się cykl od nowa w kierunku do niego. ON. poprawił pozycję. Coś uwierało go w lewe udo. Z lekkim zniecierpliwieniem odwrócił się. Wzrok błądził wśród ciał. Znowu wróciła męka. Przymknąwszy powieki, skierował twarz ku słońcu. Fiolet wlał się do wnętrza. Tak trwał. Szmer fal narastał. Zdawało mu się, że nadbiegają one z prawej strony, to znowu, że z lewej. Myślał, że przypłyną od stopy, to znowu że zaleją głowę lub opadną z góry. Kusiło go, by sprawdzić dłonią, czy zachowują aby bezpieczną odległość. Nie czynił tego. Przemógł się. Mężniał. Gorącość opadała na niego. Głosy mieszały się. Ziemia dudniła od gorąca. Pomyślał, że podobnie musi wyglądać piekło: pokusa umieszczona wewnątrz mózgu; obnażone ciała dziewczyn obok; skwar lejący się z góry, wybawienie chłodnej wody obok i jakaś bariera niby nieistniejąca, niematerialna, a niemożliwa do przekroczenia. .Chciałbym panią ujrzeć nagą.. .Cham.. .Dlaczego cham? Chciałem tylko ujrzeć panią nagą. Tylko ujrzeć. Długo wpatrywać się w swą tęsknotę.. .Stary cap.. .Dlaczego stary cap? Chciałem tylko ujrzeć panią nagą.. .Stary łysy cap.. .Dlaczego stary łysy cap? Chciałem ujrzeć panią nagą. Właściwie pani nagość: samo piękno.. .Zboczony erotoman.. .Dlaczego zboczony erotoman? Tylko piękno: układ, harmonię.. .Nie mogę ze zboczeńcami.. .Dlaczego? Dlaczego? Chciałem jedynie.. .Boże.. .Dlaczego wzywać Boga? Chciałem jedynie.. .Łajdak. Stary łajdak.. .Chciałem jedynie. Układ: nogi, łydki, kolana, uda, brzuch, piersi, ramiona, szyja, usta, oczy, włosy. To wszystko. Harmonia. Więc dlaczego?. ON. zacisnął dłonie. Zaskwierczał piasek.
- Nic nie mam pojedynczo, a suma mnie przerasta - szepnął ON. do słońca.
Powiew zamarł wśród kostiumów. Twarz oddaliła się. Biodra odpłynęły w kierunku wody. Oczy przymrużone - mniej piękne, łukiem opadły w kierunku koca. Biust, okryty jedynie przepaską, zygzakiem unosił się na falach. Uda leżały obok siebie z osypującym się jeszcze wilgotnym piaskiem. Włosy podrzucone dłońmi rozwiewał wiatr w kolejce po wodę sodową. Usta mełły jeszcze jakieś słowa. Brzuch falował od nagrzania, przewracał się w dotyku ku ziemi. Stopy pocierały niecierpliwie o dno piaszczyste i sypkie. Szyja napięta, muskana czyimiś bezwstydnymi dłońmi.
- Rozrzucona rozkosz. Plaża rozkoszy - szepnął.
Skwierczał rozgniatany, mokry od potu piasek. Nagle powieki odskoczyły od siebie. ON. chciał zarejestrować ten płochliwy obraz. A jednak żółć go uprzedziła. Srebrny krążek wirujący szaleńczo przed nim rozprysnął się na ostre ogniki - fioletowe pierścienie okalające jądro żółci. Przedmioty, które tkwiły w obrazie, pierzchły z myśli, rzeczywiste zaś jeszcze nie nadbiegły. Tak więc przez jakąś chwilę był osamotniony, opuszczony nawet przez rzeczy - zupełnie. Ale oto pojawiały się ruchliwe obrzeża zamykające powierzchnie: boje kołyszące się rytmicznie, kosze nadmorskie plecione z wikliny, oddalone, majestatyczne okręty, smukły trzon morskiej latarni, bryły ludzi, dmuchane materace. Czuł się zawiedziony. Czas się zatrzymał: chciał zagarnąć dłonią obraz - przeciął ręką rozklekotane powietrze. Nie było przed nim już nic więcej. Oczy miał puste, wypłukane podmuchami wiatru. Ten ruch to jakby wyłuskiwanie z przestrzeni ręki. Podejrzana przezroczystość powietrza. Jeszcze jedno oszustwo, które musi zaakceptować, by nie narażać się na śmieszność przed samym sobą. ON. ociężały postanawia się nie ruszać. To bardziej hieratyczne. Poważne. Jego ręka teraz leży na piasku. Rzecz przy nim. Nie mógł się dopatrzeć w jej ułożeniu jakiegokolwiek sensu. Po prostu leży przy nim.
- Co ja teraz mam robić? - zapytał, niespokojnie gładząc piasek. Rozejrzał się nerwowo. Ciała. Dalekie wierzby okolone wiklinami. Gorącość opadająca i jej dudnienie. Kostiumy. Teraźniejszość. Ciała zastałe na zawsze w teraźniejszości. Tylko temperatura otoczenia się zmieni. Zapadną się w ubiory. To tylko teraźniejszość się starzeje. Spływa to i na niego. A jemu wydaje się, że tylko na niego, że jest to jego przeklęty przywilej. .Oni odejdą, a ja zostanę w upływającym teraz. - pomyślał ON. bez żadnej satysfakcji, że inni też podlegają trawieniu przez teraźniejszość.
ON. gładził nadal piasek. Przesypywał. Tkwiła w nim konieczność ruchu. Chciał zademonstrować w ten sposób, że jego wygnanie od rzeczy nie jest aż tak wielkie, że nie paraliżuje mu ruchów i myślenia, że może się od niego uwolnić. Tak jakby w geście odnajdywał wyzwolenie. ON. był pełen buntu. Rozmyślał o wczorajszym zniekształconym dniu, a właściwie jego zakończeniu. .Zdanie: .ONa. była ze mną w kinie. niczego nie zamyka. Niczego też nie proponuje. Albo: .była ze mną w kinie. - niczego nie dodaje ani nie ujmuje między nami - rozumował ON. - Albo: .ze mną w kinie., czy nawet .w kinie. - niczego nie porządkuje. Można by powiedzieć: niczego nawet nie przypomina z życia przypomnianego.. ON. zapomniał, że przyszłości tu jeszcze nie ma. Był bez żadnych przeczuć. Przeżył wszystkie szczegóły minionego dnia, jakby to był czas wielkiego święta. Dziś pozwalał rodzić się zdarzeniom, obserwował mieszanie się ludzi na plaży, przebieganie wiatru między liśćmi wierzb i łozin. A jednak, gdy zaciskał pięść - zdanie wróciło: .ONa. była ze mną w kinie.. To zdanie, jeśli pominąć w nim: ONa., nie dotyczyło go. Zwykłe zdanie oznajmiające. Informacja tylko dla niego pozostanie kluczem. Ale ON. nie będzie rozgryzał tego komunikatu. Stać go na taki luksus: prawa dłoń pełna piasku. A dalej: mokrego piasku pełna prawa dłoń. To znaczy, że zdanie jest niegramatyczne. Tu tkwi błąd. .ONa. była ze mną w kinie. - jest jednak najpoprawniej zbudowanym wypowiedzieniem. A ON. przeżył wszystkie szczegóły minionego dnia.
- Broniłem jej przed nimi - powiedział cicho ON. Ta deklamacja zdań była mu potrzebna do upewnienia się, że jego rozumowanie może być przekazane. Chociaż to nie jest największe, co można oblec w słowa, ale - rzecz przemyślana się zaciera, rzecz powiedziana jest większa i trwalsza; kwestia napisana jest wielka; zdanie napisane jest wielkim zdaniem: .ONa. była ze mną w kinie.. Jej uda były ze mną w kinie; jej dłonie były ze mną w kinie; jej brzuch był ze mną w kinie...
ON. wygładzał zmarszczki, jakie tworzyły mu się nad biodrem, gdy uginał nieco korpus. Skóra wydymała mu się jak dmuchany materac. Zniechęcił się. Nie mógł się nadziwić, że istniała możliwość snucia porównań między budową ciała jego, plażowiczów i córki a na przykład brzegiem opadającym niedaleko niego pod wodą, właściwie już brzegiem-dnem. ON. odnalazł w sobie konieczność sprawdzania własnego ciała, odnajdywania w nim skrytości - tajemnych kącików, zadrapań na jego powierzchni, mikroskopijnych wklęśnięć skóry przy każdym włosku. Pryszczyki zagęszczające się pod kolanem, krosty, które ciągle wydrapywał, a które pojawiały się ustawicznie; żyły nabrzmiałe, rozszerzone wzmożonym tętnem. Poczuł lekką odrazę do ciała, do ciał innych, i byłby poczynił próbę odsunięcia się od nich w kierunku wody, ale pieczenie stopy wzmogło się i wykonywał teraz inne ruchy, bardziej zdawałoby się konieczne. Widział niejako konieczność odsunięcia się nawet od siebie. Wyobrażał sobie ten proces jako wypowiadanie zdań o swoim ciele, tak by odczuwać je jako rzecz. Stwierdził jeszcze, że przedmioty, które zostawił w dniu wczorajszym, odsłaniają się przed sobą tylko w połowie, a przed nim obnażały się zupełnie: całą swoją zachłannością - istniały. ON. poczytał to sobie za odkrycie i patrzył na boję wbitą przeraźliwie bluźnierczo w ciało morza. To można nazwać NIEPRZYZWOITOŚCIĄ RZECZY. Tak jakby istnienie rzeczy go przenikało, jakby miały go przeżyć. To była ta ich przerażająca wielkość - władczość nad nim. W tej chwili wystrzegał się najmniejszego ruchu, ale tak skręcony korpus w kierunku wody pozostawał nikłą obroną. Obok niego leżało ułożone w bezładną kupkę ubranie, które nie broniło go przed rzeczami, a przeciwnie, wystygłe z jego ciepła, pozbawione jego potu - ubranie stało się też rzeczą - nieco odmienną od innych, bo czekającą na niego, powolną mu, ale taką, której się również obawiał. Jedynie rozlewne morze w swoich bezmiarze i wielkości wymykało mu się niesklasyfikowane. Było inne od wszystkiego, z czym się dotychczas stykał. To jego pierwsze spotkanie z morzem, z tak dużą rzeczą, w której się zanurzał, w której się inni zanurzali. Rzecz, która ich pochłaniała i znowu oddawała oblepionych solą i rozleniwieniem pod słońce. Jego wielkość była obezwładniająca - brak horyzontu nadawał mu cech nieskończoności, upodabniał do pojęcia czasu. ON. już to znał i powiedział. Właściwie niby powiedział:
- O. O. U. U. Iiii.
Mewy szybowały nad powierzchnią morza, odbijając się od powietrza. Krzyżowały się linie ich lotów. ON. stwierdził, że nie mają poczucia symetrii, gdyż nigdy nie leciały w szyku. Siadały na falach i pozwalały się unosić, gdy zbliżały się do brzegu, zrywały się z krzykiem. Patrzył na nie, a przyłapał się, że myśli o czymś zupełnie innym. Ptaki zakreślały w jego obrazie jedynie abstrakcyjne linie. Tworzyły niejako szkic do jego wewnętrznego pejzażu, który prawie zawsze nosił w sobie jak portfel, w prawej kieszeni marynarki. Wszystko, co było wokół niego, wydawało mu się znacznie ważniejsze niż on sam. Niby stanowił część wewnętrznego pejzażu, a jednak wystawał nieco z jego RAM. W tym obrazie zamkniętym niewidzialnym łukiem horyzontu zawsze odnajdywał ją - córkę. Żona była w nim piekąca i olbrzymia, obezwładniająca jego myślenie. ONa. stawała się wtedy postacią centralną, jak Chrystus w .Złożeniu do grobu. Holbeina. Tylko ONa, inne rzeczy nikły. Mewy wcierały się w siność oddalenia - jak na źle wywołanym filmie. Teraz znowu tylko ONa., unosząca się nad słabo odciętym i niskim horyzontem. Wydawało mu się, że morze jest też jej częścią, ustępliwe w swojej konsystencji, pieszczotliwe, że jego zdolność falowania jest związana z niekończącą się pieszczotą. Co prawda ON. nie rozumiał, na czym to miało polegać, ale niejako przeczuwał. Zdawało mu się, że wchodzi jako intruz do tego pejzażu, że jest zgrzytem w jego wspaniałej kompozycji, że jest źle zestawionym kolorem, ale wrastał w niego - bo tam była ONa.
W tym dniu nad Bałtykiem panował płytki niż - 1010 milibarów; fronty ciepły i chłodny były z nim związane. Opady trwały do godziny 00°° z. To właśnie przez Wrocław w ciągu poprzedzającej doby przechodziły układy frontów, powodując opady ciągłe, a później przelotne:
2 mm. W Warszawie o godzinie 00°°z padał deszcz z mżawką, widzialność pozioma: 3 km, 8/8 chmur stratus o podstawie od 100 do 200 m.
To był wielki dzień. ONa. wiedziała o tym. Bo gdy leżała na wznak na łące, to zdawało się jej, że wszystko, co istniało obok niej wczoraj, a nawet przed godziną, straciło swoje cechy i przedmioty stały się jedynie o tyle ważne, o ile dotyczyły chwili teraźniejszej. Milczała milczeniem z rodzaju tych, które były uzupełnieniem gorącej atmosfery panującej już od kilku godzin. Bała się jego dotyku, bo przeczuwała, że zobowiąże ją do jakiejś deklaracji. Pamiętała scenę w kinie. I jeszcze jego dotyk musiałby być zimny jak woda płynąca obok wolną strugą. Niosąca z sobą chłód zwiększający się ku wieczorowi. A była jakby przepołowiona poziomo linią stałej temperatury, odcinającą spodnią część jej ciała dotykającą ziemi, osłoniętą cienką warstwą pogniecionej trawy, a górną - nagrzaną słońcem w otoczeniu wibrującego, rozedrganego powietrza. Ta dwoistość nie pozwalała na jednoznaczne zachowanie się. Niepokój udzielał się jej powoli. Ratowała się jeszcze pewnym spojrzeniem w niebo: jednak wszystko zatracało się wokoło. Istniała tylko ONa. i ta wielka gorącość wisząca nad nią jak olbrzymia kula pękająca od spodu.
ONa. leżała w trawie, na łące, leżała na wznak, taka sobie.
W tym dniu we Włoszech rano było ciepło i słonecznie. Raczej chłodne wiatry północne na Sycylii. Na Grenlandii panował słaby mróz. Na wschodnim krańcu wyspy było - 2°C; wiatr mroźny z kierunku 010° o prędkości 7 m/sek.; padał ziarnisty śnieg; ciśnienie: 1005,5 milibara, doskonała widzialność pozioma - ponad 25 km. Na Wyspach Owczych w tym dniu o godzinie 06°° temperatura wynosiła 0°C; widzialność pozioma - 100 m, zamglenie; wiatr z kierunku 170° o sile 5 m/sek., chmury 7/8 stratocumulus, przelotne deszcze w ciągu ostatnich 6 godzin.
Rzeka płynąc tuż obok, za załamaniami darni, zabierała z niej coś, niosła w burych falach niepokój, rozwlekała go, dzieliła na części. ONa. obawiała się, że to, co teraz ma wysoko przed oczyma, spokojne, wibrujące lekko ciepłym powietrzem, zostanie wypłukane z niej przez rzekę. Wiedziała, że to tylko woda. Chłodna. Wilgotnie lepiąca się do ciała, a przy wstrząśnięciu opadająca kropelkami na twarz i znikająca w jej wnętrzu. Gdy płynęła, zagarniając ją szerokimi ruchami ramion, skrywała się. Lęk opadał. Rzeka stawała się nazwana. Mogła sprawdzić każdą komórką ciała jej twardość, ponieważ nie stanowiła już dla niej tajemnicy. Obdarzała ją lekkością, odbierała z niej część ciężaru. Miała wrażenie, że część jej ubywała z każdym ruchem. Rozstawała się powoli z sobą. Malała. Wyolbrzymiała się wtedy rzeka. Łąka stawała się płaska. Ginęła głębokość i zapadliwość trawy w miękkości grzbietu ziemi. Była wtedy pełna wody. Rozcieńczona, daleka od siebie, od innych. Płynęła. Oddalała się. Nabierała też spokoju. Obrazy formowały się w prosty geometryczny schemat: szybkość, wysokość, nieco głębi. Teraz ONa. leżała w trawie, na łące leżała na wznak, taka sobie. Jeszcze nocą, według opracowań Stacji Prognoz Meteorologicznych było jasne, że to będzie średni dzień. Przekrój aerologiczny atmosfery z godziny 00°° z, czyli w Polsce o pierwszej w nocy wskazywał, że temperatura na wysokości 0 m wynosiła 7,8°C, temperatura na wysokości 1500 m wynosiła - 3°C, na wysokości 3000 m zaś - 4°C, inwersja od wysokości 1800 m do 2300 m, na dole inwersji temperatura - 3°C, na górze: 0,5°C, wiatr dolny z kierunku 320° o sile 2 m/sek. na wysokości 1500 m: 310° o sile 13 m/sek. na wysokości 3000 m: 305° o sile 16 m/sek. na wysokości 7000 m temperatura - 32°C, wiatr 280°, 16 m/sek., równowaga do inwersji chwiejna, w obrębie inwersji stała, wyżej obojętna; ciśnienie 1020,4 mb., z tendencją średniego wzrostu, ranek powinien być chłodny, wietrzny, zachmurzenie duże: 5/8 stratocumulus o podstawie 1000-1500 m.
ONa. leżała w trawie, na łące, na boku, taka sobie. ON. siedział obok niej ze złą twarzą, zaciętą; ukośne fałdy biegły mu od ust ku dołowi. Jakby był zdecydowany na wszystko: walczyć z każdym o każde zdanie, walczyć z każdym o każdą sprawę, walczyć ze wszystkimi o wszystko.
ONa. patrzyła mniej więcej przed siebie. Tak nieco ukośnie, bo dostrzegała jego jeszcze niemęski profil poprzecinany prostymi źdźbłami wyższych traw i myślała: .To ty, ojcze, chciałeś mnie mieć córką: abym była. A ja nic nie widzę w tobie. Nic. Nawet jesteś mi bardziej obcy niż On..
Zamknęła oczy. Żółte kwiaty mlecza wirowały, tworząc wieniec. Zbiegła się w sobie. Utrwaliła. Czuła, jak On. obejmuje ją. Jego włosy łaskotały. Słońce wisiało nad nimi jak miecz. Jakby słyszała jego głos: .Czego chcecie ode mnie. Jestem ciepłem i światłem. Jestem świadkiem i milczę. Bóle wasze są moimi. Jestem wysoko nad wami, nad łąką, nad rzeką: samotne. Wy jesteście razem. Czego jeszcze chcecie?. Ptaki lotem cięły płytę nieba. On. oddechem przynaglał rytm jej krwi. Słona łza z policzka spłynęła jej do ust. ONa. nie była pewna, czy pochodziła z jej oczu, czy też od niego. Bolały ją rozgniatane usta. Przewróciła się twarzą do ziemi. Wilgotność objęła policzki, ale nie pozbyła się gorącości wielkiej, rozlegającej się w niej, jakby cieknącej z naczynia, z którego nie ubywało. Dłońmi wbiła się w trawę. Ziemia pod paznokciami wilgotniała. Nie wiedziała już, czy jest częścią czy całością. Gdzie kończy się jej gorącość, a gdzie zaczyna płynąca od niego. Wiedziała jeszcze, gdzie jest las, gdzie ciągnie się droga, którą tu przyszli, gdzie szeleszczą zeszłoroczne trzciny. Znała twardość jego kolana. I nagle to wszystko zaczęło się rozpływać. Słońce straciło blask i opadło na jego głowę - czarną, zmierzwioną. Jakby żadnej rzeczy nie było już przy niej: jedynie On. - rzecz można, pierwotna: zupełna, jedyna. Wszystko inne było nim - On. był wszystkim. Nie upływał już czas. Wszystko się zatrzymało. Gdy zamknęła oczy, słońce znikło. Poczuła jego dłonie uzbrojone w paznokcie, pełzające po jej nagim ciele, zrozumiała, że to nie On., lecz gorąca kula słońca wtacza się w nią, żółte kwiaty mlecza, zieloność łąki, chłód rzeki, biała wata chmur, dźwięczne wołanie matki, grzmot organów z kościoła; kwiat wielki jak żółty kłos rósł w niej...

Klisza nr 12  
A jednak te dni są podobne
Cicho. Jasno i mroźno. Zsiniała zieleń świerków na tle nieba. Las milczał: daleki, głęboki - siniejący wieczornym oddaleniem. Spojrzał nad siebie, skąd zlatywały duże płatki śniegu. Pnie świerków ciągnęły się wysoko jak igły, na które były nanizane gałęzie zielone i soczyste. Stuk kloców rzucanych na samochód dolatywał z daleka.12 Ładowacze uwijali się. Czasem kloc wysunął się z ręki któregoś z nich; wtedy ten popychał go nogą, aby nie przerywać rytmu pracy. Podawali sobie z ręki do ręki. Uginali się i prostowali jak lalki w szopce. Podchodził do nich. Michał mrugnął do niego porozumiewawczo, wskazując na Jana:
- Nawet i temu się chce.
Jan nie zwrócił na te słowa uwagi. Rozstawił nogi szeroko, wkopał je mocno w śnieg, aby się nie pośliznąć, i łapał okrąglaki w locie, rzucając je zgrabnie na górę. Podobało mu się to. Kulki potu toczyły się po twarzy. Na wąsach osiadał szron. Daszek czapki cały miał biały od zamarzniętej pary.
- Za chwilę będziemy gotowi! - krzyknął.
- Skinął mu ręką i wskoczył między niego a Michała. Wyłapywał polana za koniec dwiema rękami; drugi koniec zataczał szeroki łuk i osadzał się pewnie w długich, schowanych w rękawicach łapach Jana. Rzucił okiem na resory: .Siadły prawie zupełnie. - pomyślał. Pióra były rozprostowane, napięte i sztywne. Jan układał piąty rząd. Giął się i prostował rytmicznie jak przy muzyce. Krajobraz biały i kłujący przechylał się wraz z nim. Drzewa rosły raz pochyło do horyzontu, to znowu prostopadle. Zachodzące słońce osiadało dokładnie naprzeciwko niego w krzakach. Czerwieniło się w śniegu. Czuł za plecami mrok. Każdy cień przedmiotu był zmierzchem. Prawa noga odjechała mu na bok i usiadł w białym puchu. Michał rzucił gruby pień na brzuch i śmiał się szczerze, zawiesiście. Czuł ciepło pod kożuchem, jak rozchodziło się falami do kończyn. Potarł ręką twarz: dłoń parowała. Przy wydechu przed ustami wytryskiwała fontanna marznącej pary. Spojrzał na zegarek: piętnaście po drugiej. Chłopcy zrozumieli. Jan krzyknął:
- Musimy się wziąć do roboty, żeby Roman przed Nowym Rokiem był w domu!
- Przyjechałem do was po choinkę na święta - powiedział ON., łapczywie łapiąc oddech.
Śmiał się razem z nimi. Pełne garście śniegu cisnął Michałowi za kołnierz.
- Pieprzony uczony! Tak, pieprzony uczony! Tak się nie postępuje z robotnikiem fizycznym - wrzasnął Michał. - Jeśli chcesz wiedzieć, to ja czuję się obrażony, a ty czuj się opieprzony - ciągnął, nie przerywając pracy. - Te czterdzieści lat! Kapujesz? Te czterdzieści lat, pieprzonych czterdzieści lat harówy - jak kozie pod ogon. Kapujesz? Jak kozie pod sierść. Kapujesz? Ponad tysiąc litrów wódy i grube tysiące litrów piwa. Tak, pieprzonego piwa. I co? I nic. Słońce znowu zachodzi - tak jak wtedy. Pamiętasz te rowy? Pieprzone rowy i karty? Pamiętasz? Wykopałeś najwięcej - i co? Zarobiłeś najwięcej pieprzonych pieniędzy. I co? No co? Za co tak harowałeś? No?! W tym pieprzonym życiu to tylko same pytania. Tylko pytania i głupie odpowiedzi. A ja już nic nie wiem. Nie wiem, gdzie się zaczynam, a gdzie się kończę. Wypiję setkę z utrwalaczem i nadal nic nie wiem. Ale obsuwa - obsuwa na pięćdziesiąt lat, a może i więcej. Rozumiecie? Na stole i pod stołem. Na górze i na dole. Na wozie i pod wozem... Tak to spieprzone wszystko, że aż mnie głowa boli. Głowa i wątroba. Skręt kiszek codzienny. Jezu, alem się wyprał. Tak jestem wyprany ze wszystkiego. Jezu. Ja już w środku nie mam nic: pustka. Gdyby tam coś było, to odczuwałbym ból. Jezu, nic nie czuję. Czujecie święta? Czujecie mróz? Czujecie twarde polana? No? Co czujecie? Ty, uczony, może ty coś czujesz? Przyjeżdżasz tu do nas pięknym samochodem, pięknie ubrany, pięknie opalony - cały piękny. No, co czujesz? Swojsko ci tu czy obco? Nnnooo...
- Nnn... Nie wiem? - powiedział nieco spłoszony ON. - Nie, nie. O! o! Nnnie.
- A widzisz!! - wrzasnął zwycięsko Michał.
Rozwalał nogami sypką biel, zanurzał w niej dłonie i krzyczał:
- Odwalimy to w try miga! Te pieprzone kloce. Bo my ciągle pracujemy: albo kopiemy rowy, albo wozimy drewno, albo karczujemy las, a odpoczywajac, pijemy piwo, albo...13
Zerwał się. Po plecach ściekała strużka ciepłej wody. W oczach pociemniało. Zamrugał i obraz wrócił: biały, z pręgami drzew stojących równolegle do siebie. Michał coś tłumaczył Janowi, pokazując na ginące słońce. Jakby je kto przesłaniał od dołu deską. Czas się zatrzymał: wokół cisza, tylko duże kiście śniegu obsypywały się ze świerków. .Jak jest taka cisza, to i czas płynie wolniej. - pomyślał.
- Mróz bierze - przerwał mu Jan. - Pojedziesz jak ekspresowy. Sto kilometrów w taką pogodę. Spuchnie szybko - dodał.
Resory były lekko ugięte ku dołowi. .Murowane sześć ton. - pomyślał. Coś strzeliło metalicznie. .To resor się układa.. Obszedł samochód. Spoczywająca na nim góra kloców wydała mu się teraz potężniejsza.
- Zawsze brałeś pełną garę - powiedział Michał.
Jan pokręcił przecząco głową. - Nie należy się przemęczać - zawyrokował.
Michał otrzepywał choinkę ze śniegu. Starannie rozprostowywał gałązki.
Splunął mocno, daleko przed siebie. Zakręcił się w miejscu i wrzucił na dach samochodu drzewko. Zatrzepotały gałązki, słychać było szmer przesiewanego przez szpilki powietrza.
Stuknął butami: śnieg odpryskiwał od cholew. Nie wiedział, co im powiedzieć na pożegnanie. Wszystkie słowa wydawały mu się niezręczne, sztuczne. Odwrócił się i patrzył w słońce. Widział je jako wycięty z tekturki krążek. Do oczu napłynęły chłodne łzy. Suchy trzask potartej zapałki: palili papierosy. Dym mieszał się z parą.
- Nie lubię, jak zimą jest taka zupełna cisza. Przeważnie później zaczyna gęsto sypać i mrozik dociska - powiedział ON.
Jan podniósł zapałkę z płomykiem do góry. Ogień trzaskał, lekko się chwiał, węgielek zakręcił się i odpadł. Jan odchylił palce i ogienek sfrunął na ziemię... Cichy syk i kłębek pary zawisnął nad nim.
- Maź - powiedział Michał.
Przed nimi zając posuwistymi skokami uciekał przed psem. Odległość między nimi rosła. Dolatywało basowe ujadanie. W końcu i to ucichło. Mróz szczypał w twarz i uszy. Przenikał ubranie. Cisza. Zawisło wszystko w bezruchu. Zatrzymało się jak na zdjęciu. Szarzało. Poczuł się jakoś dziwnie. Jakby coś zawinił: jakby zrobił komuś krzywdę czy ktoś jemu. Był nieswój. Przerwał myśli. Cicho i szaro. Zaczął nieśmiało gwizdać. Zimno. Bał się brutalnie wyrywać ich i siebie z tego spokoju, w jakim trwali. Michał z Janem trzymali się za ręce i śpiewali: .Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani? Że za tobą idą....
Ośmielił się i biegł do swego samochodu. Skinął im ręką i krzyknął:
- Serwus, chłopcy! Fajnej kolędy!
Odkrzyknęli chórem:
- Wszystkiego dobrego! - i śpiewali: .Bracia, patrzcie jeno....
- Ale mieliśmy sezon, co? Ale mieliśmy sezon! - krzyknął ON.
- Co on gada? Jak sezon? - wykrzykiwał pytania Michał. - Pieprzony uczony! O czym on mówi?
- Kończy się nasz sezon. Tak, kończy się nasz sezon, chłopcy. Kilka zdjęć; trochę wspomnień; kilka chwil uniesień z ciepłym szmerem wzdłuż ciała; kilka wytrybowanych w mózgu obrazków z twarzami bliskich: matki, ojca, rodzeństwa, dzieci, żony i co więcej? Co? Obrazki z chwil intymnych? I co? Co więcej? Jeden sezon, chłopcy. Jeden sezon. Pamiętacie tamte karty? Tamte rowy?14 Kopaliśmy je kilometr stąd. Pamiętacie? Tamte pięć stów?
- I kierową damę pamiętamy - krzyknął Jan.
- Pieprzoną kierową damę! - przekrzykiwał warkot diesla Michał.
ON. grzał silnik. Pracował na średnich obrotach. Lusterko wpadło w rezonans i drgało. Śnieg osiadał drobniutkimi krupkami na masce; osuwał się po pochyłej szybie. Wychylił głowę za okno: śpiewali ciągle tę samą piosenkę. Usłyszał: .że za tobą idą chłopcy malowani....
Od strony lasu biegł człowiek, wymachując rękami. Był chudy i zgrzany. Usadowił się obok, układając fałdy starego płaszcza.
- Ładna pogoda - zaczął.
ON. skinął głową. Chciał powiedzieć: - tak.
Ruszył. Śnieg skwierczał. Z góry sypało teraz gęstymi, dużymi płatami: jak liście drzew. Wycieraczka nie nadążała z odgarnianiem. Przyglądał się z boku tej twarzy. Jakby gdzieś już widziana. Gdzie? Kiedy? Jego Twarz stała mu się znakiem zapytania. Wielkie pytanie tkwiło w nim. Nieznajomy? A jakby już znany. Szary, chudy z dużym nosem. Tyłem zaniosło. Skręcił nieco w lewo i wkołysał wóz w stare koleiny. Przycisnął gaz: silnik charczał ciężko. Zrobiło się ciepło. Mrok gęstniał. Dwa stożki reflektorów przesuwały się po powierzchni kłującej w oczy. Światło odbijało się i wracało. Drzewa rozstępowały się, jakby jechał w uliczce ciasnej i długiej. Rzucało na boki. Głowa kiwała się w różnych kierunkach: pionowo, poziomo, skośnie, do tyłu i do przodu. Obrazy oświetlone tańczyły, cięte śniegiem w drobne, zygzakowate pęknięcia. Zdawało mu się, że oczy ma pełne bieli: ciepłego śniegu. Nie chciało mu się nic: ani spać, ani jeść, ani tańczyć, ani być młodym, ani starym, ani być dobrym, ani być złym: wszechobejmująca aksamitna obojętność.
ON. stwierdził, że gdzieś już widział taką twarz. Gdzie? Kiedy? Te tępe, wydłużone, toporne rysy. Całość nieco zszarzała. .Może to od ciągłego przebywania na świeżym, mroźnym powietrzu? - pomyślał ON. - Jak wytapetowana pakowym papierem..
- A, teraz już jestem u siebie - szeptał cichutko sobie tylko słyszalnym głosem ON. - To on. Przesłuchiwał mnie w .Ubezpieczalni.. - To on. .Smutny. - jak go nazywał Rysiek, mąż Danki Jędrzejkowskiej. Smutny skurwysyn, od którego dostałem po twarzy. A to skurwiel. A to skurwiel - powiedział cicho przed siebie ON. - Tu go spotykam. Pod koniec sezonu. Tu go mam. Tak wyglądasz bohaterze! Tak wygląda spotkanie dwóch obywateli kraju? Znowu zasypanego śniegiem jak w...
- Ma pan...
- Ma pan zmartwienie, co? - usłyszał.
Głos miał głęboki, jakby mówił do pustej wanny. Wozem rzuciło. Głowa kiwnęła się do przodu. Pewnie zrozumiał to jako odpowiedź, bo potakiwał smutną twarzą. Drzewa przesuwały się jednostajnym, płynnym ruchem do tyłu. Zając kicał przed reflektorami. Nacisnął sygnał: gwizd klaksonu utknął blisko. Ślepia zwierzęcia błysnęły czerwono. Znowu wrócił biały, rozwodniony obraz drogi i tamto ciągłe i nijakie tłoczenie i nakładanie się myśli. Jedno długie widzenie i drgająca chwila. Czas, mierzony bielą i obrazem, trwał. Wyglądało na to, że to nie płatki śniegu tańczyły przed samochodem, ale w oczach sypał się drobny proszek. Facet poruszył się. ON. czuł jego wzrok na sobie. Ale nie chciało mu się rozmawiać: biel wysysała z niego energię. Nie wiedział jak zacząć. Odczuwał jakby pieczenie twarzy. .Zupełnie jak na przesłuchaniu - pomyślał. - Policzek piecze od tamtego dnia do dziś.. Pamięta za co. .Mówię do ciebie językiem prawniczym. - powiedział w tamtą sobotę dziewiętnaście lat temu facet. .A co mu powiedziałem? Wiem. Już wiem: - Dobrze, niech pan mówi, byle poprawnie po polsku. - Tak. Tak, to wtedy otrzymałem po twarzy..
Wszystko zwolniło tempo, zleniwiało: światło zatrzymało się w miejscu, stożki zwęziły się, skurczyły do szkieł reflektorów. Silnik dudnił leniwie. Trwało to długo, rozcieńczone w bieli. Przesuwało się i wracało. Nadbiegało z tyłu do światła i rozmywało się w nim. Teraz chwila trwała wraz z obrazem zarejestrowanym na siatkówce, niezmieniającym się. Myśli wlokły się powłóczyście - zwolnione, wydłużone w linii prostej, to znowu zwinięte w spiralę, ale trwające w przestrzeni. Czas rozluźnił się: nie wiadomo, gdzie był jego początek, a gdzie koniec. Czas biegł wraz ze stukotem silnika? Czy z zygzakami płatków? Czy z widzeniem rozdwajającym się? Był miałki i nieuchwytny. Śliski i płaski. To znowu stawał się bryłą przestrzenną przed oczami. Był niesprawdzalny: był funkcją drogi. Był w świetle, był w myślach, był w każdym upadku kryształku śniegu. Kruszył się na drobne płatki. Wstyd czy lęk wpełzł w niego. .Przed kim? Dlaczego?. - pomyślał ON.
Koła wcinały się w drogę, rzęziły protektorami, nawijały odległość na obwód.
Chwila trwała teraz w odcinkach: od jednego słupa stumetrowego do następnego. Powieki zbliżały się: tworzyły coraz to mniejszą szczelinę, aż w końcu następowało rozszczepienie światła. Widział teraz kolory tęczy. Znikło wszystko. Pozostała czarna deska. Wszystko wydłużyło się w kierunku jazdy. .Lubię święta dla ich spokoju, dla tradycji, bo są uroczyste, pełne tajemnic; przez całe dwa dni siedziałbym i gapił się w płonącą świeczkę, opadający śnieg i wcinanie się nocy w dzień; a później kolęda: .Lulajże, Jezuniu, moja perełko, lulaj, ulubione me pieścidełko.; takie ciepło i woń żywicy; mrok za oknem i oczy wpatrujące się w oczy; słowa szeleszczące, miłe; dobre wino; twarz żony i córki, o które zawsze się lękał; sztuczne ognie pryskające siarką; szum wiatru w okiennicach; kilka gwiazd w szybach; melodia ustnej harmonijki, rozwlekła jak skoszona łąka; spojrzenie szczere i rozbrajające; śmiech uczciwy i wesoły. Odrzuciło go w kąt samochodu. Prawe koła darły się na skarpę. Zawinął kierownicą w lewo. Reflektory zamiotły po pniach, które były sztywne, jakby obrażone niczym stado ludzi odwróconych do siebie plecami. Facet przykleił się do niego i patrzył wystraszony. Źrenice miał małe, tęczówki zielonkawe jak kot. ON. chciał coś powiedzieć, ale otworzył usta szeroko, nabrał powietrza i ze świstem wydmuchnął. Przestało sypać śniegiem. Wyłączył wycieraczkę i nagle odważył się:
- Poznaje mnie pan? - zdawało mu się, że cicho, zapytał ON.
Patrzyli na siebie. Odnajdywali się w pamięci: twarz przeciw twarzy, oczy przeciw oczom, myśl przeciw myśli, czoło przed czołem, człowiek przed człowiekiem...
- Panie, gadaj pan coś, do nagłej cholery! - krzyknął ON.
Facet poprawił kapelusz i poruszył klamką u drzwi. Przyhamował. Trzasnęły zamki. Klamka opadła.
- A żeby to... - powiedział, nie kończąc ON.
Cicho. Tylko silnik charczał dziwnie. Droga wcinała się nisko między nasypy. Duża warstwa śniegu utrudniała jazdę. Reflektory lizały stoki wałów, które stawały się coraz wyższe: rosły równomiernie po obu stronach. Wdusił gaz do oporu. Prędkość zmalała: zredukował. Rzęziły łańcuchy na kołach. Utknął. Koła ze świstem ślizgały się w miejscu. Wyskoczył na zewnątrz. Zdawało mu się, że widzi człowieka oddalającego się kołyszącym krokiem. Wołał za nim. Ale ten biegł teraz w szarej osłonie mroku. W końcu zniknął. ON. otarł twarz. Zrobiło mu się przykro. .Nikt mnie nie potrzebuje. - pomyślał.
Samochód czernił się jak skała. W górze migały mroźne gwiazdy. .Skończone - pomyślał - nic się nie da zrobić.. Z oddali dolatywało szczekanie psa. Wsłuchiwał się: to drzewa trzaskały. Kora łuszczyła się od mrozu. W górze i wkoło wszystko zastygło. Milczenie zaległo, rozprzestrzeniło się. Głucho dudniło czyjeś nawoływanie. Potknął się o pień, usiadł. Ciało oziębiało się. Stygł.
Zerwał się. Chwycił za łopatę i wkopał ją w zaspę. Rył z pasją, pochylony do przodu, nie widząc niczego poza ruchem ramion. Coś przesuwało się po plecach, ciepłe i wilgotne. Piekły oczy. Potarł twarz śniegiem, skóra zeskorupiała. Mięśnie ramion rozluźniały się, uciekały, nie mógł się nimi sprawnie posługiwać; jakby nie były jego. Wdrapał się na skarpę: zrozumiał i osłabł - zaspa ciągnęła się daleko do przodu, stawała się coraz głębsza, niezdobyta. Zsunął się i wgramolił do wnętrza samochodu. Uruchomił silnik. Ten dudnił pod maską wesoło i ciepło. Spaliny ogrzewały wnętrze. Światło kłuło las i ciemność przed samochodem. Miejscami tylko czerniły się grudki ziemi. .Tyle zrobiłem - pomyślał ON. - Jak wtedy, kiedy kopaliśmy rowy. Wtedy, kiedy zarabiałem na wesele. Wtedy, kiedy marzyłem. O! O czym marzyłem? O przyszłości, o dziewczynie, o kochaniu, o aksamicie i ustępliwości dziewczęcych piersi, o rodzinie, o pieniądzach i o....
Ciepło i przytulnie. Głowa ciążyła do przodu. Oparł się na kierownicy i drgania udzieliły mu się. Nie wiedział, ile tu trwa. Godzinę? Dwie? Chwilę? Odliczał czas na wyczucie. Raz zdawało mu się, że dopiero godzinę, to znowu skracał do chwili albo poprawiał na trzy godziny. Otworzył oczy: biel. Zamknął i zawarł ją w sobie: był wypchany bielą. Pojmował, ile trwa chwila: zatrzyma się, istnieje i odpływa w nieskończoność, ale nigdy się nie kończy. .Żyję tylko jedną chwilkę - pomyślał. - To trochę mało. Stanowczo za mało.. Teraz już w myśleniu nie miał przerw, zatarło się wszystko, wyrównało jak pole śniegiem, przesuwało się nierejestrowane, niezapamiętane w mózgu. Wszystko było jednym wyrazem, jedną myślą, jednym pojęciem i zrozumieniem, oddzielane od siebie stukiem silnika: pewnie ma pan zmartwienie?... daj, pogryzę ci... tyle lasu wyrąbali... niech mama już przestanie... .On albo by przemawiał, albo strzelał do ludzi. - tak powiedziała żona Krzysia - Ala Burdka... bo to tak: ani deszcz, ani pogoda... a w średniowieczu to były same czarownice i diabły... gdzieś musi być koniec świata... chłopcy malowani, sami wybierani... każdy człowiek na starość durnieje... ot francuski piesek... chciałoby się z kimś porozmawiać... krety ryją tylko ziemię... tato, często śpiewał: .Jak ja sczarowany podam si na liki, jak ja szczęścia nimam, przepad żym na wieki... ja nie mogę być szczęśliwy... oj, joj, joj, Pawełek woła... a znasz pan to: jedno ciepłe piwo, jedno ciepłe piwko, śledzik po żydowsku, smażone grzybki?... trawa rośnie, ale wiosną... gdybym ja miał taki garnitur... bierz, co twoje i spieprzaj... czego się pani targujesz?... kilka setek na miesiąc... pięćdziesiąt pięć lat nas okłamywali, a teraz jeszcze z nas kpią... ludziom trzeba umieć wierzyć... ja bym się bał powiesić... wojny tak szybko nie będzie... jeden kloc... dwa, trzy, cztery... przecież choinka musi być na święta... ja tak bardzo nienawidzę komuchów... wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani... Jaruzelski powinien otrzymać tytuł marszałka, bo wygrał wojnę z własnym narodem... rozszumiały się wierzby płaczące... od Tobruku do Tobolska - żeby Polska, żeby Polska, żeby Polska była Polską - jak to się śpiewa?... moja dziewczyna ma chociaż ładne imię... oni już nic nie umieją, jedynie łgać, łgać i łgać... śnieg taki biały, biały, biały... na zdrowie panu... czemu ty się pchasz?... no to gadaj swoje bóle... rozprostować nogi i usnąć... czemu ten facet uciekał?... taka głęboka zaspa. Sukinsyn uciekł, bo nie chciał odwalać śniegu... silnik stuka i stuka... ale zając tańczył przed wozem... tylko nie zapomnij o choince... no to wal, no już... przymknij pan mordę... oj ty, ty, kobietom się gada o kochaniu, a nie o miłości... i dokąd nas zaprowadziłeś ociemniały żołnierzu?... a Palach to kto?... ale pieprzył jak potłuczony... pokaż mi dziewczyno jak-się-to-nazywa... a żona zawsze obraża się przed okresem... świat się skończy, gdy umrzesz... mama często płakała, a nie wiedziałem, dlaczego... znam, znam model ciała doskonale czarnego... po życie pszenica?... Tomcio Kądziołka potrafi być przyjacielem... i co ona ma do pokazania, ta płastuga?... a właśnie: wszystko by pokazała, byle artystką została... w rozmowie z Kroczakiem nigdy nie wiesz, co myśli do końca... co ona widzi w tańcu?... a Olka znasz?... takie tango-przytulango... spokojnie, spokojnie... kto to mówił: .A mnie tam, co tam.?... podobne myśli zawsze wracają, a najbardziej męczy niepewność... alem głupi - alem głupi... patrzyła w oczy, a widziała resztę... .Seks - ciepły szmerek w krzyżu. - kto to powiedział?... jak to było? Zadowolony z siebie zadowalacz kobiet?... przyjeżdżasz tu do nas, by nam pokazać, że jesteś lepszy, czy jak?... dupam, bo dupam, ale swój honor mam... .Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone.... ta, ale z przodu ma... e tam, a tu, więc jak?... właściwie kobiety wszystko z przodu mają... to i dobrze! No i dobrze! No i dobrze!... jak on mówił? .Razem z partio i pod jej przewodem.?... Olkowi można pluć w oczy, a on mówi, że... jak to pijak mówił: .Aaa... żyję, żyję, żyję, bo jestem honorowy.?... Boże. Taki człowiek odszedł... i tak wszystko ostygnie do absolutnego zera, i co? I zimna dupa wszechświata... a ciotka Ewa mawia: .Ażeby cię fraz nasiadł.... a ileż ja tych pieniędzy mam?... wiem, wiem, wiem... a piszczał tak: i, ii, iii, iiii... nie odstąpił od stołu, gdy była na nim wódka... a tam, pijesz czy nie pijesz i tak się starzejesz... od Lwowa do Gródka paliła si wódka, paliła si wszędzi - dzisiaj bitka będzi... a hodowałeś zajączki wysokopienne?... co? sto?... Toż to ma smak farmazonów jak na zebraniu egzekutywy partyjnej... a tam! E tam! O tam! I tu! I co?... Olka znam, widziałem, jak pije... zawsze chodzi o pieniądze, zawsze... ile to już trwa, no ile?... do tańca grają nam, bębenków dziki rytm... tylko się odczep od mojej dziewczyny... i za co on go uderzył?... życzę ci dużo szczęścia... opłatka się nie gryzie... my tu w kącie sobie wypijemy... ech gnojku, gnojku... przed wojną - to rozumiem, a teraz?... ale to się musi skończyć... Ania Bajko? A tak. Jak to Ona mówiła? .Nie widziałam żadnego komucha.. Nie widziała!? Zgrabna. Ostania muza PRL-u? Nie widziała?! Można to wytłumaczyć. Ania ma słaby wzrok, a może to zaćmienie? Przecież było zaćmienie. Tak, to zapewne to. .Nie widziałam żadnego komucha. - może to byłoby wesołe, gdyby nie było takie smutne.... .A idźżesz ty het ode mnie!. - tak powiedział stary Pasternak do milicjanta, gdy ten zatrzymał go wiozącego buraki cukrowe do punktu skupu w Świętej Katarzynie...15 ale się ustawili! Dankowscy: tato w UB, mama w Solidarności, a synek robi karierę - nie groźna im żadna .przekładanka.... ludzie, czy my już w Polsce nie mamy obywateli? Tylko same wycinanki z pakowego papieru?... Ludzie!... Matka Danielewicza tak barwnie opowiadała, jak rosyjskie wojsko pobierało .pożyczkę na wojnę., wystawiając .rozpisku. lub .sprawku....16 a Jerzy Kapłański często mawia: .Dooobrze, dooobrze., ale portrety maluje wspaniale: w dzień pochmurny - pochmurne, w dzień słoneczny - rozjaśnione. Ten ma oko!... organista z Raszowej Dużej sam wyremontował organy i nauczył się na nich grać, sam zapisywał sobie na pięciolinii pieśni, które śpiewał w czasie mszy...17 ja myłem okna w Wojewódzkiej Radzie Narodowej przez Spółdzielnię Studencką .Robot., a panowie tacy, jak Ludwik Bukowski, który wstąpił do partii w tajemnicy przed rodzicami, Honas, Kołtek i inni - bawili się w .Pałacyku..18 Za zarobione cztery tysiące kupiłem sobie kożuch - piękny, szary, odrzut z eksportu, który i tak koledzy mi ukradli... .i takie o!. - jak mawiał stary Babuszka z Raszowej Dużej... a Olek po pobycie w Rosji ma .słabe podwozie.- jak powiedział Michał - utyka na lewą nogę... o tak. A tak. Wyjeżdżałem na wakacje ze wsi do wsi: z Łukaszowic do Raszowej Dużej... pamiętam, pamiętam dobrze .księdza córkę. - tak nazywali ją chłopcy, bo jej mama była gospodynią na plebani - jak stała skupiona przed ołtarzem: skromna, w zielonym paletku. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Wydawała się być piękniejsza od Madonny...19 Horbal lata teraz na boeingu 777...20 .Do dziś nie wiem, czy kolega z LOT-u umówił się z dziewczyną z mego samolotu, gdy kazałem mu przejść na 121,1 i oddałem jej słuchawki; ależ ona miała biodra; ho, ho! Zauważył ją, gdy wspinała się do kadłuba. Biodra jak hamak.... Kto to opowiadał tę historię? Aaa..., któryś z kawiarnianych pilotów... .Zima, jaka tam zima? Noc jak bas, księżyc w górze świeci jak sopran.... - skąd ja to znam?... a Michał Kuzik, gdy mieliśmy po sześć lat i staliśmy na kupie kamieni mówił, że one rosną. Łgał. Sprawdziłem. Nieprawda...21 z lasku, na południe od wsi Łukaszowice, ukradłem choinkę. Właściwie komu ja ją ukradłem22 i komu teraz zadośćuczynić, tak jak kazał ksiądz na spowiedzi?... w którym roku, we dwójkę z ojcem w jeden dzień zwieźliśmy z pola, układając w stóg, jedenaście wozów pszenicy...23 a to miejsce, gdzie kopaliśmy rowy, gdzie to jest? Michał mówi, że niedaleko karczowiska. Gdzie? Niedaleko? Skąd niedaleko?... siostra Agata często mnie .nabierała. na .dzień wody. lub .dzień trzonka. - polegało to na podlewaniu wszystkich grządek, oprawianiu w trzonki młotków, grabi i motyk... prace te wykonywałem oczywiście sam...24 a Janusz K., kolega, chwalił się, że wstąpił do PZPR-u, bo miał trudności z nauczycielem historii. Ot takie to były czasy... kto? Semeniuk? Przecież ci mówiłem. Oczywiście! Jdź do niego jeszcze dziś: na pewno ci poradzi. Bo to może już przedostatni obywatel Trzeciej Najjaśniejszej, który bezinteresownie drugiemu pomoże. Idź!... .Jaruzelski? Pieprzony zbawca ojczyzny - Związku Sowieckiego. - tak mówił Michał, gdy był jeszcze trzeźwy... Rakowski - farbowany kabotyn: zakopywał pamiętniki, by towarzysze nie dowiedzieli się, co o nich myśli. Okłamywał i siebie, i ich. Fachowiec w tych sprawach, ale partyjny... jak byłem niegrzeczny, to mama mi śpiewała: .Prodaj matier buchaja, oj, joj, joj, uchacha, wykupysy hultaja, kuku! ...Jak se poszed, wyjde sam - kuku!.... o kim mówisz? O Semeniuku? To idź do niego, na pewno ci pomoże... ta nasza pieprzona Ziemia staje się nie do życia z powodu nadmiaru życia, ot, co... Zenek Jewstrad opowiadał z uśmiechem, jak to ukradł bratu worek rzepaku, którym miało być obsiane pole - bo nie miał pieniędzy na bilet kolejowy z Namysłowa do Wrocławia, gdzie szkolił się na samolotach... a matka przed śmiercią mawiała: .Oj Boże, taż już czas na mnie. Wszystkie moje koleżanki odeszły z tego świata, tylko ja się jeszcze tułam.... jak to go nie znasz? To ten Józek, co jeździ starym starem i handluje brzoskwiniami... a .Rzepakowy. Zenek wylatał 12 000 godzin i po Afryce choruje na malarię... tak, komuchy są impregnowani na wszystko, nieprzemakalni i niezniszczalni. Stara gwardia: .działacze. - jak mawiał Stefan Różycki... o! Gdyby tak na apelu poległych w Gdańsku zjawił się Piłsudski. Boże, gdyby tak, gdyby tak... Piłsudskiego, Wielkiego Klemensa. Polska-Ukraina-Białoruś - federacja - Wschodnia Europa!... Gruba kreska, gruba kreska - a kto upoważnił do stawiania grubej kreski? Niby kogo miała ona oddzielać?... dźwięki muzyki coraz cichsze, milknące, zapadające w białą kipiel, łagodne, kojące tony... ale piekła twarz po uderzeniu tego ubeka... teraz jest antyterrorystą. Bagsikowi jednak pomagał... jeszcze jeden uczciwy inaczej... o! Gruba kreska da się wytłumaczyć .błędami prototypu. - w końcu byliśmy pierwsi... .Jaruzelski - pieprzony zbawca ojczyzny - Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. - kto tak mówił? Michał? Tak... zapewne on... a Darek Gogol, który, jak mawiał ojciec, ma .głowę w komputerze., teraz posiada firmę komputerową .Superuser Networks. w Waszyngtonie a głowę na karku i szkoli się na samolotach... a Kasieńce obiecałem, że na święta pojedziemy do .ciotkowni.. W Raszowej Dużej są trzy jej ciocie i zawsze ją bujają na ręczniku... a Weroniczka, płacząc, wołała: .Mamo, daj gawozianej wody.... i najzgrabniejsze nogi gdzieś się kończą... odmładzają się, oczyszczają szeregi, tylko stare nawyki im pozostają... .Łapaj złodzieja!. wrzeszczą, sami kradnąc - dobrze sprawdzona przez 58 lat metoda... odpieprzcież wy się wszyscy ode mnie! I tak samotny umrę... Bóg na pewno istnieje, tylko nie wiem, czy we mnie?... .Zostaw mnie w spokoju, ty capie wyleniały! Zostaw!. - wołał Michał, gdy był już dobrze napity... .Tylko mi nie rób pierogów leniwych. - powiedziałem do Helenki i miałem przez dwa tygodnie .ciche dni.... .Daj mi wreszcie spokój. Nie są to babskie sprawy. - powiedziałem do Helenki - i przedłużyłem .ciche dni. o miesiąc... Jakby przybyło c o ś nowego: wycie psa...
Podniósł głowę. Silnik stukał równomiernie. Gorąco. Na szybach perliły się krople wody. .Co ja teraz powinienem robić?. - pomyślał. Było tak biało i śnieżnie. Wyłączył silnik. Cisza. Wyczuwał szkliste zimno otaczające szoferkę. Wlał do gardła trochę wódki. Rozjaśniło to obraz przed nim. Zamknął oczy. Przypomniało mu się, że będąc dzieckiem bał się tego. Zdawało mu się, że go nie ma, że znika, bo nic nie widział. .Teraz jestem odważniejszy. - pomyślał. Przesuwały się kolorowe płyty: czarne, białe, różne. Cienkie nitki plątały się i wiły, prostowały. Przesunął przed oczy ramię z zegarkiem: siódma. Jeszcze chwilę wszystko było rozmazane. Jedna myśl trwała: .tyle śniegu - tyle śniegu - tyle śniegu - tyle śniegu - tyle śniegu - tyle śniegu.... ale już kurczyły się mięśnie do ruchu. Nowa myśl wyparła poprzednią: .Przecież ja muszę być w domu, już trzeci rok jestem w ten dzień sam..
Przybył też obraz rozświetlony świeczkami na choince: biały pokój, biały stół, biało zasłane łóżko, rodzice w bieli, biel opłatka, brat w białej koszuli, siostra w bieli, białe firanki, tyle bieli, tyle wesela i muzyki, i kolęda .Wśród nocnej ciszy.. Poruszyło się w nim pragnienie c z e g o ś. Wskoczył w śnieg. Zgubił się w nim. Wystawał tułowiem nad powierzchnię. Zrozumiał - musi dojść do domów. Gdzieś one przecież są. .Światło poprowadzi. - pomyślał i ruszył przed siebie. Podrzucał ciało ruchami nóg. Krążki reflektorów matowiały. Twarz zbiegła się, ściągnięta zimnem. Teren nierówny utrudniał każdy ruch i posuwanie się do przodu. Pociemniało: pnie wydłużyły się, poczerniały. Z trzaskiem pękała i łuszczyła się kora, gdy się o nią ocierał. .Aby tylko nie kluczyć - przemknęło przez myśl - gdzieś musi być dom, początek ciepła, zdrowy sen i jedzenie.. Wdrapał się na skarpę, aby dostrzec światło: ciemno. Jakby był obstawiony płytami z tektury, pomalowanymi na ciemnoniebieski kolor. Jego kilka śladów i rozwalony na boki śnieg rysowały się tuż obok, dalej - rozmazany, wyrównany miąższ ciemności. Ciepła ciecz spływała po plecach. Ruszył. Raz śnieg pod stopami skwierczał, raz nie. Nie mógł uchwycić rytmu. Potykał się, przechylał do przodu, to znowu z trudem wyrównywał do pozycji sterczącej. Szumiał śnieg odwalany butami. Ślina napływała do ust, gęsta i gorzka. Pręga lasu odcinała się od reszty. Wiało w twarz to ciepłem, to znowu wilgotnym lepiącym się zimnem. Serce waliło twardo i rytmicznie. Piekła potarta skóra. Zamknął oczy, aby móc odmierzać ilość stąpań. Teraz chwile były poszarpane, nierytmiczne, urywane, nadbiegające szybko za nerwowym ruchem mięśni nóg. Były jak podrażnione mrówki, rzucające się w różnych kierunkach. Ubranie ocierało mokrą skórę. Ręce balansowały po obu stronach tułowia. Zrozumiał, że te chwile są inne od tamtych, majestatycznych i białych, oświetlonych reflektorami. Te były zagubione, dzikie, nierówne, nerwowe i niewyraźne. Ciepło rozlało się po wszystkich tkankach. Czuł je wilgotne i rozleniwiające. Już niczego nie chciał, tylko światła i ludzkich głosów, uśmiechu i słowa. Po to tylko poruszał ciężkimi nogami. Po to wdychał twarde powietrze. Przystanął. Nasłuchiwał. Cisza... Wyczekiwał. Ta chwila była długa i ciemna. Zdawało mu się, że słyszy ludzkie głosy z lewej strony. Wstrzymał oddech. Im dłużej wsłuchiwał się, tym więcej przybywało dźwięków z różnych stron. Był tak nieudolny ze swoimi zmysłami. Zagubiony w gąszczu nocy i niby-głosów. .Sukinsyny - pomyślał - wszyscy zaszyli się w domach, aby nic nie widzieć. Za ich płotem można uświerknąć.. Ta myśl przestraszyła go. Bał się już własnych sądów i rozumowania. Poczuł zmęczenie. .Pewnie śpią w cieple, rozleniwieni winem.. Rzucił się do przodu. Rozgarniał nogami śnieg. Biegł tak długo, aż brakło mu oddechu. Zwolnił. Czuł słoną woń swego ciała. .Źle. - pomyślał. Każdy następny krok trwał jeszcze dłużej.
To był znowu inny czas. Już nie miał własnych myśli, były cudze, splątane, nierozumiane, luźne, przylegające do siebie, jednoznaczne i równe, zagmatwane, przerywane każdym krokiem, rejestrowane luźno w mózgu zapełnionym ciemnymi kolorami. Teraz wszystko wyrażało się stąpnięciem: krok i - ze wszystkich dzieci to Roman ma najmniej szczęścia; krok i - kuglarzom i błaznom jest dobrze na świecie; krok i - ach te PZPR-owskie półtusze; krok i - przebywamy tu tak krótko, a odchodzimy na zawsze; krok i - jak on mówił?; krok i - .Wszyscy mie lubio, nawet ja sam.; krok i - Mała Hanka - śliczna cyganeczka. Jak długo można być śliczną?; krok i - może można... teraz jest panią doktor; krok i - .Mamuś, obudź mnie o 4.30, bo muszę się uczyć!. - tak napisała Kasieńka, gdy przygotowywała się do matury25; krok i - tyle pieniędzy, tyle pieniędzy przełajdaczyli panowie z FOZZ-u; krok i - Kasieńka i tak wstawała godzinę później; krok i - Anka Bajko? Tak. To zupełnie inna bajka...; krok i - a do Pierwszej Komunii Świętej przystąpiłem w pożyczonym garniturku; krok i - musiałem zdawać drugi raz maturę w szkole ogólnokształcącej dla pracujących im. J. Lompy, bo komuchy zakazali przyjmować na Uniwersytet im. B. Bieruta we Wrocławiu z maturą z technikum mechanicznego; krok i - .i takie o!. - jak mawiał stary Babuszka; krok i - pierwsze buty kupione dla mnie, to półbuty na słoninie, gdy miałem zdawać maturę - zawsze wykańczałem obuwie po starszym rodzeństwie; krok i - a właśnie, ta kobieca kobiecość w kobietach, za którą tak przepadamy, zda się być mocno przereklamowana; krok i - matka opowiadała mi, że te cienie na księżycu to postacie: pochylona Kaina i leżąca Abla. A jednak amerykańscy kosmonauci nie spotkali ich tam; krok i - najtragiczniej wyglądała para butów po topielcu; krok i - przestań już z tym Olkiem! Nawet nie wiem, jak on się nazywa? A może on sam już nie wie, którego nazwiska używać; krok i - a Gienek, który wrócił z .białych niedźwiedzi., opowiadał taki dowcip: szou, szou i paszou; krok i - głupio marzyłem, by umówić się do kina z Polą Raksą - a poszedł z nią Jacek Zacharski; krok i - a na księżycu to chciałbym zostać z Cyrankiewiczem, bo on wie, jak zachować się w każdej sytuacji; krok i - o wiosno roku 80.: .Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, ja tylko jedną taką wiosnę miałem w swoim życiu.; krok i - lulajże Jezuniu, moja perełko; krok i - dzięki Bogu za rok 80.; krok i - panie szanowny, polityka to trudna ścieżka; krok i - taką škodą to chciałbym jeździć; krok i - czego on struga wariata?; krok i - chwila umknęła bez pożegnania; krok i - e tam, z książkami, tym żył nie będziesz; krok i - żeby móc pracować, trzeba wypić; krok i - na święta powinno się tylko kolędować; krok i - ale twoja babka ma nogi, mówię ci, buteleczka po szampanie; krok i - przestań się szmacić, do jasnej cholery; krok i - która to godzina? która to godzina? która to godzina?, która to godzina?; krok i - tak rzadko przyjeżdżasz do nas; krok i - właściwie to mi się udało, dożyłem chwili wolności; krok i - taki mrozik - drogi ubywa; krok i - dlaczego ten gnojek uciekł?; krok i - Bóg ci tego nie zapomni; krok i - ale spieprzał, jak szczur z okrętu; krok i - gdzie ja jestem? gdzie ja jestem? gdzie ja jestem?; krok i - jedno ciepłe piwo; krok i - to resory się układają; krok i - kto wierny jest w najmniejszej rzeczy, ten i w wielkiej wierny jest; krok i - a Jolka pewnie zostanie świętą - miała objawienie: widziała dyplom męża; krok i - ale bajzel. Ale zamieszanie w głowach! Czterdziestomilionowy naród w środku Europy, a nie znaleziono człowieka na prezydenta, który by nie kłamał; krok i - ale jasełka! Ale wstyd!; krok i - sam tu spsiałem w międzyczasie; krok i - międzyczasem - między jakim? Międzyczasem - między czym? Międzyczasem - między kim?; krok i - a kraj ogarnięty totalnym milczeniem owiec; krok i - i z kim teraz na barykady?; krok i - ostatnie tango tańczył z różą w zębach; krok i - pozostały mi tylko pożegnania; krok i - .Prowadzę trudne pertraktacje z Bogiem. - kto to powiedział?; krok i - każda śmierć jest straszna, ale gdy umiera matka?... Matki powinny być nieśmiertelne - one dają życie...; krok i - i po burzy; jak to Tomcio powiedział: .Znowu udało nam się ujść z życiem. Burza potraktowała nas łagodnie, była wyrozumiała.? 26; krok i - beknął przed ołtarzem na własnym ślubie; krok i - i co to za życie? Co to za życie? .Wielkie mi mecyje. - jak mawiała matka; krok i - komuna wróci głównym wejściem, i co? Znowu na barykady?; krok i - nie przepraszaj! Nie przepraszaj, człowieku, że żyjesz; krok i - a tato nie doczekał roku 80.; krok i - moja matka! Moja matka! Moja matka! Moja matka...; krok i - moja matka! Moja...; krok i - a ćma była taka, że oko wykol; krok i - co mi tam wiatr, co mi tam mróz...; krok i - a siostra Kasia umarła zupełnie niepotrzebnie - a niby kto umiera potrzebnie?; krok i - .pieprzona śmierć. - jak mawia Michał; krok i - chcieć to móc; krok i - światło! światła! światło!... Dwa ognie płonące niedaleko, prawie o wyciągnięcie ręki. Tak blisko, aż tak blisko? Powoli, aby nie spłoszyć płonących okien; krok i - myśli własne i szybkie; krok i - powieki opadają jak metalowa zasuwka; krok i - głowa jest za ciężka, stanowczo za ciężka; krok i - czuć już zapach oliwy i ludzi; krok i - wreszcie czerni się bryła domu; krok i - będą święta ze śmiechem i winem; kroki - jeszcze kilka kroków; krok i - Duża Hanka spadła z konia - zapragnęła być księżniczką, czy jak? 27; krok i - każdy by chciał - dziecko by chciało...; krok i - tak wesoło i tak lekko: hopsa, hopsa, a tu życie daje kopsa; krok i - plujesz na komunę, a ona ciebie wykształciła; krok i - a to dziwne, ty ją kochasz, głosujesz na nią, popierasz, chwalisz, piejesz hymny pochwalne, nosisz szturmówki i ciebie nie zdołała wykształcić. Dziwne!; krok i - jak to Marcinek mnie prosił? O! .Tato, a teraz pobawimy się na inaczej: ja będę bociankiem, a ty liskiem. Tato! No....; krok i - a .Kat., .Milin., .Olin. to niby kto? Nic się panu nie kojarzy? Nie? Naprawdę? Oni nadal... aa!!; krok i - Staszek Kohut, gdy miał sześć lat, zapytany, kim chciałby być, odpowiedział: .Bende nauczycielem i analfabet uczył.; krok i - jak to tato mawiał? A! .Tu trzeba chłopa, a nie troki od kaleson.; krok i - a Jolka powiedziała, że Olek jest pomazańcem. Bo jest. Jest on zdrowo pomazany. Oj, zdrowo; krok i - .A ja si bitki, a ja si bitki ni boi, mam ja boksera i rywolwera przy sobi. - kto tak śpiewał?; krok i - .Ludzie, czy nie ma już w Polsce obywateli, tylko same wycinanki z pakowego papieru?. Ludzie!!; krok i - .Słońce jeszcze na półtora chłopa, a ty już z krowami w domu? A hybaj mi jeszcze raz na pastwisko! I to już!!. Dobrze to pamiętam28; krok i - zabawiają się nami panowie z .wierchuszki. - brzydko zabawiają się panowie, pogrobowcy PZPR-u; krok i - gdzie to ja idę? Znowu jestem na wstędze Möbiusa? Boże!... A może?... Ani nie wiem, skąd? Ani nie wiem, dokąd? Boże!... Idę...; krok i - .Ale si wystrychnął. Ale si wystrychnął, jak ułan do kobyły. - tak mawiał stryjek Michał; krok i - nie mogę sobie wyobrazić, że ja też umrę; krok i - a gdzie są pieniądze z MKOL-u? A jak Miller mógł przewozić przez granicę pieniądze w walizce? Chyba że byłoby to 50$. Tyle mógł - reszta na przepadek, na skarb państwa! A prokurator o tym nie wie?...; krok i - to wszystko jest spieprzone! Michał ma rację...; krok i - i jak to Helenka mówiła? .Jesteś taki bucowaty!!!. Może i jestem? Może?; krok i - skąd taka smutna twarz matki? Jak ikona; krok i - a kiedy ratowałem się skokiem ze spadochronem, nie było we mnie lęku, jedynie wszechogarniający żal.29 Do kogo? O co? Dlaczego?...; krok i - jak to Danielewicz mówił? .Przecież oni nie mogą wprowadzić stanu wyjątkowego, bo nie ma tego w konstytucji.. Naiwny w swojej poczciwości; krok i - a niby kiedy konstytucja ich ograniczała? Kiedy?...; krok i - a co mi tam wiatr, co mi tam mróz...; krok i - jak tu odróżnić w tej bieli, co ważne, a co nie? Jak?...; krok i - a teraz też jestem przepełniony żalem. Do kogo? O co? Dlaczego?; krok i - tak, .piszę do pani, bo mam żal. Normalny żal. Piszę do pani, bo mi wstyd, normalnie wstyd.... - z jakiej to piosenki? Skąd?; krok i - kuli .żelazo., póki gorące - za takie pieniądze nie była to zbyt ciężka praca; krok i - buty za ciężkie; krok i - która teraz noga?; krok i - lewa? prawa? lewa?; krok i - o roku ów, kto ciebie widział w naszym kraju? Roku 80.; krok i - dlaczego te okna są okrągłe?; krok i - trzeba wyciągnąć rękę do klamki; krok i - opiera się o drzwi.
Słychać głosy dobiegające z wnętrza. Klamka jest metalowa, zimna: zupełnie jak w samochodzie. Oparł się o drzwi i czekał, aż je ktoś otworzy, by wysypać z wnętrza śmiech powitania i ciepłe światło. Jeszcze odczekać krótką chwilę. Tę drugą trudną chwilę. Odczeka. Znowu poruszy. Klamka - metalowa i zimna. Strzegą ich drzwi i zasuwy. Masywne mury, bo to jest ich mieszkanie. Przez ten czas będzie zliczał chwile, ciepłe i łagodne jak stado pasących się owiec. Poruszy klamką i zrozumieją, że ON. tu jest. Ogarnia go lęk. Strach jest zimny i lepki. Znowu poruszy klamką i odczeka. Jest tu - jak na zimnej pustyni. Ale oni wiedzą o nim. Zupełna cisza. Czemu nikt nie wychodzi? Czy nie ma kto wyjść? Zaraz wyjdą. Za chwilę. Każdy ma jakaś chwilę. Każdy przeżywa jeden sezon. Każdy jest tu sezonowo. Zostaną tylko obrazki intymne z jednego sezonu. Zostaną? Zostaną... Twarz matki pogodna i świąteczna. Twarz siostry, brata, żony, córki, syna - jak na rodzinnym zdjęciu... Lej jasności przed nim. Centralne rozjaśnienie żółcią - żółte kwiaty kaczeńca; łąka nad Wereszycą przecięta rzeką - .kolanko., .zakącina., bagna z .topnikami. i nawoływanie matki: .Roman, Roman.... Ciepło tu. Ciepło i przytulnie. .Odpocznę chwilkę, zanim otworzą. - pomyślał ON. Znowu wróciło nawoływanie matki, ale już cichsze i tkliwe, i wielka żółta kula jasności zaczęła wypełniać jego wnętrze...

Spis treści
Tekst chroniony jest licencją CreativeCommons

pasternak.art.pl